Dobry film: Chappie

Za: movieexpress.org

Za: movieexpress.org

Nordkamp ma na koncie filmy, które pod pretekstem opowieści si-fi przemycają poważne tematy. Świetny– rzekomo, bom nie widział — “Dystrykt 9” traktował o inwazji obcych, a tak naprawdę o rasizmie. Słabe jak barszcz — zobaczone-niezrecenzowane — “Elizjum” opowiadało z kolei o skrajnych nierównościach ekonomicznych, które doprowadziły burżuazję do wyprowadzki na krążący po orbicie raj. Z poziomem bywało różnie, ale dobrych i ciekawych pomysłów reżyserowi nie można odmówić. “Chappie” również wpisuje się w tę konwencję. Błaha historyjka, będąca pretekstem do większej opowieści. Tym razem jest z grubej rury, o sztucznej inteligencji i odpowiedzialności za czyjeś życie. Film na swój sposób intrygujący, momentami świeży, popadający w cyberpunkową fantazję toczoną na przedmieściach paskudnego Johannesburga, któremu bliżej do dystopijnych megapolis z japońskich anime, niż jednej ze stolic kraju, w którym kiedyś znajdował się co czwarty telewizor na Czarnym Lądzie. Niemniej ma momenty, w którym trochę irytuje i zdaje się z deka niespójny. Ostatecznie jednak, zadowolony byłem że sobotę przyszło mi spędzić oglądając losy robota-niemowlaka.

Czytaj dalej

Dwie DOBRE francuskie “kolorowe” komedie: “Za jakie grzechy, dobry Boże?” i “Podróż na sto stóp”

Dwie komedie francuskie, z przymrużeniem oka zajmujące się problemem tarć między kulturami, przy czym w obu z Innymi przychodzi zmierzyć się francuskiej arystokracji: restauratorce prowadzącej lokal z gwiazdką Michelina oraz bogatemu małżeństwu. W obu znaczące role odgrywają też upierdliwi seniorzy. I o ile “Podróż na sto stóp” polecam z czystym sumieniem, to “Za jakie grzechy, dobry Boże?” sprawiło mi dużo radości, jednak chyba bardziej z powodów radosnego towarzystwa w kinie i paru wątków, które najpewniej nie są śmieszne dla statystycznego widza (tak, to z koleżanką E. rozpływałem się w zauroczeniu w trakcie scen z topiącymi najzatwardzialsze ludzkie serca chińskimi bliźniaczkami).

Czytaj dalej

DOBRE przedstawienie: “Frankenstein”

Frankie-2-Image-Text

źródło: sharmillfilms

Frankenstein (Royal National Theatre)

Wielka Brytania, 2011

reż. Danny Boyle, scen. Nick Dear (na podstawie powieści Mary Shelley)

wyk. Benedict Cumberbatch, Jonny Lee Miller, Naomie Harris

Rok 1963 to był ważny rok: urodzili się moi rodzice i Quentin Tarantino, zabito Kennediego, BBC nadało pierwszy odcinek serialu Doctor Who, a w Londynie powstał National Theatre. Z okazji pięćdziesięciolecia tego ostatniego wydarzenia w kinach całego świata można zobaczyć niektóre z ich nagranych spektakli, w tym “Makbeta” i “Frankensteina”. Rzecz jasna przedstawienie oglądane na dużym ekranie to nie to samo, co na żywo na scenie, jednak skoro nie pojawiła się u mnie (na razie) niebieska budka telefoniczna, która zawiozłaby mnie do Londynu gdzieś między lutym a majem roku 2011, z radością zadowoliłam się możliwością* oglądnięcia transmisji w krakowskim kinie Mikro (grają to jeszcze 8.12! Rezerwujcie bilety póki są!).

Choć zwykle nie piszemy tu o sztukach, ja skorzystam z faktu, że bądź co bądź to przedstawienie widziałam w kinie oraz z tego, że Współautor już pewnie śpi lub znowu imprezuje na jakimś malezyjskim wieżowcu i nie może mnie pilnować. Najpierw kilka ciekawostek. To przedstawienie istnieje w dwóch wersjach** — w jednej w Stworzenie wciela się łysy Jonny Lee Miller, a w Wiktora Frankensteina naturalnie ryży Benedict Cumberbatch, w drugim jest na odwrót. Ja widziałam “pierwszą” wersję. Koleżanka, która obejrzała obie wersje zarzeka się, że ta jest lepsza, więc jej wierzę. Nie oznacza to oczywiście, że przy najbliższej sposobności nie popędzę zobaczyć drugiej! Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie opisała kolejnej ciekawostki związanej z wymienionymi aktorami: obaj zdolni panowie grają obecnie Sherlocka Holmesa w dwóch różnych — acz w obu DOBRYCH — serialowych modernizacjach opowieści Arthura Conan Doyle’a. 

Czytaj dalej

Triszna. Pragnienie Miłości: DOBRY FILM

triszna

“Triszna. Pragnienie miłości”

Wielka Brytania, 2011

reż. Michael Winterbottom

Freida Pinto, Riz Ahmed

Trochę dziwna sprawa z recenzją tego filmu się zrobiła, może nawet niezręczna, komplikująca całą sprawę bardziej niż zwykle. Ot, książkę, na podstawie której powstał ten obraz czytała… współautorka tego bloga (że zacytuję: “Tess of the d’Urbervilles” była najweselszą i najoptymistyczniejszą książką z mojej listy lektur na literaturę brytyjską 1800-1940 na drugim roku*), której się pochwaliłem, na jaki to film się samotnie wybrałem.

Czy to dobrze, czy źle? Ja uważam, że dobrze. Fan książki zawsze postrzega film przez pryzmat pierwowzoru literackiego. Opętani tolkienowską manią liczą guziki w kufajce hobbitów, a kolega – fan Paktofoniki – zrzymał się podczas oglądania “Jesteś Bogiem”, że Magik mieszkał na dziewiątym, a nie dziesiątym piętrze. (Czy na odwrót.) Film, jego DOBRO i ZŁO schodzi na drugi plan w obliczu konfrontacji z książką. Nie zakładam oczywiście, że Ryba trułaby cały seans o zbrodni dokonanej na szlachetnym utworze, a recenzja zdominowana byłaby wyliczanką, gdzie i jak film odbiega od książki**. W tym przypadku ignorancja gra na korzyść recenzenta.

Los jednak zechciał, że to ja – wolny od obrazów w mojej głowie, jakie stworzyłaby lektura książki – wybrałem się na projekcję nowego-starego filmu Michaela Winterbottoma. Nowego – bo film teraz wszedł do polskich kin, starego – bo ma już dwa lata.

Z tego co się zorientowałem, Winterbottom dosyć lekko podszedł do tematyki, ograniczając liczbę bohaterek*** (z dwóch do jednej) i przenosząc akcję do… Indii. Wyszedł z tego może nieco przydługawy, ale jednak frapujący case-study związku młodego, bogatego chłopca z wiejską, biedną dziewczyną. Zaczyna się, ot jak w porządnym love-story: on z kumplami jest na wakacjach w Radżastanie (domyslamy się, że to jakiś egzotyczny koniec świata), przechadzając się po świątyni łapie ją wzrokiem, potem spotyka na party w hotelu, choć musi wrócić do hotelu ojca milion kilometrów dalej, to ratuje ją w potrzebie i ściąga do siebie. Wybucha miłość, po drodze mały kryzys, ale dają radę i życie się jakoś toczy. Potem stabilizacja, szczęście, ale do końca filmu jest jeszcze trochę czasu, więc nie umrzemy z nudów. Całości nie zdradzę, bo nie o to chodzi, ale do końca nie wiemy, czy będzie happy-end czy dramat. Bardzo lubię historie opowiadane w taki sposób, że ich autor do samego końca zachowuje wolność decyzji w kwestii tego, jak całą fabułę rozwiązać.

Tytułową Trisznę (Freida Pinto), urodzą dziewką z Radżastanu kojarzymy ze “Slumdoga. Milioner z ulicy”. Dziwny jestem, bo choć młódka urokliwa, to dowiedziałem się o tym już po filmie. Skojarzyłem za to od razu Rizę Ahmeda. Facet popisowo zagrał przytępawego islamskiego terrorystę w genialnej brytyjskiej komedii “Cztery Lwy”, gdzie bez ceregieli naśmiewano się z absurdów politycznego dżihadu (polecam trajler, no nie wierzę, że nie uśmiejecie się przy scenie odpalania bazuki w złą stronę czy zaprzęganie kruków w służbę świętej wojny!) W “Trisznie…” gra już poważnie, ale nadal miło się go ogląda. Facet jest zdolny, gdzieś mi mignęła informacja, że jest wschodzącą gwiazda kina indyjskiego.

“Triszna…” ogólnie oceniana jest jako film “niezły”. Jeden z recenzentów – że powrócę do początku tego posta – zżymał się na fakt, iż historia trochę nie trzyma się kupy. Bo co właściwie spowodowało, że ze słodkiej i niemal bajkowej opowieści o miłości robi się coraz mocniejsze studium zniewolenia i dominacji? Uważam, że jest to zarzut niesłuszny, podyktowany jednak w dużej mierze oczekiwaniami zrodzonymi po lekturze książki. “Triszna…” nie jest dziełem spektakularnym, ale sprawnie i przekonująco zmontowanym dramatem o miłości między dwoma ludźmi z kompletnie innych światów.

DOBRA propozycja na randkę, chociaż zastanawiam się, ile par pokłóci się o postępowanie głównych bohaterów. “Głupia idiotka” kontra “typowy męski despota”? Ale wierzę w to, że “Triszna…” jest obrazem na tyle wielowymiarowym, że uda się uniknąć takich scysji, a wieczór – pomimo paskudnej pogody za oknem – zaliczymy do udanych.

Już kończąc – czy naprawdę dochodzimy do momentu, kiedy kończą nam się pomysły na tytuły? Przed seansem miałem przyjemność wysłuchać prelekcji na temat roli pragnienia w filozofii indyjskiej, jednak przy całym szacunku dla ideologicznej głębi, którą chcieli przekazać tłumacze, naprawdę nie znalazł się w okolicy nikt, kto wskazałby im, że chyba już kiedyś coś było w polskich kinach o pragnieniu miłości? Tyleż do kobiety, co fortepianu…

Słoń

Przypisy Ryby:

*Ktokolwiek miał w ręku książkę, widział ten film, czy tysiące “kanonicznych” adaptacji (z “Tess” Polańskiego na czele) potrafi sobie wyobrazić jak optymistyczną i pogodną literaturą IFA UJ karmi dusze swych studentów.

**A spróbowałbyś tylko!

***I tu ignorancja recenzenta wychodzi na jaw! W “Tess of D’Urbevilles” jest jedna nieszczęsnaTess, lecz dwóch facetów. Jeden wstrętny, bogaty Alec i jeden niby dobry, ale strasznie ciućmowaty Angel Claire (TAK, nazywa się ANGEL CLAIRE, czyli, “Czysty/Przejrzysty Anioł”. Naprawdę, tutaj Hardy się za bardzo nie wysilił chcąc mieć “symbolikę imion”…

Rybka