Dobry film dokumentalny: Historie rodzinne

źródło: rogerogreen

źródło: rogerogreen

Stories We Tell

Kanada 2012

reż. i scen. Sarah Polley

Zawsze uwielbiałam oglądać stare zdjęcia rodzinne i męczyć krewnych by opowiadali mi liczne historie z ich życia, czy życia tych protoplastów, których nie dane mi było pamiętać. Zdjęcia są różnorakie: kilkuletni dziadziuś w góralskim kubraczku, prababcia z kotem w tatrzańskim schronisku, nobliwe ciotki uchwycone jeszcze jako śliniące się, nagie bobasy. Jest też wiele rodzajów opowieści rodzinnych: te śmieszne (np. o tym, jak sędziwy prapradziadek Apolinary wyskakiwał z tramwaju na zakręcie), te smutne, te zabawne anegdotki, które wydają się fascynujące i lubimy je opowiadać tylko dlatego, że zdażyły się dawno temu i nie dotyczą nas bezpośrednio. Są też historie tajemnicze, o których dowiadujemy się pobierznie, lub których możemy się tylko domyślać. Jakieś podejrzane zdjęcie nieznanego dziecka czy kogoś w nie tym mundurze, znaleziony list, kartka pocztowa podpisana nie tymi inicjałami. Historie, które nigdy już nie zostaną wyjaśnione, ponieważ nie ma już tych, co mogliby wypełnić luki i rozwiać wątpliwości w rodzinnych legendach.

Parę lat temu Sarah Polley (aktorka i reżyserka o której już pisaliśmy: tu i tu) postanowiła  — póki to możliwe — sprawdzić, ile prawdy jest w żartach jej rodzeństwa o tym, że jej ojcem nie jest ich tata, a przy okazji dowiedzieć się więcej o swojej matce, która zmarła, gdy Polley miała jedenaście lat. Parę lat po dokonaniu ciekawych i zaskakujących odkryć, reżyserka, pod pozorem tworzenia filmu o tym, w jaki sposób opowiadamy o swojej przeszłości i kształtujemy wspomnienia swoje i innych, opowiada poruszającą historię swojej rodziny, jak również dzieje odkrywania szczegółów tej historii.

Czytaj dalej

DOBRY film: Daleko od niej

“Don’t worry, darling. I expect I’m just loosing my mind.”

Away from her

Kanada 2006

reż. i scen.Sarah Polley, na podstawie opowiadania Alice Munro “The Bear Came Over The Mountain”

wyk. Julie Christie, Gordon Pinsent

Pierwsze opowiadanie z tomiku Alice Munro “Hateship, friendship, courtship, loveship, marriage” (polski tytuł “Kocha, lubi, szanuje”) to historia o psikusie który dwie nastolatki robią pomocy domowej. Ostatnie, “The Bear Came Over the Mountain” (za diabła nie wiem jak to przetłumaczyli), opowiada o małżeństwie z ponad czterdziestoletnim stażem, Grancie i Fionie, oraz ich wspólnych zmaganiach gdy Fiona zapada na chorobę Alzheimera.

Właśnie zaczynałam czytać to opowiadanie, kiedy dowiedziałam się, że Alice Munro dostała (bardzo zasłużonego) Nobla. Wiedziałam, że Sarah Polley (“Take this waltz“) wyreżyserowała adaptację tego opowiadania, więc zbieg okoliczności polegający na tym, że właśnie je czytałam podczas ogłoszenia tegorocznej Noblistki uznałam za znak z Niebios by zobaczyć “Away from her” i, rzecz jasna, moje wrażenia Wam opisać.

Tak samo jak w wielu swoich opowiadaniach Munro bawi się chronologią wydarzeń, tak samo Polley skacze z jednego wydarzenia w drugie. Mamy srogą kanadyjską zimę, mamy krótką wiosnę i lilie, mamy młodość, mamy starość, mamy wspomnienia. Czytając zastanawiałam się, jak została przeniesiona na ekran mowa pozornie zależna stanowiąca ważny element opowiadania. Polley w mistrzowski sposób wcieliła przemyślenia bohaterów i rozważania narratora w dialogi. W ogóle film jest bardzo wierny oryginałowi, nie tylko jeśli chodzi o akcję i dialogi, ale i o oddanie — w tym przypadku przy pomocy muzyki i pięknych zdjęć — słodko-gorzkiej atmosfery całości. Julie Christie wspaniale poradziła sobie z rolą Fiony — te jej przebłyski świadomości, te momenty zakłopotania i te chwile, kiedy nie rozpoznaje swojego męża są świetnie zagrane i naprawdę wzruszają. Grający Granta Cordon Pinsent przekonująco gra męża który widzi, jak jego ukochana żona się zmienia, który sam już nie wie, kim ona jest i czy to, co ich łączyło się liczy.

Trudno pisać o tym bez zdradzania i spłaszczania fabuły. I opowiadanie, i film, to piękna i smutna historia miłości takiej, o której raczej się mało mówi i to w sytuacjach, o których raczej nie chcemy myśleć, choć prawdopodobnie wielu z nas się w nich znajdzie. Dlatego radzę, byście w wolnej chwili sięgneli po twórczość tegorocznej Noblistki oraz po ten film, który zdecydowanie jest DOBRY.

Rybka

Ciekawoska: Głos Gordona Pinsenta znany jest dzieciom anglojęzycznym jako głos Słonia Barbara. Ta informacja nie ma wiele wspólnego z filmem, ale mnie zaciekawiła.

DOBRY FILM: Take This Waltz

 

Take this Waltz

Kanada 2011

reż. Sarah Polley

wyk. Michelle Williams, Seth Riogen, Luke Kirby

Jakiś czas temu nasza czytelniczka Agata podesłała na naszą stronę linka do informacji o tym filmie na filmwebie, żebyśmy obczaili (swoją drogą, nie wierzcie opisom na filmwebie! wprowadzają w błąd!). Dzięki, Agato!

A teraz do rzeczy.

Po obejrzeniu zwiastuna i plakatu (nie tego zalinkowanego powyżej) spodziewałam się dobrej komedii romantycznej plus kilku niesmacznych żartów od Setha Riogena. Oj, jak się myliłam… Prawdę mówiąc, dalej nie wiem co to jest za film. Jest śmiesznie, jest romantycznie, ale to nie jest komedia romantyczna. Jest smutno, jest romantycznie, miałam chwilami łzy w oczach (a to, z ust spod klawiatury takiego cynika jak ja dużo mówi), ale nie jest to wyciskacz łez à la Nicolas Sparks. Są długie spojrzenia, jest deszcz, jest zachód słońca, jest jezioro, jest sikanie do wody, ale nie wywołuje to mdłości i znudzenia.

Z wielu względów ten film nie powinien mi się podobać. Zwykle nie lubię filmów w których ludzie nie mogą się zdecydować  — a tu mamy mężatkę z sześcioletnim stażem, która ma kochającego męża i czarującego sąsiada i nie wie co robić, i patrzy w dal, i ma minę jakby miała problemy żołądkowe. ALE JEDNAK MI SIĘ PODOBA. Dlaczego?

Nie tylko dlatego, że Seth Riogen (który już w “50/50” pokazał, że potrafi połączyć aktorstwo komediowe z dramatycznym, a tutaj pokazał, że potrafi grać subtelnie) jest autorem książek kucharskich i ciągle gotuje kurczaka — przez co ślinka ścieka po brodzie. Nie tylko dlatego, że film świetnie wykorzystuje jedną z moich ulubionych piosenek (przekomiczny teledysk zamieszczam poniżej, radzę uważnie obejrzeć całość).

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=W8r-tXRLazs&w=420&h=315]

Nie tylko dlatego, że ujęcia są śliczne. Nie tylko dlatego, że zdaje test Bechdel (hurra!). Dlatego również, że Sarah Polley — którą pewnie kojarzycie z dziecięcej roli Sary Stanley w “Drodze do Avonlea” — świetnie to wyreżyserowała . Kto by pomyślał, że mała blondwłosa sierota z serialu na podstawie L.M. Montgomery wyrośnie na całkiem dobrą reżyserkę, która potrafi w jednym filmie połączyć sceny czułe, śmieszne, urocze i łamiące serce. Udało jej się tak pokazać bohaterów, że widz ich obserwuje, może się utożsamić, widzi wady i zalety i może sam ocenić postacie. Nie mamy narzuconych poglądów w stylu: “o, on jest złym, nieczułym chamem, a ta tam to zimna suka”, sami możemy wyrobić sobie zdanie. I, mimo, że balansuje na krawędzi różnych tropów i klisz, udaje się Polley uniknąć zbytniej cukierkowatości, w chwilach zagrożenia przesłodzeniem i zachłyśnięcia się pozorną sielanką (ups… przesadziłam z tym obrazem mentalnym) wylewa nam dzbanek zimnej wody na głowę i doprawia kurczaka gorczycą (czy gorczyca jest gorzka?).

Więcej nie powiem, bo nieusilnie próbuję uniknąć spoilerów, a element zaskoczenia jest najlepszy. Więc tak jak ja zaufajcie czytelniczce Agacie i obejrzyjcie ten film!

Rybka

PS. Jakby ktoś z Was chciał przeczytać recenzję filmu,czy to ZŁEGO, czy DOBREGO, niech podrzuci nam w komentarzu do posta lub przez fb.