Śmietanka towarzyska: DOBRY film (na jeden raz)

cafe-society-2

Współautor stwierdził, że starość znać po tym, że do kina zamiast coli kupuje się wodę. Jesteśmy więc starzy, gdyż tym razem przed seansem uzbroiliśmy się  w dwie małe butelki wody niegazowanej (przynajmniej z lodówki – dalej żyjemy niebezpiecznie) i jedną paczuszkę”emenemków” (ryzykownie wybraliśmy te z orzeszkami), która i tak nas przesłodziła. Lada dzień zostaną nam miętówki i Werther’s Original

Wybraliśmy się na “nowego Allena” — czyli coś, co pojawia się z grubsza co rok-dwa i jest równocześnie czymś dobrze znanym i wielką niewiadomą. Film z pewnością podobny do poprzednich, ale może być zarówno wybitny, bardzo średni, albo nudny jak flaki z olejem. Tegoroczne doświadczenie najlepiej opisuje stwierdzenie głównego bohatera: wyszliśmy “na wpół znudzeni, na wpół zafascynowani”.

Czytaj dalej

DOBRE zaskoczenie: Manhattan Romance

Manhattan-Romance-Still-3

źr: stageandcinema.com

Przyznam Wam się. Chciałam obejrzeć wreszcie do końca “I Hate Valentine’s Day“, ale niestety: poległam. Łudziłam się, że te wszystkie ZŁE filmy, jakie obejrzałam chociażby od założenia tego bloga uodporniły mnie trochę, myślałam, że wyrobiłam sobie tolerancję lub chociażby ciut większą wytrzymałość na ZŁE filmy, na które tak przyjemnie potem można ponarzekać. “Nie cierpię walentynek” okazało się jednak tak wstrętnym, różowym, bezmyślnym, otumaniającym tępotą, podstępnym skokiem na kasę, że przebija pod tym względem wszystkie plastikowe duperele, które usiłuje nam się wcisnąć w lutym. Nawet ja nie byłam w stanie wytrzymać więcej niż piętnaście minut. Zamiast tego postanowiłam znaleźć coś innego, nad czym mogłabym się poznęcać. Weszłam na Netflixa i znalazłam “Manhattan Romance”. Nic o tym nie wiedziałam, ale coś z takim tytułem nie może być DOBRE! A jednak – ku mojemu zaskoczeniu – nie było to ZŁE! Ba! Podobało mi się nawet!

Czytaj dalej

Dobry film: Blue Jasmine

Blue Jasmine

USA 2013

reż. i scen. Woody Allen

wyk: Cate Blanchett, Sally Hawkins

Film zaczęliśmy oglądać z pewnym niepokojem. Jak już weszliśmy do sali kinowej okazało się, że choć zwykle mamy  dość podobny gust (do tego stopnia, że tego dnia byliśmy przypadkiem ubrani TAK SAMO), to Współautor nie przepada za Woodym Allenem, podczas gdy Współautorka bardzo jego filmy i opowiadania lubi. Co gorsza, Współautor zaczął wyrzekać jakim to złym filmem jest “O północy w Paryżu”, na co Współautorka zasugerowała podle, że Współautor jest za mało oczytany by móc w pełni docenić ten DOBRY jej zdaniem film. Podczas reklam siedzieliśmy w tym naszym trzecim czy drugim rzędzie łypiąc na siebie złowrogo (podobieństwo stroju musiało dodać tej sytuacji śmieszności), a przyszłość tego bloga wisiała na włosku. Na szczęście wkrótce się zaczęło i znów zapanowała między nami zgoda — śmialiśmy się przez łzy, wymienialiśmy się spostrzeżeniami, docenialiśmy wspaniałą Sally Hawkins i nawet sceptyczny współautor mamrotał pochwały — film bardzo się podobał nam obojgu.

“Blue Jasmine” (litewski tytuł: “Dzesmina”) to coś pomiędzy absurdalnymi komediami Allena z lat sześćdziesiątych, społeczną krytyką amerykańskiego “upper-middle class” widzianą w większości jego “nowojorskich” dzieł, a nowszymi, bardziej czarnymi i poważnymi filmami jak “Sen Kasandry”. Przesłanie filmu jest, jak to określił udobruchany Współautor “strasznie lewackie”: zgniła amerykańska “elita” to grono dwulicowych, wyrzucających pieniądze w błoto egoistów, a prosty plebs może i jest głośny i mało dystyngowany, może wyrywa telefony ze ściany i urządza sceny w supermarkecie, ale ma większą szansę na znalezienie szczęścia i ma większe zasady moralne. Jak zwykle u Allena, bohaterowie (ze wszystkich “klas”) są tak uroczo neurotyczni, że nie można nie pałać do nich sympatią, mimo, że mają oni dużo, oj dużo wad.

Tym razem Woody Allen zostaje za kamerą, a jego rolę głównego neurotyka-egoisty przejmuje Cate Blanchett, która  w wspaniały sposób przez cały film powoli dostaje rozstroju psychicznego, przez co uśmiech zamiera nam na ustach, a jeśli się śmiejemy, to przez łzy. Blanchett gra tytułową Jasmine (a.k.a. Janette), rozpieszczoną byłą panią na salonach, która straciła fortunę jak przekręty finansowe jej męża-bogacza wyszły na jaw. Jej postać przypomina Blanche z “Tramwaju zwanego pożądaniem” — pozornie dystyngowana dama gardząca “nizinami społecznymi” (i szwagrami), mająca pewną rysę na charakterze. Jednak najlepiej się spisała Sally Hawkins*, która w mistrzowski sposób zagrała siostrę Jasmine, należącą do, powiedzmy, amerykańskiego “working class” (w wyobrażeniu artystycznych nowojorskich elit). Jej akcent, jej stroje, jej gra aktorska — Hawkins kradła każdą scenę w której występowała.

Co tu więcej pisać — DOBRY film, chyba mój ulubiony współczesny Allen od czasu “Whatever Works” (w Polsce znany jako “Co nas kręci, co nas podnieca”). Co prawda właśnie znika z kin, więc się pospieszcie. Jeśli nie zdążycie, to jak wyjdzie na DVD to możecie spokojnie umieścić “Blue Jasmine” w liście do Świętego Mikołaja.

Rybka

*Do której Współautorka się wreszcie przekonała po ZŁEJ adaptacji “Perswazji”, w której Hawkins była jedną ze stron w najmniej estetycznym pocałunku w historii brytyjskiej telewizji.

DOBRY film: Frances Ha

Na ten film chciałam już iść od dawna. Nie posłuchałam ostrzeżenia koleżanki, która wczoraj na facebooku napisała, że po wyjściu z  “Frances Ha” chciała iść do najbliższego  supermarketu po flaszkę wina by ją wypić w samotności i pogrążyć się w rozpaczy. Choć rozumiem, dlaczego (spora) część filmu mogła wprowadzić w taki nastrój, według mnie przesłanie tego filmu (i zakończenie) nastraja bardziej pozytywnie, nawet jeśli jest to pozytywniejszy-realizm niż wybuchany optymizm*.

Czytaj dalej