ZŁY Film: Amok

Za: film.org.pl

Za: film.org.pl

Przyznam się — informacja, że film jest produkcji polskiej juz dawno przestała mnie odstraszać. Wręcz przeciwnie, ostatnio dzieje się dobrze i choć nie zawsze jest epicko, to alergia chyba trwale przeszła w predylekcję. Dlatego gdy do wyboru był „Amok” (jedyne słowo z języka malezyjskiego w polskim! Orangutan się nie liczy!) wszystkie inne opcje odpadły. Okazja zobaczenia po raz kolejny Mateusza Kościukiewicza (za „Wszystko co kocham” ma u mnie zawsze fory), Łukasza Simlata (m. in. „Zjednoczone Stany Miłości”) i to w inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami dość pokręconej historii w reżyserii córki Agnieszki Holland — brzmiała dobrze. Niestety — i mówię to z bólem — przekombinowano. 

Czytaj dalej

Dobre filmy z Nowych Horyzontów

Festiwal we Wrocławiu już za nami. Współautor wrócił tamże po trzech latach, tym razem na jedynie trzy dni, ale to wystarczyło, by zobaczyć parę ciekawych produkcji. Fikcyjny zapis kulisów lądowania na Księżycu czy pierwszy film po baskijsku w historii nominowany przez krajową akademię do Oscara urzekły. Nieco więcej problemów jest z najnowszym dziełem rumuńskiego reżysera Adriana Sitaru. Wyselekcjonowane (mamy nadzieję — DOBRE) filmy z festiwalu tradycyjnie wejdą do dystrybucji, o nich napiszemy jak już będą w kinach, dlatego niniejsza relacja jest bardziej swobodną notką z wydarzenia, niż komplementarnym przewodnikiem…

Czytaj dalej

Niedzielny misz-masz: film, krótki metraż i festiwal.

Z cyklu  „Coś innego”. Dzisiaj pokrótce o pewnym filmie z Malezji (w końcu wypadałoby się zaznajomić z lokalną kinematografią); krótkim metrażu z Kanady, jaki koleżanka z Filipin poleciła na kaca oraz o intrygującym i DOBRYM festiwalu dokumentów, jaki startuje na dniach w Polsce. 

Czytaj dalej

DOBRY (?) film o niewolnictwie: ZNIEWOLONY

Żródło: transitionvoice.com

Żródło: transitionvoice.com

12 Years a Slave

USA, Wielka Brytania, 2013

reż. Steve McQueen, scen. John Ridley

wyk. Chiwetel Ejifor, Michael Fassbender, Lupita Nyong’o, Benedict Cumberbath

Kurz i emocje po rozdaniu Oscarów opadły, policzki i poduszka Leonarda di Caprio załamanego brakiem nagrody już chyba wyschły, recenzenci i blogerzy mogą wrócić do normalności. Do końca nie wiadomo było kto wygra, ostatecznie siedem statuetek zgarnęła „Grawitacja”, jednak oprócz nagrody za reżyserię dla Alfonso Cuaróna w raczej tych — nie ukrywajmy — badziewiastych konkurencjach jak najlepsza muzyka, ścieżka dźwiękowa czy napisy końcowe (uch, dobra: jeszcze muzyka, zdjęcia, efekty specjalne, montaż, dźwięk, montaż dźwięku). I tak jak rok temu najwięcej statuatek zgarnął film, który również nie został uznany najlepszym obrazem roku („Życie Pi” z czterema Oscarami, a „Operacja Argo” najlepszym filmem), tak i teraz okazało się, że najlepszym sposobem na Oscara jest zrobenie filmu o niewolnikach. Bo, jak powiedziała koleżanka: „Hollywood loves slaves”.

Czytaj dalej

DOBRE Filmy z Warszawskiego Festiwalu Filmowego

Chyba się zaraziłem. Wiecie jak to jest?

Najpierw człowiek jedzie na duży i popularny festiwal. I odkrywa zupełnie nowy świat. Zostaje pochłonięty przez niesamowitą atmosferę, poznaje od groma nowych ludzi, którzy podobnie jak on, potrafią pomimo narastającego zmęczenia siedzieć cały dzien w kinie, tak by pod wieczór mieć w głowie jeden wielki misz-masz wszystkich obrazów, jakie się widziało. Do tego dochodzą drzemki w trakcie seansów, jakie na początku wydają się być młodemu kinomaniakowi grzechem najcięższym, a dopiero po jakimś czasie okazują się być nieodłączną częścią festiwalowego przeżycia. Etap drugi przynosi narastające rozczarowanie ulubionym festiwalem. Nabite punkty expa (ze slangu RPG – doświadczenia) budzą w człowieku odruchy zrzędzącego na wszystko konserwatysty (grumpy conservative, haha, nie jest to fachowy termin politologiczny, żeby nie było:D), że kiedyś to były filmy, atmosfera i ludzie, a teraz uzbrojona w iPhony gimbaza rości sobie prawa do bycia prawdziwym festiwalowiczem. No i przychodzi etap trzeci – odkrycie, że jest życie i fun poza naszą oazą, słowem – inne festiwale. Nerwowe szukanie dookoła jakichś większych eventów.

I tak dochodzimy do sposób radzenia sobie z jesienną depresją, powiosennym głodem kulturalnych imprez zaczynanych z rana piwem i odliczaniem czasu do ukochanego festiwalu. Nie ukrywam, po latach jeżdżenia na Kosakowe Pole i do Wrocławia postanowiłem zobaczyć, jak to robią inni. Wprawdzie Warszawa nie jest wcale tak blisko, ale za dużo czytałem ostatnio o Warszawskim Festiwalu Filmowym, by nie skorzystać. Jestem niestudiującym studentem (tzn. obroniłem się w czerwcu, ale do konca października br. korzystam z przywilejów studenckich), dlatego postanowiłem wybrać się na jeden dzień do powracającej do normalnego życia po gorączce referendum stolicy i sprawdzić, cóż tam puszczają.

Czytaj dalej

DOBRY Film: Niebiańskie Żony Łąkowych Maryjczyków

nbzl

Nebesnye zheny lugovykh mari

Rosja, 2012

reż i sc. Alexey Fedorchenko

wyk. Yuliya Aug, Yana Esipovich (i 24 inne kobiety)

Ciąg dalszy wspominek festiwalowych. Nie wiem, czy będzie okazja zobaczyć ten film w polskim kinie, jednak muszę o nim napisać i tyle.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem tak przejmujący, wywołujący tyle skrajnie różnych emocji film.  Na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty utarło się przekonanie, że lepiej unikać filmów konkursowych. Często są one naprawdę nowohoryzontowe,dlatego zdarzają się wyjątkowo oryginale produkty filmopodobne, mocno eksperymentalne, nie stroniące od pornografii i odpychającej przemocy.Tym razem jednak zaryzykowałem. Nie ukrywam, dałem się skusić intrygującemu tytułowi i faktowi, że film powstał w Rosji, a jego reżyserem jest facet, który ma na swoim koncie produkcję pt: „Pierwsi na księżycu” (mockument o tym, że to Ruscy jako pierwsi wylądowali na księżycu). Długo nie mogłem zapamiętać nazwy tego dzieła, dlatego teraz, celem utrwalenia przeanalizuję poszczególne elementy składowe tytułu (choć w odwrotnej kolejności!), co przy okazji nada tej recenzji znamion oryginalności.

Łąkowi Maryjczycy –  pod tą intrygującą nazwą kryje się jedna z grup etnicznych zamieszkujących terytorium Federacji Rosyjskiej. Choć ten ugrofiński lud rozproszony jest właściwie po całym kraju, najwięcej ci ich – bo prawie połowa całej populacji – w autonomicznej (oczywiście tylko z nazwy) republice Mari El, zagubionej gdzieś nad Wołgą. Według cenzusu sprzed dziesięciu lat, jako Maryjczyk określało się ok. 600 tys. ludzi, przy czym część określała się dodatkowo jako Górny bądź Zachodni Maryjczyk. Oprócz tego istnieje trzecia, zamieszkująca lewy brzeg Wołgi ekipa, czyli tytułowi Łąkowi Maryjczycy. Maryjczycy mają swój język, należący do grupy ugrofińskiej, oraz specyficzną religią, będącą mieszanką prawosławia, szamanizmu i pogaństwa.

Film nie jest dokumentem, choć wzięło w nim udział – obok profesjonalnych aktorek – trochę autentycznych Maryjczyków. Co ciekawe, ekipa filmowa musiała zorganizować kursy językowe dla aktorów, nawet lokalsów, ponieważ znajomość języka wcale nie była tak duża, jak się po oglądnięciu filmu wydaje!

Żony – film jest o kobietach. Konkretnie dwudziestu sześciu paniach w różnym wieku. Najmłodsza z nich ma z 8 lat, najstarsza jest już w sile wieku. Łączy je to, że należą do wspomnianej w powyższym akapicie grupy etnicznej. A – i jeszcze jedno: każda z nich ma imię zaczynające się na „O”. Czemu? Na festiwalu była okazja spytać o to samego reżysera i jeśli mu wierzyć, to nie należy się tutaj doszukiwać żanych aluzji. Po prostu są to dźwięczne słowa, które w języku maryjskim nieraz mają bardzo ładne znaczenie.

Lasek jest 26, każda ma swoją historię. Krótszą lub dłuższą, ale wszystkie są urzekające. Jedne są niczym z życia wzięte. Ot taka scenka: młódka wyjmuje z koszyka grzyby. Każdemu się przygląda, czyści i odkłada na bok. Kiedy spogląda na jednego z porządniejszego rozmiarem borowika, podnosi go do góry i mówi do siebie: „O! Mój mąż ma być właśnie taki!” Ileż tu prostoty, piękna, doskonałości, a zarazem (choć może za bardzo mi pracuje fantazja faceta^^) subtelnie przemyconego erotyzmu. To tylko jeden niewinny przykład. W opowieściach Maryjek przejawiają się wszyskie problemy życia: niewierny mąż, pierwsza miłość, zdrada, śmierć, choroba, niechciani adoratorzy, konieczność opuszczenia rodzinnego domu – no, ciężko wymieniać wszystko.

Nie ma tematów tabu, bo przecież wszystko to jest oczywiste i naturalne. Tak jak w opowiastce dziewczyny, która musi za pomocą wielkiej trąby urbi et orbi ogłosić, że dostała pierwszej menstruacji. Zirytowana tym narzucanym tradycją ekshibicjonizmem pyta ciotki, po kiego grzyba każdy musi się dowiedzieć, co dzieje się z jej ciałem. Starsza kobieta odpowiada, że fakt zostania kobietą jest przecież czymś zarówno naturalnym, jak i budzącym wielką radość i dumę. Dlatego potrzeba się tym podzielić z całym światem. Proste i logiczne, prawda?

Pół biedy, jak ci faceta podrywa inny homo-sapiens...

Pół biedy, jak ci faceta podrywa inny homo-sapiens…

Niebiańskie – jak Maryjczycy są Łąkowi, tak ich kobiety – Niebiańskie. Niebiańskie, bo piękne, zaradne, kochające/kochane i cieszące się szykującym nieraz paskudne niespodzianki życiem. Ich historie są zarówno straszne jak i śmieszne, przesycone erotyką i codziennymi problemami. Choć w ich życiu tradycja i religia odgrywa wielką rolę, to nasze bohaterki są osobowościami, świadomymi swojej kobiecości i indywidualności. Po prostu – niebiańskie. Ale przez pierwszą część tutułu należy rozumieć również element transcendentalny, duchowy – niebo. Rzeczywistość miesza się z magią, a wiara w równoległy, niepoznawalny racjonalnie, ale mający ogromny wpływ na życie świat duchów jest czymś oczywistym. Ludowe wierzenia nie są jedynie bajkami i próbami zrozumienia świata przez odizolowany od globalizacji lud zagubiony na rosyjskich przestworach łąk, ale faktycznie działającymi receptami i formami rozwiązania problemów. Warto podkreślić, że film powstał na podstawie książki, w której zebrano te wszystkie opowieści. Świadomie unikam jednak słowa podania, bo każdy kto czytał reportaże z Rosji wie, że w tym kraju gdzie jest więcej wróżek i szamanów niż lekarzy, poważni ludzie ręczą słowem za naprawdę niesłychane historie…

I tutaj się zaczyna jazda bez trzymanki…

„Niebiańskie żony…” to iście wybuchowa mieszanka erotyzmu i magii; skąpana w kolorach, muzyce, a w dodatku opowiedziana dźwięcznym językiem maryjczyków. Obrazy rosyjskiej prowincji – bujne lasy, spowite śniegiem przestrzenie, głaskane wiatrem pola – są wręcz baśniowe, nierealne, choć jednak realistyczne. Obyczajowe historie dotyczą nie tylko ludzi, na scenę wkraczają leśne dziadki, szamanki, nieumarli i inne cuda, które jednak wydają się czymś naturalnym i zrozumiałym. Choć nie zawsze sympatycznym.

Film zahacza miejscami o komedię, czasem o porno-horror (zobaczycie scenę z kisielem na świetlicy, to zrozumiecie o co chodzi), dramat obyczajowy i egzystencjalny realizm. Choć jest to przede wszystkim hołd dla niezmąconego politycznymi i społecznymi zawieruchami życia Maryjczyków (co nie jest do końca prawdą), to bohaterami są właśnie kobiety – ładne, sprytne i ogarnięte. Przez piękny dobór środków artystycznych, wizualną fantazję i doskonałą harmonię między tym co prawdziwe a tym, co schowane w lesie czy w polu, udało się stworzyć cudowną, chyba uniwersalną historię o płci, wcale nie słabszej, ale przede wszystkim pięknej.

Ostatnia scena, kiedy każda bohaterka uśmiechając się mówi do kamery swoje imię, wywołuje w nas wzruszenie, ale i zachwyt. Ręce same składają się do braw, pamięć szuka chusteczek higienicznych, którymi można otrzeć łzy wzruszenia, a uczestnik festiwalu dziękuje za film, o którym ze spokojnym sumieniem może powiedzieć, że pomimo nowohoryzontowości, jest DOBRY.

Nieziemsko DOBRY.