La La Land: niezły film z DOBRYMI piosenkami

la-la-land-ryan-gosling-emma-stone-1.jpg

Muszę przyznać, że oczekiwania były duże, mimo, że oglądaliśmy ten film na kilka godzin przed wygraniem przez niego aż siedmiu złotych globów. Gosling i Stone grali już razem, więc wiedziałam, że będą dobraną parą, recenzje zza oceanu ogłaszały “La La Land” najlepszym filmem (ubiegłego) roku, a puszczane stopniowo na pokuszenie piosenki rzeczywiście aż wypychały do kina, choć na polu i mróz, i lód, i śnieg (to znamy już). Wyszliśmy z kina jednak z mieszanymi uczuciami, choć cała czwórka nuciła “City of Stars” przez cały następny dzień.

Czytaj dalej

DOBRY film: Nice Guys. Równi goście.

NICEGUY-master768-v2

Kraków. Przełom wiosny i lata. Semestr się kończy, Festiwal Miłosza trwa, poezja unosi się wśród smogu. Czasem trzeba odpocząć:obejrzeć film, w którym bohaterowie się naparzają, łamią nawzajem kończyny i wielokrotnie spadają z dachu. 

Czytaj dalej

Zły Film: Tylko Bóg wybacza

Za: thesecondtake.com

Za: thesecondtake.com

Only God Forgives

Francja, Tajlandia, USA, Szwecja 2013

reż. i scen.:  Nicolas Winding Refn

wyk.: Ryan Gosling, Kristin Scott Thomas, Vithaya Pansringarm

Oniryczna, poplątana w wątkach i domysłach wyprawa na dno europejskich, sadomasochistycznych fantazji dalekowschodnich. Ciągnące się jak kisiel ze startym jabłkiem sceny nagłych cięć uprzednio dokładnie przestudiowanej przez kamerę maczety; spacery po krętych bunkrach mrocznych azjatyckich klubów, zalewający nas nagle mrok i zaskakujące zbliżenia przecinania, przekłówania lub przeszywania ludzkiego ciała, z loterią, polegającą na tym, czy usłyszymi rozdzierający krzyk niepisanego bólu czy melodyjną piosenkę o Kwiecie Naszego życia, na który daremnie czekamy, choć powiedzieliśmy mu, że go kochamy.

Mówiąc po naszemu: Bangkok, dziwki, koks i tajski boks. I Ryan Gosling. Doskonałą zaprawdę jest muzyka Cliffa Martineza*, (odpowiedzialnego za naszą muzyczną ekstazę przy oglądaniu “Drive’a”) która szumi, uwiera, niepokoi i wzbiera, by nagle zalać nas brzęczeniem i napięciem, a tę chorą i ociekającą krwią historię otulić schizofrenicznymi dźwiękami. W mrokach tajskich zaułków załatwia się mniej lub bardziej szemrane interesy. Nie ma miejsca na morały — do rynsztoków tajskiej metropolii nie dociera jasność słońca. Cyniczni Europejczycy załatwiają swoje biznesy, czasem ich jednak ponosi i ten czy inny autochton uprzednio zgwałcony przez owego białego człowieka ginie w hektolitrach swojej krwi w jakimś obskurnym burdelu. Oczywiście, Azjaci też mają swojego bohatera, działającą bez żadnych hamulców karzącą rękę Prawa i Sprawiedliwości — policjanta, który jest niszczącym wszystkim, co nawinie się pod ręką (ale najchętniej kataną, jaki nosi na plecach) tajskim robocopoem, choć ma brzuszek i chyba już będzie po pięćdziesiątce.

Karząca Ręka Tajskiej Sprawiedliwości śledzi i wytrwale tropi złych Europejczyków, którzy zwierają szyki. Na ich czele stoi bezwzględna i wulgarna biała kobieta, jedząca na śniadanie kokainę zamiast serka granulowanego, żądająca krwawej zemsty za śmierć swojego ukochanego pierworodnego i na linię frontu posyłająca swojego drugiego syna – boskiego Ryana Goslinga.

Wszystko się pląta, zwiera, przyciąga. Samonakręcająca się spirala bezsensownej vendetty  zmierza do nieuchronnej konfrontacji w sosie kwaśno-gorzkim, zalewającym nie prażonego w sezamie kurczaka, ale siekane ludzkie kawałki. Ryan ma dać po mordzie, ale sam dostaje. I ma siniaki. Ale nie odpuszcza. Złość narasta. Hipnotyczny, balansujący na granicy jawy i snu film, ma być wiwiseksją samotności, opuszczenia, studium syndromu zaniedbanego drugiego syna, który nie potrafi się wyzwolić z opieki nadopiekuńczej matki. Nawet z laskami zabawia się krępując się i przywiązując do krzesła fioletowymi wstążkami i jedynie patrząc na ich coraz bardziej nagie wdzięki.

Dużo tu “Kill Billa” Tarantino czy “Wkraczając w pustkę” Noe. Mnóstwo zabawy z konwencją i jeszcze więcej z dobrym smakiem widza. Kinowa postmoderna, którą żeby zrozumieć, trzeba przedrzeć się przez misterne konstrukcje i efekty. Jak macie na to siłę, to powiedzcie co tam znajdziecie. Ja sobie dałem siana po kwadransie. Słoń *Współautorka twierdzi wręcz, że ten film jest znacznie lepszym słuchowiskiem.

ZŁY FILM: Po drugiej stronie snu

The other side of sleep

Irlandia, Holandia, Węgry 2011

reż. Rebecca Daly

wyk. Antonia Campbell-Hughes, Sam Keeley

Było ciemno, zimno,  burza, ulewa. Mieliśmy iść pod Barany na “Drugie Oblicze” (w końcu Gosling dobry na każdą pogodę…), ale z powodu trudnych warunków atmosferycznych nie dotarliśmy na czas, więc wybraliśmy się (mokrzy) do ARSu. A tam zamiast “Drugiego oblicza” “Po drugiej stronie snu*”. Chwilę zastanawialiśmy się co wybrać — ale  nie mieliśmy większego wyboru. Z jakiegoś dziwnego powodu właściwie żaden seans nie zaczyna się pomiędzy 19:10 a 21:00. A lało, więc uznaliśmy, że wybierzemy się na film Rebeki Daly, zwłaszcza, że Współautora zaintrygował plakat. Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak zbliżymy się do tytułowego snu…

Wszystko zaczyna się w lesie. Ten las to najlepsza część tego filmu. Nie ma to jak drzewa, śpiew ptaków, dywan z mchu. Na nim leżą dwie biało odziane irlandzkie dziewki. Jedna nie żyje, druga się budzi i za diabła nie wie co się stało. Mimo obiecującego początku, film (który mógłby być ciekawy, zwłaszcza gdyby był krótszy) wpada w pułapkę w którą wpada wiele filmów niezależnych** — próbuje oddać nudę i bezsens życia tak dobrze, że sam staje się nudny i bezsensowny.  Jest mycie zębów, jest wpatrywanie się w szybę z tępą miną, jest pijąca młodzież bez perspektyw. Klisze, klisze, klisze.  Co miało być głębokie, wyszło wtórne. Większość kadrów przedstawia cierpiętniczą minę bohaterki, albo tył głowy mytej pod kranem (jakiś product placement, czy co?). Główne dźwięki to jęki, płacz i dyszenie. Ale dla mnie jako anglistki była uciecha, bo jeśli ktoś mówił to słodkim irlandzkim akcentem.

Niestety, napięcie zbudowane w pierwszych dwudziestu minutach prędko ulatnia się, do tego stopnia, że jeszcze przed połową filmu Współautor zasnął i spał dość długo, aż nie obudził go trzask tłuczonych talerzy (który, zdaje się, wybudził większą część widowni). Ja nie zasnęłam tylko dlatego, że byłam po trzech kawach i — olaboga! — dlatego to ja piszę tę recenzję.

Ten film byłby lepszy, gdyby był krótkometrażowy.  Wszystko, co trzeba o nim wiedzieć jest w trailerze (jest tam też moja ulubiona scena — ciągnięcie za nogę  martwej kozy przez pastwisko nocą).

Rybka

*OK — to trochę moja wina, bo to ja sprawdzałam repertuar i byłam pewna, że w ARSie o 19.20 grali to z Goslingiem — każdy może się pomylić! Te tytuły są podobne!

**Wbrew pozorom bardzo lubię kino niezależne. Wolę niskobudżetowe produkcje — już niedługo dwie recenzje DOBRYCH filmów “indie”, a w jednym też się nic właściwie nie dzieje…

MIŁOŚĆ LARSA – DOBRY FILM

“Miłość Larsa” (“Lars and the Real Girl”)

USA, Kanada, 2007

reż. Craig Gillespie

Ryan Gosling, Emily Mortimer

Debiut pełnometrażowy Craiga Gillespie opowiada historię chorobliwie nieśmiałego i cierpiącego na urojenia młodego człowieka, który zakochał się w gumowej lalce. Mimo, że bohaterka pochodzi ze sklepu erotycznego, film spokojnie można oglądać nawet z dziadkami, bez potrzeby „wychodzenia do łazienki” w niezręcznych momentach.

W rolę tytułowego aspołecznego Larsa wcielił się zadziwiająco dziamdziowato wyglądający Ryan Gosling który, ze swoją piękną klatą wyjątkowo przykrytą wieloma warstwami uroczo obciachowych sweterków udowodnił, że potrafi grać nie tylko amantów i przystojniaków z głębią, ale że bardzo dobrze sobie radzi grając — z subtelnym komizmem –  nie najładniejszą osobę z zaburzeniami psychicznymi. Jego bohater, który na początku filmu nie potrafi (ani nie chce) nawiązać żadnych bliższych relacji społecznych, pod wpływem platonicznej miłości do gumowej Bianci zaczyna nawiązywać kontakt z otoczeniem i odbudowywać  więzi rodzinne i społeczne. Jego oddanie jest jednocześnie absurdalnie śmieszne i na swój sposób urocze i wzruszające.

Mimo różu na plakacie, nie jest  to komedia romantyczna. Film jest w dużej części absurdalnie śmieszny, jednak komizm jego polega nie na humorze rodem z Harolda i Kumara (na co mogłaby wskazywać obecność gumowej lali), ale na subtelnym humorze smutnych ludzi, którzy nie utracili nadziei w poszukiwaniu szczęścia (nawet wśród śniegów – film dzieje się w słynącym z depresyjnego klimatu amerykańskim regionie Midwest). Mimo, że opowiada między innymi o odbudowywaniu relacji rodzinnych po utracie rodziców, nie jest też żenującym wyciskaczem łez. To co śmieszne, to co smutne (bo i tego nie mało), i to co wzruszające zostało w tym komediodramacie bardzo dobrze wyważone . Reżyser potrafi – przy pomocy bardzo ładnych zdjęć, muzyki i doskonałej gry aktorów –  stworzyć dziwny, ale ciekawy i przekonujący obraz.

UWAGA! Ten film, mimo, że jest DOBRY nie sprzedał się chyba najlepiej w naszych sklepach. Już kilka razy widziałam go, czy to w empiku, czy w merlinie, na wyprzedaży. Mimo cukierkowej okładki i polskiego tytułu pt. „Miłość Larsa” można spokojnie wydać te 9.90 -19.90 na płytkę – jak zobaczycie, nie zwlekajcie!

Rybka