DOBRY film z Sandrą w kosmosie: Grawitacja

Źródło: bostonurbannews.com

Źródło: bostonurbannews.com

Gravity

USA, UK, 2013

reż. Alfonso Cuarón

scen. Alfonso i Jonás Cuarón (ojciec i syn)

wyk. Sandra Bullock, George Clooney

Usłyszałem “Grawitacja”, pomyślałem — Justyna Steczkowska z czasów, gdy miałem mało lat (doczekajcie do refrenu!). Ostatni film Alfonso Cuaróna przykuł moją uwagę jednak z innego powodu. Powodów. Po pierwsze — obsada. Po drugie — dużo pochwał pod adresem muzyki, efektów specjalnych i montażu. Po trzecie — zachwyty krytyki, na potwierdzenie czego nominacja do Złotych Globów. I po czwarte — niezwykły, jak na mainstreamowe kino, pomysł na inteligentne kino katastroficzne, które pomimo swojej hollywoodzkości urzeka mnogością znaczeń i symboli. I może nie prowadzi nas ono do niezwykle odkrywczych wniosków, a także nie poraża głębią dialogów, to naprawę tworzy niezwykłe napięcie aż do samego końca. A to jedna z moich ulubionych cech DOBREGO filmu.

Na wstępie zaznaczę, że celem dokładnego nakreślenia, dlaczego “Grawitacja” jest DOBRYM filmem, który warto zobaczyć, będę musiał zdradzić końcówkę. Ale może uda mi się ją opisać na tyle zawile, że nie będzie tak łatwo się tego domyślić…

Czytaj dalej

Dobry Film: Imagine

imagine

“Imagine”

Francja, Polska, Portugalia, Wielka Brytania, 2013

reż.  Andrzej Jakimowski

wyk. Edward Hogg, Alexandra Maria Lara

“Imagine it. Then you’ll see it”

IanStod

Cholera, chyba się starzeję. Stałem jak głupi przed wejściem do kina i gapiłem się na repertuar. Był piękny wiosenny wieczór (tak, mieliśmy takie tego roku), kończyłem jeść lody bakaliowe od Sycylijczyka i czekałem na jakiś znak od niebios, bo nijak nie potrafiłem podjąć decyzji na co iść. Byłem sam, tak że nawet nie mogłem na nikogo zcedować odpowiedzialności za podjęcie decyzji. Do wyboru był film o zakochanych niewidomych alboszwedzkich lesbijkach w ramach festiwalu “O miłości między innymi”. I – naprawdę, chyba się starzeję – ku swojemu zaskoczeniu poszedłem na… zakochanych niewidomych.

Reżyser “Imagine” znany jest nam ze “Sztuczek”. Dobry i ładny film, ale go nie widziałem. (Tak, nie wstydzę się tego, chcecie normalne recenzje filmowe kupcie se “Film”, tutaj mamy inne atrakcje i nie mniej erudycyjne wywody, choć mniej piszemy o posthumanizmie, antropologii strukturalnej i egzystencjonalizmie). Urzekł mnie jednak plakat do tego filmu.

Plakat_B1_Imagine

On, Ona i błękit nieba. I taki jest ten film. Kamera koncentruje się przede wszystkim na naszych bohaterach. Przestrzeń pokazana jest w absolutnie minimalny i konieczny do zrozumienia filmu sposób. Kiedy bohaterowie dyskutują o tym co się dookoła dzieje, nie jesteśmy postawieni jako widzowie w roli cwaniackich wszechwiedzących, którzy widzą i mogą natychmiast rozsądzić spór o to, czy ulicą idzie kobieta czy mężczyzna, albo czy z kawiarni widać ogromny statek stojący w porcie. Fakt, niekiedy wiemy ciut więcej, ale jednak udało się reżyserowi osiągnąć niezwykle trudny do osiągnięcia kompromis między oddaniem rzeczywistości, w jakiej żyją nasi bohaterowie, a komfortem oglądania filmu. Choć są oczywiście i tak radosne filmy jak “Liban” z 2009 r., gdzie przez cały czas siedziemy w czołgu i widzimy tyle co te izraelskie Gustliki.

Fajnie było się przejść na “Imagine” po “Stokerze“. Oba dzieła bazują w dużej mierze na doznaniach słuchowych. O ile jednak w thrillerze Park Chan-wooka dźwięk budował napięcie, tak u Jakimowskiego pełni zupełnie inną rolę – wprowadza nas właśnie w ten niedostępny widzącym świat osób niewidomych. Jest to absolutnie fantastyczne dla oglądającego doświadczenie, gdy ma naprawdę to głębokie poczucie jedności między światem widzianym i słyszanym.

Żeby było jasne – nie jest to jedynie film o walce ze swoją ułomnością. Cała fabuła i sposób obrazowania jest podporządkowany właśnie tej perspektywie, ale jest to historia o wiele bardziej ogólna, uniwersalna. Mamy miłość i pytanie o to, na ile można pobajerować (czytaj – pooszukiwać) kobietę, by ją zdobyć. Mamy relację uczeń-mistrz i kwestię zaufania, budowania autorytetu, odpowiedzialności za wykształcenie i rozwój podopiecznego. Wątków w  “Imagine” jest trochę, wszystkie są zbalansowane, sensownie poukładane i logicznie z siebie wypływają. Mamy intrygę i zagwozdkę niemal do końca filmu, czy stosujący nowatorskie metody nauczyciel niewidomych Ian (Edward Hogg) jest naprawdę tak dobry, jak się wydaje, czy jedynie zaczarowuje rzeczywistość, żeby tchnąć w młodych podopiecznych wiarę w swoje możliwości. No i wątek miłosny… Ale to już zapraszam do kin.

DOBRY film. Szczególnie na tę paskudną pogodę. Akcja toczy się w końcu w słonecznej Portugalii, świeci słońce, zero deszczu, czyli tak, jak będzie będzie u nas w całym kraju (z wyjątkiem morza) już za parę dni.

Słoń

Dobry Film: Stoker

stokcer

Stoker

USA, Wlk. Brytania 2013

reż. Chan-wook Park

wyk. M. Wasikowska, M. Goode, N. Kidman

Wiedziałem, że pójdę na ten film. Zobaczyłem trailer w kinie i czułem, że będzie dobrze. Tym bardziej, że dramatycznie potrzebowałem zobaczyć coś dobrego po katastrofie, jaką było “Panaceum”, o którym pisaliśmy parę postów temu. A zatem tytułem wstępu i rozjaśnienia z czym mamy do czyniania – reżyserem “Stokera” jest Chan-wook Park, którego kojarzyć możemy z sensacyjnej trylogii “Oldboy”. W roli głównej z kolei Alicja z Krainy Czarów Burtona, czyli australijska aktorka polskiego pochodzenia Mia Wasikowska (rocznik 1989, na Boga, jaka ona urocza!)

Powstał film piękny. Niezwykle estetyczny, subtelny. Główna bohaterka, osiemnastoletnia India Stoker, już na wstępie informuje nas, że ma ponadnaturalnie wrażliwy słuch. Ten mały szczegół jest konsekwentnie eksploatowany przez cały film przez dźwiękowców. Z pożytkiem dla naszego gustu i żądzy artystycznych wrażań. Czujemy się, jakbyśmy oglądali “Mikrokosmos”, słyszymy każdy szelest, skrobnięcie, tupanie chrabąszcza w trawie i przesuwanie palcami po stole. Ten pietyzm obrazowania połączony jest z cudowną muzyką, która doskonale buduje napięcie – scena gry na pianinie jest zapewne jedną z bardziej erotycznych, jaką widziałem w życiu. A uwierzcie – oni po prostu grają na pianinie! Już sama zajawka urzeka nas montażem, słowa falują w rytm obrazów, układając się tak, jakby były elementem świata przedstawionego. Rude włosy wiecznie młodej i nieco zabotoksowanej już Nicole Kidman, które płynnie przechodzą w łan traw są naprawdę majsterstykiem sztuki składania scen.

Te wszystkie zabiegi mają swoje uzasadnienie, nie jest to jedynie sztuka dla sztuki. Historia, jaką oglądamy jest dramatyczna, wciągająca, dbałość o uchwycenie detali pasuje do próby zrozumienia tego, co się dzieje na ekranie. A wiele rozgrywa się w psychice. Jest to psychologiczny thriller, gdzie oczywiście jest trochę przemocy – oswajamy się z dosadnością już na wstępnie, kiedy to India przekłuwa sobie odcisk na stopie – ale dużo się dzieje w naszych (i Indii) głowach. Realne zdarzenia przeplatane są marzeniami i snami. Subtelność i wysmakowanie formy podkreślają intymną, gęstniejącą wokół zdezorientowanej sytuacją Indii atmosferę, która z przerażaniem odkrywa, co tak naprawdę dookoła się dzieje. Czujemy, że tu chyba nie będzie happy-endu…

Gdzieś przeczytałem, że fabuła nie jest najmocniejszą stroną filmu. Umiera ojciec, nagle zjawia się tajemniczy, niewidziany od lat czarujący i elegancki stryjek, który nie dość że zjechał cały świat i gotuje jak Hannibal Lecter, to jeszcze dość jednoznacznie okazuje swoje zainteresowanie dorastającą bratanicą. Młódka jest skonsternowana, wokół zaczynają znikać ludzie, a jednocześnie powoli odkrywamy tragiczną historię sprzed lat, która ma swój ciąg dalszy zmierzający do – jak czujemy – mocnego finału.

Dlatego w sumie nie zdziwiła mnie konsternacja, jaka rozlała się po sali kinowej po seansie. Miałem wokół trochę znajomych i koniec końców zwyciężyła opinia, że trzeba się z tym filmem przespać. Ze zdumieniem przeczytałem wcześniej opinię, jaką znalazłem gdzieś w prasie, jakoby Park zrobił film graniczący z arcydziełem. Oj, nie sądzę. Nie zmienia to jednak mojej opinii, iż jest to film DOBRY. Ci, którzy spodziewają się zaskakującej i pełnej zwrotów akcji fabuły mogą się poczyć kapkę zawiedzeni. Ale tylko kapkę. Fabularna prostota nie zmienia mojej pełnej przekonania oceny, iż jest to film, na który warto iść. Wrażeń artystycznych z pewnością nie zabraknie!

Słoń