Dobre filmy z Nowych Horyzontów

Festiwal we Wrocławiu już za nami. Współautor wrócił tamże po trzech latach, tym razem na jedynie trzy dni, ale to wystarczyło, by zobaczyć parę ciekawych produkcji. Fikcyjny zapis kulisów lądowania na Księżycu czy pierwszy film po baskijsku w historii nominowany przez krajową akademię do Oscara urzekły. Nieco więcej problemów jest z najnowszym dziełem rumuńskiego reżysera Adriana Sitaru. Wyselekcjonowane (mamy nadzieję — DOBRE) filmy z festiwalu tradycyjnie wejdą do dystrybucji, o nich napiszemy jak już będą w kinach, dlatego niniejsza relacja jest bardziej swobodną notką z wydarzenia, niż komplementarnym przewodnikiem…

Czytaj dalej

Bardzo Dobry ale Bardzo Długi Film o Filmie: The Story of Film. An Odyssey

The Story of Film. An Odyssey.

Wielka Brytania, 2011

reż. Mark Cousins

Niniejsza recenzja pierwotnie została opublikowana 09/2013 na zaprzyjaźnionym portalu pulpozaur.pl w ramach tzw. występów gościnnych, praktykowanych przez Autorów tego bloga. Z niewielkimi zmianami tekst ten ukazuje się dzisiaj na naszych łamach. 

Jak pisał wybitny historyk sztuki: „Czy nam się to podoba czy nie, kino – bardziej niż jakakolwiek inna siła – ukształtowało opinie, smak, język, stroje, zachowanie, a nawet fizyczny wygląd publiczności”. Jak dodaje dalej: „Gdyby prawo zmusiło wszystkich poważnych poetów lirycznych, kompozytorów, malarzy i rzeźbiarzy do zaniechania swej działalności – uświadomiłaby to sobie niewielka część szerokiej publiczności. […] Lecz gdyby to samo stało się z kinem, konsekwencje społeczne byłby katastrofalne”.

W samym 2012 r. filmy zarobiły prawie 35 mld dolarów na całym świecie. Wiadomo, że liderem jeśli chodzi o produkcje są Indie (1325 filmów w ostatnim roku), potem Nigeria (826), brąz dla USA (520). Ogólnie trochę tego jest, jeśli do tego dodamy pozostałe kraje, w tym Polskę z radosnymi czterdziestoma produkcjami. Żaden z tych filmów – co jasne – nie powstaje w próżni, każdy z nich jest osadzony w jakiejś kulturze, tradycji, zmontowany został w konkretnym kraju, ale zarazem nawiązuje do światowej tradycji kinowej. Uniwersalność języka „ruchomych obrazków” jest niezaprzeczalna.

Źródło: Karlove Vary International Film Festival

W tym momencie rodzi się pytanie: jak w takiej sytuacji zrealizować zadanie opisania ponad 120 lat tej niezwykle popularnej sztuki? Jak się nie pogubić w gąszczu coraz to nowych produkcji? Czy da się znaleźć jakieś wzory, schematy, połączyć dzieła klasyczne z tym, co się dzieje we współczesnym kinie? I zrobić to tak, by nie powstało liczące tysiąc godzin dzieło, gubiące w natłoku informacji sedno, jakim jest próba ogarnięcia tego, co się działo z kinematografią od jej początków po dzień dzisiejszy?

Cóż – da się. Facet, który tego dokonał, nazywa się Mark Cousins. Jest północnoirlandzkim krytykiem filmowym i potrzebował dokładnie dziewięciuset minut, by tego dokonać.

Panie i Panowie, przed nami – że oddam głos samemu reżyserowi – „epicka opowieść o innowacji, poprzez dwanaście dekad historii, sześć kontynentów i tysiąc filmów” – The Story of Film. An Odyssey

Czytaj dalej

Dobry Film: Nie

no

Za: itpworld.wordpress.com

“No”

Chile, Francja, USA, 2012

reż. P. Larraín, sc. P. Peirano

wyk. G. G. Bernal

1988 to był rok! Tyle się na świecie ważnych rzeczy wydarzyło! Podobno najstarszy orzeł bielik na świecie się urodził w tym roku. Wtedy też weszła w Polsce w życie tzw. ustawa Wilczka-Rakowskiego, która znacząco liberalizowała polską gospodarkę centralnie planowaną. Na świecie też się działo. Ten rok to początek demokratyzacji Chile. Konkretnie – piątego października (równo ćwierć wieku temu!) odbyło się referendum, w którym obywatele mieli się opowiedzieć, czy chcą przedłużenia o kolejne osiem lat prezydentury Augusto Pinocheta. Alternatywą miały by być wolne i demokratyczne wybory. Wynik wyborów nie był oczywisty. Pinochet był paskudnym dyktatorem, szacuje się, że za jego rządów  zaginięło  lub poniosło śmierć ponad 3 tysięcy ludzi. Jednak nie można mu odmówić liberalnych reform gospodarczych, w wyniku których PKB Chile w latach 73-80 wzrosło o 35 proc. (bezrobocie też wzrosło, ale niektórzy na libertariańskiej prawicy mają to tam, gdzie zdrowy rozsądek i serce). Dlatego też opozycja musiała trochę podziałać, żeby wygrać ten plebiscyt decydujący o przyszłości kraju.

Film jest o tyle ciekawy, że wpisuje się w serię DOBRYCH filmów chilijskich, jakie się ostatnio ukazywały. Bez bicia się przyznaję, nie nadążam za wszystkim co się w świecie kina dzieje i póki co zobaczyłem tylko “Nie” na ostatnich T-Mobile Nowych Horyzontach, ale chyba z blogerskiej powinności powienienem polecić to i owo. Komiediodramat “Służąca” (La Nana) Sebastiána Silvy od premiery w 2009 r. zdobył kilka nagród, m. in. na Sundance, a przewodnia piosenka (AyAyAyAy) walczyła o nagrodę na najlepszą nutę w 83. rozdaniu Nagród Akademii. Rok później ukazał się dokument “Nostalgia za światłem” (Nostalgia de la Luz), w którym przyrównano pracę grzebiących w przeszłości gwiazd astronomów do matek, próbujących dowiedzieć się czegoś o losie swoich dzieci, które zaginęły w trakcie rządów Pinocheta (uch, tytuł prawie tak dobry jak pomysł i plakat! – patrz niżej). W 2011 r. hitem była produkcja “Violeta poszła do nieba” (Violeta se fue a los cielos) oparta na historii folkowej artystki Violety Parry. “Violeta…” była chilijskim kandydatem do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny, ale dopiero “Nie” udało się wejść do ścisłego finału i walczyć o Nagrodę Akademii. Wówczas wygrała jednak “Miłość” (Hanekego, a nie Dzierżawskiego czy Tuska!)

Za: icarusfilms.com

Za: icarusfilms.com

Ale do rzeczy. “Nie” ogląda się trochę… nieprzyjemnie. Reżyser wpadł bowiem na banalny w swojej prostocie, a jakże autentyczny i ile dający punktów do artystycznego wyrazu punktów pomysł: film nakręcił w niskiej jakości, wykorzystując Sony 3/4-cale, jakim nagrywano materiał na taśmy. Całość robi wrażenie chilijskiego materiału telewizyjnego z końca lat 80! Niektórzy zwracali jednak uwagę, że właśnie ten zabieg znacząco obniżył jego szansę na zawładnięcie sercami szerszej publiczności. Ja przyznam, nie jestem entuzjastą takich zabiegów i moje przyzwyczajone do wyśrubowanej jakości zarówno w kinie jak i w chacie (no, mamy dobry odbiornik telewizyjny) oko trochę się buntowało. Jednak ostatecznie wczułem się w klimat.

Głównym bohaterem jest René Saavedra (G. G. Bernal), uznany w branży reklamowej fachowiec, który staje po stronie “Nie” i odpowiada za strategię obozu demokratycznego. Zastraszany przez stronę rządową, obawiający się o życie syna oraz targany konfliktem interesów z szefem, który pracuje dla przeciwnego obozu, Saavedra wynosi chilijskie kampanie polityczne na inny poziom, wspinając się na wyżyny kreatywności i tym samym znacząco przyczyniający się do wygrania referendum.

Duże pochwały za “Nie” zebrał właśnie… Bernal. Na festiwalu filmowym w Abu Dhabi w 2012 r. dostał nawet nagrodę za najlepszego aktora! I choć trzeba mu przyznać, że naprawdę stworzył wyrazistą postać, to ja jednak mam wrażenie, iż cały czas czeka on na rolę swojego życia.

W takich filmach jak “Nie” nieco upierdliwe jest to, że znamy zakończenie. Ale pamiętacie jeszcze “Operację Argo” (Argo – fuck yourself!)? Czy nie była to jedna z takich produkcji, która mimo wszystko trzymała w napięciu do samego końca? Oparty na prawdziwej historii (a konkretniej – na nawiązującym do tych wydarzeń nieopublikowanym dramacie “Plebiscyt” (El Plebiscito) Antonio Skármety) “Nie” wcale nie traci na braku punktów za zakończenie. Właściwie taka utrata na samym wstępie możliwości zaskoczenia na koniec filmu (heh, jak zwykle brawo za stylistykę dla autora tego wpisu…) daje zupełnie nowe możliwości, nakazując twórcom skupić się na innych aspektach i gdzie indziej podarować widzowi jakąś niespodziankę. W końcu to ograniczenie pokazuje mistrza, jak to powiedział największy niemiecki romantyk.

Oczywiście, z drugiej strony takie zakończone wielkim happy-endem historie z życia wzięte (najczęściej polityczne) powodują, że łatwo popaść w tani triumfalizm i patetyczne uniesienia. Dlatego “Jobs” był ZŁY i dlatego też boję się tak “Wałęsy” jak i filmu o Mandeli. Jedak żyjący w swoim wciśniętym między wodę, a pozostałe duże kraje Chilijczycy pokazują, że da się zrobić starą kamerą DOBRY film o pięknym wydarzeniu, które spokojnie zasługuje na miano końca dyktatury. Polityka niestety nie jest spektuakularna i nas – Polaków – los okrutnie pokarał, że komunistyczna dyktatura upadała w zaciszu lokalów wyborczych osiem miesięcy później niż w Chile, a nie w takt buldożerów niszczących Mur Berliński (koleżanki z Niemiec trochę się zrzymały, jak im to powiedziałem, ale nie miałem racji?)

Dlatego jak jutro będziecie pić alkohol nie zapomnijcie o Chilczykach. Ich demokracja ma ćwierć wieku, więc… sto lat!

DOBRY Film: Niebiańskie Żony Łąkowych Maryjczyków

nbzl

Nebesnye zheny lugovykh mari

Rosja, 2012

reż i sc. Alexey Fedorchenko

wyk. Yuliya Aug, Yana Esipovich (i 24 inne kobiety)

Ciąg dalszy wspominek festiwalowych. Nie wiem, czy będzie okazja zobaczyć ten film w polskim kinie, jednak muszę o nim napisać i tyle.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem tak przejmujący, wywołujący tyle skrajnie różnych emocji film.  Na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty utarło się przekonanie, że lepiej unikać filmów konkursowych. Często są one naprawdę nowohoryzontowe,dlatego zdarzają się wyjątkowo oryginale produkty filmopodobne, mocno eksperymentalne, nie stroniące od pornografii i odpychającej przemocy.Tym razem jednak zaryzykowałem. Nie ukrywam, dałem się skusić intrygującemu tytułowi i faktowi, że film powstał w Rosji, a jego reżyserem jest facet, który ma na swoim koncie produkcję pt: „Pierwsi na księżycu” (mockument o tym, że to Ruscy jako pierwsi wylądowali na księżycu). Długo nie mogłem zapamiętać nazwy tego dzieła, dlatego teraz, celem utrwalenia przeanalizuję poszczególne elementy składowe tytułu (choć w odwrotnej kolejności!), co przy okazji nada tej recenzji znamion oryginalności.

Łąkowi Maryjczycy –  pod tą intrygującą nazwą kryje się jedna z grup etnicznych zamieszkujących terytorium Federacji Rosyjskiej. Choć ten ugrofiński lud rozproszony jest właściwie po całym kraju, najwięcej ci ich – bo prawie połowa całej populacji – w autonomicznej (oczywiście tylko z nazwy) republice Mari El, zagubionej gdzieś nad Wołgą. Według cenzusu sprzed dziesięciu lat, jako Maryjczyk określało się ok. 600 tys. ludzi, przy czym część określała się dodatkowo jako Górny bądź Zachodni Maryjczyk. Oprócz tego istnieje trzecia, zamieszkująca lewy brzeg Wołgi ekipa, czyli tytułowi Łąkowi Maryjczycy. Maryjczycy mają swój język, należący do grupy ugrofińskiej, oraz specyficzną religią, będącą mieszanką prawosławia, szamanizmu i pogaństwa.

Film nie jest dokumentem, choć wzięło w nim udział – obok profesjonalnych aktorek – trochę autentycznych Maryjczyków. Co ciekawe, ekipa filmowa musiała zorganizować kursy językowe dla aktorów, nawet lokalsów, ponieważ znajomość języka wcale nie była tak duża, jak się po oglądnięciu filmu wydaje!

Żony – film jest o kobietach. Konkretnie dwudziestu sześciu paniach w różnym wieku. Najmłodsza z nich ma z 8 lat, najstarsza jest już w sile wieku. Łączy je to, że należą do wspomnianej w powyższym akapicie grupy etnicznej. A – i jeszcze jedno: każda z nich ma imię zaczynające się na „O”. Czemu? Na festiwalu była okazja spytać o to samego reżysera i jeśli mu wierzyć, to nie należy się tutaj doszukiwać żanych aluzji. Po prostu są to dźwięczne słowa, które w języku maryjskim nieraz mają bardzo ładne znaczenie.

Lasek jest 26, każda ma swoją historię. Krótszą lub dłuższą, ale wszystkie są urzekające. Jedne są niczym z życia wzięte. Ot taka scenka: młódka wyjmuje z koszyka grzyby. Każdemu się przygląda, czyści i odkłada na bok. Kiedy spogląda na jednego z porządniejszego rozmiarem borowika, podnosi go do góry i mówi do siebie: “O! Mój mąż ma być właśnie taki!” Ileż tu prostoty, piękna, doskonałości, a zarazem (choć może za bardzo mi pracuje fantazja faceta^^) subtelnie przemyconego erotyzmu. To tylko jeden niewinny przykład. W opowieściach Maryjek przejawiają się wszyskie problemy życia: niewierny mąż, pierwsza miłość, zdrada, śmierć, choroba, niechciani adoratorzy, konieczność opuszczenia rodzinnego domu – no, ciężko wymieniać wszystko.

Nie ma tematów tabu, bo przecież wszystko to jest oczywiste i naturalne. Tak jak w opowiastce dziewczyny, która musi za pomocą wielkiej trąby urbi et orbi ogłosić, że dostała pierwszej menstruacji. Zirytowana tym narzucanym tradycją ekshibicjonizmem pyta ciotki, po kiego grzyba każdy musi się dowiedzieć, co dzieje się z jej ciałem. Starsza kobieta odpowiada, że fakt zostania kobietą jest przecież czymś zarówno naturalnym, jak i budzącym wielką radość i dumę. Dlatego potrzeba się tym podzielić z całym światem. Proste i logiczne, prawda?

Pół biedy, jak ci faceta podrywa inny homo-sapiens...

Pół biedy, jak ci faceta podrywa inny homo-sapiens…

Niebiańskie – jak Maryjczycy są Łąkowi, tak ich kobiety – Niebiańskie. Niebiańskie, bo piękne, zaradne, kochające/kochane i cieszące się szykującym nieraz paskudne niespodzianki życiem. Ich historie są zarówno straszne jak i śmieszne, przesycone erotyką i codziennymi problemami. Choć w ich życiu tradycja i religia odgrywa wielką rolę, to nasze bohaterki są osobowościami, świadomymi swojej kobiecości i indywidualności. Po prostu – niebiańskie. Ale przez pierwszą część tutułu należy rozumieć również element transcendentalny, duchowy – niebo. Rzeczywistość miesza się z magią, a wiara w równoległy, niepoznawalny racjonalnie, ale mający ogromny wpływ na życie świat duchów jest czymś oczywistym. Ludowe wierzenia nie są jedynie bajkami i próbami zrozumienia świata przez odizolowany od globalizacji lud zagubiony na rosyjskich przestworach łąk, ale faktycznie działającymi receptami i formami rozwiązania problemów. Warto podkreślić, że film powstał na podstawie książki, w której zebrano te wszystkie opowieści. Świadomie unikam jednak słowa podania, bo każdy kto czytał reportaże z Rosji wie, że w tym kraju gdzie jest więcej wróżek i szamanów niż lekarzy, poważni ludzie ręczą słowem za naprawdę niesłychane historie…

I tutaj się zaczyna jazda bez trzymanki…

“Niebiańskie żony…” to iście wybuchowa mieszanka erotyzmu i magii; skąpana w kolorach, muzyce, a w dodatku opowiedziana dźwięcznym językiem maryjczyków. Obrazy rosyjskiej prowincji – bujne lasy, spowite śniegiem przestrzenie, głaskane wiatrem pola – są wręcz baśniowe, nierealne, choć jednak realistyczne. Obyczajowe historie dotyczą nie tylko ludzi, na scenę wkraczają leśne dziadki, szamanki, nieumarli i inne cuda, które jednak wydają się czymś naturalnym i zrozumiałym. Choć nie zawsze sympatycznym.

Film zahacza miejscami o komedię, czasem o porno-horror (zobaczycie scenę z kisielem na świetlicy, to zrozumiecie o co chodzi), dramat obyczajowy i egzystencjalny realizm. Choć jest to przede wszystkim hołd dla niezmąconego politycznymi i społecznymi zawieruchami życia Maryjczyków (co nie jest do końca prawdą), to bohaterami są właśnie kobiety – ładne, sprytne i ogarnięte. Przez piękny dobór środków artystycznych, wizualną fantazję i doskonałą harmonię między tym co prawdziwe a tym, co schowane w lesie czy w polu, udało się stworzyć cudowną, chyba uniwersalną historię o płci, wcale nie słabszej, ale przede wszystkim pięknej.

Ostatnia scena, kiedy każda bohaterka uśmiechając się mówi do kamery swoje imię, wywołuje w nas wzruszenie, ale i zachwyt. Ręce same składają się do braw, pamięć szuka chusteczek higienicznych, którymi można otrzeć łzy wzruszenia, a uczestnik festiwalu dziękuje za film, o którym ze spokojnym sumieniem może powiedzieć, że pomimo nowohoryzontowości, jest DOBRY.

Nieziemsko DOBRY.