DOBRE, inne Gwiezdne Wojny: Łotr 1

rogue-one-a-star-wars-story-felicity-jones-diego-luna.jpg

Robot-pudełko kontratakuje!

Gdy okazało się, że żartobliwe przewidywania Współautorki stały się faktem i disneyowski spin-off ze świata Gwiezdnych Wojen naprawdę  w Polsce nazywa się „Łotr 1” rozległy się śmichy, chichy i obawy (Ryba w sumie go lubi…). Zeszłoroczne „Przebudzenie Mocy” było o wiele bardziej wyczekiwanym tytułem, ze świetnym aktorstwem i postaciami, ale coś szwankowało na poziomie scenariusza, który był miksem IV i V epizodu (Współautorowi to przeszkadza… Współautorce nie :P). „Łotr” jest filmem dobrym, ładnie nawiązującym do całej sagi, z cudownymi krajobrazami i fantastycznym zakończeniem. Czy jest to jednak film DOBRY dla wszystkich tych, którzy nie reagowali ekstatycznie na fakt, że pilotami X-wingów, jest ta sama ekipa co prowadziła je w IV epizodzie, a rolę komandora Imperium Moffa Tarkina grał facet, który nie żyje od 22 lat?  Recenzja wspólna. Z małą kością niezgody.

[Drobniuśkie spoilery do Epizodów IV-VIII, co do Łotra nie wychodzimy poza to, co widać w zwiastunie]

rogueone_onesheeta_1000_309ed8f6

Rogue One (łakocie i witaminy)

USA 2016

reż. Gareth Edwards, scen. Chris Weitz, Tony Gilroy

wyk. Felicity Jones, Diego Luna, Mads Mikkelsen,  i wielu, wielu innych.

Rzecz dzieje się trochę przed „Nową Nadzieją” — Galaktyką rządzi już Imperium, Rebelia się organizuje, Jedi zniknęli, ale pamięć o wojnach klonów jest żywa. W takich okolicznościach toczy się szpiegowska intryga, która przerodzi się pod koniec w kawał porządnej rozwałki z dużą ilością Tie-Fighterów, dwoma krążownikami i paroma AT-AT. Główny konstruktor Gwiazdy Śmierci, międzygwiezdnej broni masowego rażenia, Galen Erso (Mads Mikkelsen) jest w posiadaniu informacji, mogącej zniszczyć tę niebezpieczną zabawkę. W samym środku tej intrygi będzie główna bohaterka, Jyn Erso (Felicity Jones), która dzięki pomocy kapitana rebeliantów Cassiana Andora (Diego Luna) będzie musiała wyruszyć na cholernie niebezpieczną misję, dzięki której Luke w IV epizodzie rozsadzi jednym strzałem wielką pukawkę Imperium (to nie księżyc!) w kosmiczny pył. Tak oto enigmatyczne, błękitne wersy otwierające „Nową Nadzieję” o szpiegach, którzy wykradli plany śmiercionośnej broni Imperium, stają się w pełni zrozumiałe.

Dotychczas wszystkie siedem filmów ze świata gwiezdnowojennego toczyło się w samym środku wydarzeń, które miały decydujący wpływ na bieg dziejów Galaktyki. Konkretniej była to saga familii Skywalkerów, choć w „Przebudzeniu Mocy” koncentrujemy się akurat na hansolowej odnodze rodu (Kylo Ren kontynuuje w końcu tradycje swojego sapiącego i nieco niekompletnego dziadka w czarnym hełmie). I tutaj akcja ma decydujący wpływ na to, co przyniesie „Nowa Nadzieja”, jednak bohaterami są — z punktu widzenia rodu Skywalkerów — pomniejsze postaci: osierocona przestępczyni, dobry inżynier na usługach reżimu, kapitan rebeliantów,  a głównym złym jest Orson Krennick (Ben Mendelsohn), który pełni funkcję… dyrektora Imperium (dobrze, że nie starosty, albo wójta…) i ma czaderską pelerynkę.

Catalyst-A-Rogue-One-Novel.jpg

Coś czuję, że pelerynki powrócą w sezonie pre-fall 2017

W „Przebudzeniu Mocy” największym zaskoczeniem in plus, szczególnie po feralnych epizodach I-III, gdzie płakaliśmy nie tyle nad upadkiem Republiki, co słabością filmów i efektów, byli bohaterowie i scenografia. Kurtka Poe Damerona wygląda ładnie i na Dameronie, i na Finnie; Rey błyszczy, Kylo Ren jest cudownym ciapowato-silnym fanboyem Vadera , trochę za mało Lei, ale  całość wieńczy duet Han Solo i Chewbacca. W „Łotrze 1” pod tym względem nie jest źle. Zebrano porządną, międzygwiezdną pakę: Duńczyka Madsa Mikkelsen, Amerykanina Foresta Whitakera, czy Anglika Riza Ahmeda. Do tego mamy najprzydatniejszego dotychczas droida K (Alan Tudyk) i przekomarzających się bohaterów z Jeddy (Donnie Yen i Wen Jiang). Natomiast „przywódcy” tej paki — bohaterka Jyn (Jones) i kapitan Cassian (Luna) są postaciami, co do których się nie do końca zgadzamy. Słoń wychwala pod niebiosa Jyn i kręci nosem na Cassiana, a Ryba… trochę na odwrót („Nie żebym nie lubiła Jyn… po prostu uważam,  że brakuje czegoś, jakiejś sceny, żebyśmy NAPRAWDĘ poznali jej charakter”). Współautorka okazała się bardziej podatna na urok Diego Luny niż Współautor (ciekawe dlaczego?), ale przyzna, że jest go za mało. Ale poza kręceniem nosem i tych drobnych uwag i nieporozumień możemy się zgodzić, że mimo dużej załogi, udało się twórcom w końcu zaangażować widza i sprawić, że wszystkim kibicowaliśmy…

landscape-1470743574-rogue-one-a-star-wars-story-donnie-yen-600x400.jpg

W sumie o nich prequel też byśmy oglądali…

Bardzo czujni obserwatorzy wymieniali szereg luk i niedopracowań fabularnych. Cała akcja z przekazaniem planów Gwiazdy Śmierci wydaje się być bardzo skomplikowana, biorąc pod uwagę relację między naczelnym konstruktorem reżimu a główną bohaterką. Jeśli przełkniemy tę nieścisłość — która, na co niektórzy liczą, może zostać wyjaśniona w kolejnych epizodach — otrzymamy naprawdę niezłe widowisko. To wszystko, z czym nie tak bardzo nie dawali rady twórcy „Więźnia Labiryntu” czy „Igrzysk Śmierci”, czyli wiarygodnego przedstawienia nierealnego świata i motywacji bohaterów gra tutaj bez zarzutu. Bardzo nam się podoba podkreślenie, że w świecie, gdzie dotychczas przedstawiano stronę Jasną i Ciemną, przedstawiciele obu stron oscylują pomiędzy różnymi wyborami, ci co pracują dla Imperium nie zawsze są bardzo paskudni, a ci którzy się buntują też mają niejedno na sumieniu.

Jeśli chodzi o krajobrazy — mistrzostwo świata, zapadają w pamięć o wiele bardziej niż te z „Przebudzenia Mocy”. Bajkowy tour międzyplanetarny po fantastycznych krainach, które są dobrze znanymi obrazkami z magazynów „National Geographic”, ale zabudowane kosmiczną infrastrukturą i zamieszkałe przez niezliczoną ilość ras, stworzeń i androidów, stają się zupełnie nowymi światami. Są egzotyczne wyspy z palmami niszczone przez kroczące machiny bojowe Imperium, starożytne świątynie wykute w skale i upstrzone czarnoziemem przestwory planety, na której spotykamy rodzinę Erso. Do tego międzygalaktyczne stacje, krążowniki i pojazdy. Jest na czym wzrok zaczepić. W zaludnionych uliczkach i na polu walki czuć trochę ducha świętej pamięci serialu Firefly i Serenity (a obecność głosu Tudyka w tym pomaga).

k-2s0-main-b_73a8fed8.jpeg

Rok temu Ryba zarzekała się, że BB8 to jej ulubiony droid… A teraz K-2SO przebił się na pierwsze miejsce…

Chwilami długość filmu daje o sobie znać, niemniej finałowa scena z Lordem V. zamyka usta krytyków. „Łotr 1” jest dobrym filmem, równocześnie znanym, ale i innym od  epizodów IV-VI; gra na nostalgii, ale ma zupełnie inny klimat, a do tego udaje mu się załatać trochę luk fabularnych oryginalnej trylogii. Co do pytania z początku: to jest film chyba dla tych, którzy mają sentyment do całego świata, a równocześnie trochę podrośli. Nowością jest zakończenie — co do którego może być dużo przypuszczeń znając kolejne części, ale dużo pozostaje pod znakiem zapytania. Twórcy, choć trochę ograniczeni oryginalną trylogią, mieli jednak wiele możliwości do zakończenia tego, a widz oglądając zastanawia się, trzyma kciuki, szacuje, co może się zdarzyć w oparciu o uprzednią znajomość schematów popkultury… I naszym zdaniem scenarzyści wybrali bardzo dobrze.

Ach — wiedzieliśmy, że będzie  Vader… Ryba z Rybnym Bratem aż podskoczyli i zarechotali z zadowolenia, gdy się pojawił. Współautor miał wrażenia podobne, niemniej film oglądał z kolegą, który po raz drugi wybrał się na „Łotra 1”. Skutkiem był poniższy dialog:

-Nie da się z Tobą filmu oglądać. Cały czas się rechotałeś… – zarzucił na wpół żartobliwie, choć z wyczuwalną nutą goryczy kolega Współautorowi już po seansie. Fakt, niewiele ludzi biło z nim w sali brawo w finałowej scenie.

-Prawda. Ale powiedz mi, że Ty jak to oglądałeś po raz pierwszy nie chichrałeś się…

-No chichrałem się…

Łotr nie wpadł w pułapkę Fantastycznych zwierząt… zdecydowano się skupić na jednej zamkniętej części w obrębie znanego (i ciągle eksploatowanego) uniwersum. To bardzo dobry pomysł — dostaliśmy zamkniętą całość, a nie sam wstęp do dalszych przygód. Chętnie zobaczymy więcej takich zamkniętych historii (Ryba prosi o  prequel z Mikkelsenem!). A tymczasem czekamy na Epizod VIII… Jeszcze tylko rok.

Ryba&Słoń

PS. Widać, że reżyser bardzo lubi „Szeregowca Ryana”…

PS2. Zauważyliście, że Amerykanin-Tudyk musiał mówić z brytyjskim akcentem, a brytyjczykom kazano udziwniać akcenty?

rogue-one-a-star-wars-story.jpg

Imperium też robi zabawki…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *