Dobry film: Zjawa

assets.rollingstone.comPamiętacie bon-mot kolegi, który przytoczyłem przy recenzji „Nienawistnej Ósemki”? Niewtajemniczonym przypomnę zatem, że znajomy marudził właśnie na okoliczność „Zjawy”, gdzie zamiast wartkiej akcji, więcej jest gramolenia się różnymi środkami transportu przez lasy północy i ujęć tychże lasów północy. Prawda, prawda, Iñárritu celuje w inną estetykę niż Tarantino, jednak ze swoim zimowym obrazem z czasów kolonizacji nowego lądu, któremu jednak daleko do westernu, pewnie zmierza po Oscara. Jest w tym filmie jednak malutki mankament, bardziej natury społecznej, niż filmowej, który moim zdaniem mąci całe pięknie zrealizowane widowisko…

Czytaj dalej

Dobry film z Channingiem Tatumem: Nienawistna Ósemka

cinemablend.com

Film jakby o moim ostatnim Sylwestrze: wszyscy siedzą zamknięci w urokliwej chatce, a za oknem zimowa zawierucha, która potrwa nie wiadomo ile. Nie ma jak uciec, jest za to dużo czasu na rozmowy, jakie mogą wiele przynieść… W przeciwieństwie do mojej noworocznej imprezy, rzecz jednak dzieje się w Stanach Zjednoczonych, trochę po zakończeniu wojny secesyjnej, a bohaterowie niecierpliwie czekają na rozwiązanie narastającego napięcia. co jednak przyniesie trochę krwi. Tarantino powraca z dobrym filmem, może nawet bardzo dobrym, aczkolwiek maruderzy wytkną mu korzystanie ze starych schematów. No. tylko nas to dalej bawi!

Czytaj dalej

DOBRE przedstawienie: „Frankenstein”

Frankie-2-Image-Text

źródło: sharmillfilms

Frankenstein (Royal National Theatre)

Wielka Brytania, 2011

reż. Danny Boyle, scen. Nick Dear (na podstawie powieści Mary Shelley)

wyk. Benedict Cumberbatch, Jonny Lee Miller, Naomie Harris

Rok 1963 to był ważny rok: urodzili się moi rodzice i Quentin Tarantino, zabito Kennediego, BBC nadało pierwszy odcinek serialu Doctor Who, a w Londynie powstał National Theatre. Z okazji pięćdziesięciolecia tego ostatniego wydarzenia w kinach całego świata można zobaczyć niektóre z ich nagranych spektakli, w tym „Makbeta” i „Frankensteina”. Rzecz jasna przedstawienie oglądane na dużym ekranie to nie to samo, co na żywo na scenie, jednak skoro nie pojawiła się u mnie (na razie) niebieska budka telefoniczna, która zawiozłaby mnie do Londynu gdzieś między lutym a majem roku 2011, z radością zadowoliłam się możliwością* oglądnięcia transmisji w krakowskim kinie Mikro (grają to jeszcze 8.12! Rezerwujcie bilety póki są!).

Choć zwykle nie piszemy tu o sztukach, ja skorzystam z faktu, że bądź co bądź to przedstawienie widziałam w kinie oraz z tego, że Współautor już pewnie śpi lub znowu imprezuje na jakimś malezyjskim wieżowcu i nie może mnie pilnować. Najpierw kilka ciekawostek. To przedstawienie istnieje w dwóch wersjach** — w jednej w Stworzenie wciela się łysy Jonny Lee Miller, a w Wiktora Frankensteina naturalnie ryży Benedict Cumberbatch, w drugim jest na odwrót. Ja widziałam „pierwszą” wersję. Koleżanka, która obejrzała obie wersje zarzeka się, że ta jest lepsza, więc jej wierzę. Nie oznacza to oczywiście, że przy najbliższej sposobności nie popędzę zobaczyć drugiej! Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie opisała kolejnej ciekawostki związanej z wymienionymi aktorami: obaj zdolni panowie grają obecnie Sherlocka Holmesa w dwóch różnych — acz w obu DOBRYCH — serialowych modernizacjach opowieści Arthura Conan Doyle’a. 

Czytaj dalej

Zły Film: AmbaSSada

Źródło: Materiały prasowe

Źródło: Materiały prasowe

AmbaSSada

Polska 2013

reż. i scen. Juliusz Machulski

wyk. Magdalena Grąziowska, Bartosz Porczyk, Robert Więckiewicz, Adam Darski

To było trochę jak z moją wycieczką do Rosji, kiedy to pewnego środowego ranka dostałem od kolegi kilka minut na decyzję, czy lecimy na 10 kwietniowych dni do Moskwy. Bilety kosztowały 350 zł w obie strony, więc nie było nawet o czym gadać. Przedwczoraj, gdy dowiedziałem się, że mam podwójną wejściówkę na premierę „AmbaSSady” w Krakowie miałem równie mało czasu na przyjęcie oferty, jednak film za darmo i do tego ochlej i wyżerka na koniec? Problem miałem tylko z towarzystwem, bo Współautorka bloga wolała się wybrać na urodziny koleżanki, jednak w koncu się udało. Padło na E.

Biedna E. W sumie doskonale wyartykułowała moje obawy: „A czy to jest DOBRY film?” Kłopot polegał bowiem na tym, że w tym samym czasie mieliśmy iść na „Wszyscy w naszej rodzinie” Radu Jude, prezentowanego w ramach festiwalu kultury rumunskiej. No i lepiej iść na DOBRY film, ale za niego zapłacić, czy za darmaka wbijać na ZŁY? Nie ukrywam, napływające informacje nie napawały optymizmem. Tym bardziej, że miałem w pamięci poprzednie (dodajmy – nienajlepsze) dzieło Machulskiego, czyli „Kołysankę”. Stwierdziliśmy jednak, że poświęcimy się, a i ja przy tym skorzystam jako autor tego bloga, bo chywa więszkość z was idąc do kina będzie się raczej zastanawiała nad „AmbaSSadą” a nie jakiąś rumunską produkcją. I tak piątkowym wieczorem zdeptaliśmy czerwony dywan rozwinięty przed kinem Kijów.

O filmie było głośno od dawna. Wałęsa-Więckiewicz gra Hitlera, dyżurny obrazoburca kraju „Nergal” – Ribbentropa, a całość była przyrównywana kontrowersyjnością pomysłu do „Bękartów Wojny” Tarantino. Polacy robią komedię o Hitlerze i drugiej wojnie światowej. Świetnie, brawo za odwagę! Ale znacznie ciekawsze od pytania, czy potrafimy się śmiać z jednej z największych naszych traum narodowych, było to, czy potrafimy zrobić DOBRY film na ten temat? Czytaj dalej

Zły Film: Tylko Bóg wybacza

Za: thesecondtake.com

Za: thesecondtake.com

Only God Forgives

Francja, Tajlandia, USA, Szwecja 2013

reż. i scen.:  Nicolas Winding Refn

wyk.: Ryan Gosling, Kristin Scott Thomas, Vithaya Pansringarm

Oniryczna, poplątana w wątkach i domysłach wyprawa na dno europejskich, sadomasochistycznych fantazji dalekowschodnich. Ciągnące się jak kisiel ze startym jabłkiem sceny nagłych cięć uprzednio dokładnie przestudiowanej przez kamerę maczety; spacery po krętych bunkrach mrocznych azjatyckich klubów, zalewający nas nagle mrok i zaskakujące zbliżenia przecinania, przekłówania lub przeszywania ludzkiego ciała, z loterią, polegającą na tym, czy usłyszymi rozdzierający krzyk niepisanego bólu czy melodyjną piosenkę o Kwiecie Naszego życia, na który daremnie czekamy, choć powiedzieliśmy mu, że go kochamy.

Mówiąc po naszemu: Bangkok, dziwki, koks i tajski boks. I Ryan Gosling. Doskonałą zaprawdę jest muzyka Cliffa Martineza*, (odpowiedzialnego za naszą muzyczną ekstazę przy oglądaniu „Drive’a”) która szumi, uwiera, niepokoi i wzbiera, by nagle zalać nas brzęczeniem i napięciem, a tę chorą i ociekającą krwią historię otulić schizofrenicznymi dźwiękami. W mrokach tajskich zaułków załatwia się mniej lub bardziej szemrane interesy. Nie ma miejsca na morały — do rynsztoków tajskiej metropolii nie dociera jasność słońca. Cyniczni Europejczycy załatwiają swoje biznesy, czasem ich jednak ponosi i ten czy inny autochton uprzednio zgwałcony przez owego białego człowieka ginie w hektolitrach swojej krwi w jakimś obskurnym burdelu. Oczywiście, Azjaci też mają swojego bohatera, działającą bez żadnych hamulców karzącą rękę Prawa i Sprawiedliwości — policjanta, który jest niszczącym wszystkim, co nawinie się pod ręką (ale najchętniej kataną, jaki nosi na plecach) tajskim robocopoem, choć ma brzuszek i chyba już będzie po pięćdziesiątce.

Karząca Ręka Tajskiej Sprawiedliwości śledzi i wytrwale tropi złych Europejczyków, którzy zwierają szyki. Na ich czele stoi bezwzględna i wulgarna biała kobieta, jedząca na śniadanie kokainę zamiast serka granulowanego, żądająca krwawej zemsty za śmierć swojego ukochanego pierworodnego i na linię frontu posyłająca swojego drugiego syna – boskiego Ryana Goslinga.

Wszystko się pląta, zwiera, przyciąga. Samonakręcająca się spirala bezsensownej vendetty  zmierza do nieuchronnej konfrontacji w sosie kwaśno-gorzkim, zalewającym nie prażonego w sezamie kurczaka, ale siekane ludzkie kawałki. Ryan ma dać po mordzie, ale sam dostaje. I ma siniaki. Ale nie odpuszcza. Złość narasta. Hipnotyczny, balansujący na granicy jawy i snu film, ma być wiwiseksją samotności, opuszczenia, studium syndromu zaniedbanego drugiego syna, który nie potrafi się wyzwolić z opieki nadopiekuńczej matki. Nawet z laskami zabawia się krępując się i przywiązując do krzesła fioletowymi wstążkami i jedynie patrząc na ich coraz bardziej nagie wdzięki.

Dużo tu „Kill Billa” Tarantino czy „Wkraczając w pustkę” Noe. Mnóstwo zabawy z konwencją i jeszcze więcej z dobrym smakiem widza. Kinowa postmoderna, którą żeby zrozumieć, trzeba przedrzeć się przez misterne konstrukcje i efekty. Jak macie na to siłę, to powiedzcie co tam znajdziecie. Ja sobie dałem siana po kwadransie. Słoń *Współautorka twierdzi wręcz, że ten film jest znacznie lepszym słuchowiskiem.

Django – DOBRY film

django-unchained-2

„Django Unchained”

USA, 2012

reż. Quentin Tarantino

Jamie Foxx, Christoph Waltz, Leonardo Di Caprio, Samuel L. Jackson

„Bękarty wojny” po mnie… spłynęły. Jak „Quantium of Solace” – byłem, widziałem, kolejny krzyżyk w „Wielkiej Księdze Filmów, Które Zobaczyłem” dwie twarze zapamiętałem (ze zdziwieniem odnotowałem, że waltz po niemiecku nie znaczy „uśmiechnięty skurwiel z rozbrajającym uśmiechem”), wielka rozpierducha, ale bez jakiejś rewelacji. No dobra, trzeba przyznać, że zrobienie przez takiego reżysera komedii o Holocauście było czymś mocnym, ale chyba w kontekście tego filmu ważniejszy był właśnie kontekst. Ze zdziwieniem odnotowano, że na projekcjach doskonale bawili się Niemcy, co potraktowano jako ostateczne pogodzenie się naszych zachodnich sąsiadów z historią, która i tak będzie ich prześladować jeszcze latami. I chyba trochę tego się obawiałem w najnowszej produkcji Tarantino. Ale na szczęście moje obawy się nie spełniły. Dostałem to czego oczekiwałem.

Zatem ad rem: Klimat spaghetti-westernów kręconych w Jugosławii, z montażem i napisami z epoki, doskonałą muzyką z lat 70. – słowem, każdy, nawet bez magisterium z filmoznawstwa instynktownie czuje o co chodzi. Fabuła podobna konceptem do „Bękartów…”, gdzie Tarantino bawi się naszymi cywilizacyjnymi lękami i marzeniami. A niech teraz Ci, co latami byli prześladowani i gnębieni przez historię się zemszczą! Niech spełnią nasze szalone pragnienia, wyzwolą się z opresji i urządzą swoim oprawcom krwawą łaźnię, ale na tyle skąpaną w absurdzie, że nie będzie nam ich żal, ale wręcz przeciwnie – będziemy się świetnie bawić. W końcu o to chodzi w kinie, prawda?

Zatem tak i w „Django”, mamy reprezentanta uciśnionej mniejszości, czyli tytułowego bohatera, który dzięki pomocy elokwentnego łowcy głów, (Christopher Walz – w pełni zasłużył na Oscara za rolę drugoplanową!), mści się na białych panach, by odzyskać swoją ukochaną. Jest krwawo, absurdalnie i… zajebiście śmiesznie. Jako zagorzały germanofil, z rozmarzeniem na twarzy oddawałem się rozkoszy śledzenia wątku niemieckiego. Autoironiczne żarciki z pochodzenia Walza, czarna niewolnica Brunhilda z Mississippi, a wszystko to usprawiedliwione aluzją do filmów o Winnetou, z bohaterami latającymi po bezdrożach Jugosławii i krzyczących: „Hande Hoch”. Dyskusja bandy plantatorów-mścicieli na koniach przeradza się z deliberacji na temat strategii uśmiercenia głównych bohaterów, w kłótnię na temat wątpliwej jakość wykonanych nakryć na głowę, będących ułomną wersją gustownych kapturów Ku-Klux-Klanu. Scena, którą widzieliśmy przecież już w niezliczonej ilości komedii, choć mi i tak przypomniała dyskusję Galów o grzybach z albumu „Asteriks na igrzyskach olimpijskich”, a i tak bawi. Mistrzem jest jednak Samuel L. Jackson, grający oddanego lokaja , który wszystkich dookoła wyzywa od „czarnuchów”, a opowiastkę o murzyńskim gladiatorze kwituje rozbrajającym: „Negrokules”.

Film jest długi, trzy godziny bez kwadransa. Ale dobrze się to ogląda, fabuła jest dynamiczna, ładnie płynie, tak, że w sumie tylko raz rzuciłem okiem na zegarek. Od razu uwaga, dla niecierpliwych – „Django” trzeba oglądnąć DO KOŃCA. Tak, reżyser zostawił nam na deser żarcik, który pojawia się dopiero po napisach końcowych. Ale po zakończeniu projekcji miałem uczucie… spełnienia. To były dobrze spędzone dwie godziny i 45 minut. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się czułem po filmie.

Tu i tam czytałem o Tarantino oraz „Django” i dosyć często spotkałem się z uwagami, które dotykają problemu, jaki i ja – przyznam – mam z tym niewątpliwym geniuszem kina, który już dawno zapewnił sobie miejsce w historii. Zarzut jest – ostrzegam – meta filmoznawczy, może nawet filozoficzny, trochę w duchu antropologii poststrukturalnej naznaczonej preegzytencjalizmem Kirkegaarda, z łyżką fenomenologii Ingardena. Otóż Tarantino opiera cały swój koncept na filmy na tym, na czym stoi cała nasza kultura, o której ktoś mądry powiedział, że od jakiegoś czasu (najpóźniej ee… IV w.n.e.?) opiera się na naśladownictwie. Nic nowego pod słońcem, obrabiamy i przerabiamy znane motywy i konteksty, nadając im jedynie nową formę. Fabuły Tarantino to czysty FUN, zapakowany w pudełko starych, acz doskonale odtworzonych klisz. Nie ma tutaj uniwersalnych problemów, codziennych dramatów, prawdy o życiu i śmierci, ale świetne portrety bohaterów, genialne rzemiosło reżyserskie i aktorskie, no i ten wydumany „dialog z historią kina”. I dialogi, dialogi, dialogi!

Dlatego ze zdziwieniem przeczytałem, że jeden recenzent miał po filmie niedosyt. Ale na Boga, czego oczekujemy, jak słyszymy, że Tarantino zrobi film o ninja-zabójcach, drugiej wojnie światowej albo niewolnictwie? Psychoanalitycznej analizy, wiwisekcji poruszanej problematyki, czy dokładnie tego, co zobaczymy w „Django”? A jak ktoś chce mieć studium polityczno-społecznie niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych w latach 60. XIX w. to niech idzie na „Lincolna”. Tez DOBRY FILM, ale o tym niedługo. „Django” to znany i dobry Tarantino, z wszystkimi swoimi zaletami i wadami. Ja to kupuję i daję się wciągnąć w tę bezczelną gierkę. A skoro jeszcze skaczą przy tym endorfiny?

Słoń