DOBRY film: Nienasyceni (A Bigger Splash)

 

video-a-bigger-splash-karaoke-superJumbo

Dawno mi się nie zdarzyło, żebym wyszła z kina tak zadowolona i oczaarowana. I to nie dlatego, że wreszcie mogłam wyjść, tylko dlatego, że zobaczyłam film pięknie nakręcony, zagrany, wyreżyserowany, cudownie zmontowany i ze świetną ścieżką dźwiękową, a jeszcze dane mi było dobrze się uśmiać.

Polski tytuł zamiast odsyłać do obrazu Hockneya przywołuje (przynajmniej piszącemu te słowa żarłokowi) na myśl tłuszcze. Co ciekawe, inny film scenarzysty Davida Kajganicha, “Town Creek” został na polski przetłumaczony “Nienasycony”. Przypadek?

 

Czytaj dalej

Zły Film o Dobrych Wakacjach: Najlepsze Najgorsze Wakacje

Zdjęcie: Claire Folger

Zdjęcie: Claire Folger

The Way Way Back

USA, 2013

reż. i scen. Nat Faxon, Jim Rush,

wyk. Liam James, Sam Rockwell, Toni Collette, Steve Carell,

Miało być niezobowiązująco, młodzieżowo, trochę niezależnie, ale przede wszystkim lekko. Wyszło mdło i zamiast wakacyjno-młodzieżowej historii z pewnego amerykańskiego kurortu z aquaparkiem w roli głównej, otrzymaliśmy fabułę przypominającą zjazd po rurze w tymże przybytku po godzinach pracy. Czyli — bez wody umożliwiającej gładki ślizg i z wyraźnym odczuwaniem każdego jednego styku konstrukcji. Co z tego, że nawet szybko zeszło, gdy zabawy z tego — niestety — nie ma żadnej.

Czytaj dalej

Zły Film: Uniwersytet Potworny

uniwersytet-potworny-3d

Monsters University

USA, 2013

reż. Dan Scanlon, sc. Robert L. Baird, Dan Scanlon, Daniel Gerson

Wreszcie znalazłem internet, hurra! Wakacje upływają błogo, choć nad polskim morzem pogoda trochę się popsuła, niebo od czasu do czasu zasnuwają chmury, czasem powieje, czasem coś kropnie z nieba. Żeby jednak nie zapomnieć, że są to moje ostatnie wakacje, postanowiłem zobaczyć film związany z życiem studenckim. A że na ekran wrócili nieustraszeni, choć straszni, James Sullivan i Mike Wazowski, to padło na “Uniwersytet Potworny” choć nie ukrywam: straszny zgryz mam z tą recenzją. (Mam nadzieję, że przełknęliście straszną ilość powtórzeń słowa “straszny”, ale wiem, że jak śledzicie tego bloga, to nic wam nie jest straszne!)

Nie wiem, na ile ta recenzja jest porywem negatywnych emocji nazywanych w młodzieżowym slangu po prostu fochem, a na ile wyważoną oceną. Tak, jest ona skrajnie subiektywna, być może niesprawiedliwa, nawet w jakimś stopniu wynikająca z poczucia nadmiernej wakacyjnej swobody spowodowanej brakiem istotnego hamulca w moich recenzencko-blogowych zapędach i popędach (Współautorka uciekła na urlop w strefę jeszcze bardziej bezinternetową niż ja, trochę minie zanim zobaczy, co tu nabazgrałem). Ale podejmuję męską decyzje i w zgodzie ze swoim sumieniem piszę, choć obruszę pewnie miliony, że bardzo się rozczarowałem najnowszą produkcją Pixara. Na tyle, że uznaję ją za ZŁĄ.

I dobra, załóżmy nawet, że strzelam focha. Ale mam dobre usprawiedliwienie – „Potwory i spółka” uważam, za zdecydowanie jedną z trzech najlepszych animacji, jakie widziałem w kinie. Podium okupują jeszcze Shrek i „Toy Story”, ale nie chcę ich rankingować, póki nie muszę. Na pewno „Potwory…” wywarły dosyć duże piętno na mojej psyche, przez fakt, że uwielbiał je mój młodszy brat, który dziecięciem będąc kasetę VHS (były takie!) z tym filmem oglądał codziennie do śniadania, od początku do końca, przez bity miesiąc. Miałem więc wystarczająco dużo czasu, żeby w pełni zrozumieć doskonałość historii o dwóch potworach, których przyszłość zawodowa zależy od rozwiązania problemu namolnej 5-ciolatki, w dodatku przez cały film, niczym pod wpływem mocnego kwasu mówiącej tylko jedną kwestię: „Kotjek!” Doskonałe tempo, świetna intryga, błyskotliwe zakończenie i słodziutkie rodzyneczki, jak „gościnny” udział poczciwego T-Rexa z Toy Story czy „wpadki przy kręceniu” na zakończenie dały “Potoworom i spółce” Oskara.

„Potworny Uniwersytet” przenosi nas w przeszłość, do – jak wskazuje tytuł – szkolnej przeszłości i początków przyjaźni Mike’a Wazowsky’ego i Jamesa P. Sullivana. Fabuła koncentruje się wokół traumy pierwszego roku studiowania, kiedy w wyniku niefortunnego wypadku nasi – z początku nie darzący się wielką sympatią – bohaterowie zostają wyrzuceni z kursu straszenia. Oboje marzą o pracy w korporacji pozyskującej energię ze straszenia małych dzieci, dlatego w tym momencie cała ich przyszłość zawodowa jest poważnie zagrożona. Mike wpada jednak na rozwiązanie – rzuca wrednej pani Dziekan wyzwanie: jeśli wygra studenckie zawody w straszeniu, to będzie mógł wrócić na zajęcia. Wredna pani profesor podejmuje wyzwanie Aktimela i zgadza się. Rozpoczyna się dramat pokonywania licznych przeszkód: od konieczności współpracy w ramach drużyny nieogarniętych nerdów, po niesnaski z pewnym siebie Sullivanem, po kryzys poczucia własnej wartości, jaki nęka Mike’a przez cały film.

Z opisu brzmi to wszystko całkiem sensownie, jednak gdy przychodzi do realizacji… cóż. Jasne, Pixar nie zrobiłby niczego słabego i od lat trzyma wysoki poziom jeśli chodzi o jakość animacji. Nie inaczej jest z „Potwornym Uniwersytetem”, od strony technicznej wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Jednak sequel produkcji z /// jest o niebo słabszy. Fabuła koniec końców nie przekonuje mnie, jest pozbawiona błysku, lekkości i dynamiki. Mało tam wyrafinowanych żartów, zrozumiałych zarówno dla maluchów jak i starszych. Siła „Potworów…” i innych animacji w tej lidze – na czele ze Shrekiem – polegała przecież na tym, że doskonale realizowała postulat kina familijnego, czyli – jak nazwa wskazuje – dla całej rodziny, gdzie dzieci śmieją się z żartów sytuacyjnych, a starzy z aluzji do klasyki kina czy subtelnie przemycanych pikantnych treści. Przyznam, że ciekaw jestem, jak film odebrały najmłodsi, ale wydaje mi się, że dla rodziców był trochę ciężkostrawny. Wiadomo przecież jak się wszystko skończy, satyra na amerykańskie życie uniwersyteckie nie jest chyba czytelna dla młodszych, a i starszym  wydaje się pewnie nieco egzotyczna, biorąc pod uwagę specyfikę naszych, na swój sposób też potwornych, uniwerków.

Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Daleko „Potwornemu Uniwersytetowi” do błyskotliwych żartów z „Potworów”, jego spójności, lekkości i dynamiki. Wątek genezy spiny z Randallem nie przekonuje, nie ma T-Rexa, postacie drugiego planu są pozbawione wyrazistości itd., itp.

Ogólny koncept, jakim była szydera na korporacyjne życie, tutaj stał się paszkwilem na uniwersytet, który – zdaniem twórców – w dzisiejszych czasach jest zbędny, wobec możliwości wielkich firm, które same wykształcają/szkolą pracowników. Niegłupie i zabawne, jednak całości brakuje świeżości i lekkości poprzednika.

Reasumując – ZŁE to to pewnie to nie jest, ale nie ma nic gorszego niż rozczarowany i rozgoryczony wierny fan. Uploaduję posta i szukam kasety.