(Naj)Lepszy, czyli DOBRY?: Szatan Kazał Tańczyć

www.austinchronicle.com— To tej od „Bejbi Blues”? Nie, podziękuję! — odparła E. i tak moja ostatnia nadzieja, na uniknięcie masturdatingu (samotnego chodzenia do kina) legła w gruzach. Współautorka przemierza Europę, więc na najnowszy film duetu Katarzyna Kasia Rosłaniec feat. Magdalena Berus  musiałem iść sam. Bez większych nadziei, mając w pamięci moje ostatnie narzekania. Tytuł z szatanem i Instagramem w podtytule dodatkowo nie zachęcał, ale nie żałuję. Bynajmniej nie dlatego, że mam okazję do używania. Zachowując sceptycyzm, doszedłem bowiem do zaskakującego wniosku… Ale o tym poniżej.

Czytaj dalej

ZŁY Film: Amok

Za: film.org.pl

Za: film.org.pl

Przyznam się — informacja, że film jest produkcji polskiej juz dawno przestała mnie odstraszać. Wręcz przeciwnie, ostatnio dzieje się dobrze i choć nie zawsze jest epicko, to alergia chyba trwale przeszła w predylekcję. Dlatego gdy do wyboru był „Amok” (jedyne słowo z języka malezyjskiego w polskim! Orangutan się nie liczy!) wszystkie inne opcje odpadły. Okazja zobaczenia po raz kolejny Mateusza Kościukiewicza (za „Wszystko co kocham” ma u mnie zawsze fory), Łukasza Simlata (m. in. „Zjednoczone Stany Miłości”) i to w inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami dość pokręconej historii w reżyserii córki Agnieszki Holland — brzmiała dobrze. Niestety — i mówię to z bólem — przekombinowano. 

Czytaj dalej

ZŁY film: Bejbi Blues

„Bejbi Blues”

Polska, 2012

reż. Katarzyna Rosłaniec

Magda Berus, Nikodem Rozbicki

Przyznaję się – nie poszedłem na ten film z własnej woli. Kolega bardzo chciał się wybrać, uległem namowom, byłem świadomy tego, co robię. Od razu mówię – nie oglądałem „Galerianek”. Zaufałem recenzentom i hejterom, którzy zarzucali filmowi sztuczość, moralizatorstwo i inne tego typu niezbyt pochlebne atrybuty.

Dlatego też na najnowszy film Rosłaniec poszedłem bez większych oczekiwań. Miałem tylko nadzieję, że nie będzie trzeba wyjść z kina przed końcem senansu, a kicha nie będzie tak przytłaczająca, żebym żałował tych paru złotych. Pewnie dlatego nie mam zamiaru wylewać na ten film kubła pomyj. Dostałem to, czego oczekiwałem i nie mam prawa narzekać. Bezładną i nie trzymającą się kupy historyjkę, z upchanymi na siłę przekleństwami, irracjonalnymi zachowaniami i decyzjami bohaterów, działających w jakiejś surrealistycznej rzeczywistości. W kinie wytrzymałem, zwrotu nie chciałem. Frustracja rodzi się z oczekiwań.

bb

Jedną rzecz chcę tylko poruszyć – surrealizm. Akcja toczy się w oczoboląco, kolorowej rzeczywistości Warszawy. Dom bohaterki upstrzony jest hipsterską pstrokacizną, ubrania ociekają wyrazistymi barwami, sklepy z ubraniami na Pradze, czy gdzie tam się akcja toczy, istnieją tylko w wyobraźni reżyserki, o mega party w dawnym kościele już nie wspomnę. I chyba nawet nie mam problemu z tym, że ta filmowa sceneria jest tak inna od tej, którą kojarzymy. Problem tkwi z jednej strony w koncepcie – ten pomysł stworzenia odrealnionej hipsterlandii dałoby się przełknąć i może wnosłoby to coś do filmu, gdyby był konsekwentenie zrealizowany. Mam bowiem wrażenie, że reżyserka trochę nie wiedziała, czy chce zrobić realistyczną historyjkę o dramacie młodej matki, czy też uniwersalną, moralizującą opowiastkę osadzoną w bliżej nieokreślonym miejscu. I miota się film się między absurdem przestrzeni, a realizmem dramatu. Połączenie – katastrofalne.

Druga rzecz to realizacja. Aktrstwo. Już na wstępie dostajemy info, że połowa głównych bohaterów to debiutanci i amatorzy. Jakbyśmy od początku nie mieli za dużo oczekiwać. Po co taka informacja? „Hej, to są amatorzy, więcej wyrozumiałości, oraj?” Nie. Katie Jarvis, zwerbowana do „Fishtank” Andrei Arnold na dworcu, gdzie producenci filmu dostrzegli ją kłócącą się ze swoim chłopakiem, zagrała doskonale i nikt nie potrzebował nikogo informować, że jest amatorką. Zabieg absolutnie niezrozumiały. Mam jednak kłopot z Berus, która zagrała główną rolę. Jestem gotów dać jej jeszcze szansę, ale nie jest to jednak rewelacyjna Ola Frycz.

Dialogi. Katastrofa. Nie ukrywam – młodzież posługuje się bardzo specyficznym językiem i trzeba niezwykłej intuicji lingwistycznej, by dobrze go oddać. Nie wystarczy wstawić dużo przekleństw i neologizmów. Zdaję sobie sprawę, że jest to zadanie wymagające mega pracy i wysiłku, no ale nikt nie każe kręcić filmów!

Kończąc, bo miałem nie wylewać pomyj, a trochę mi nie wyszło – żal mi jednak Rosłaniec. Reżyserka porusza ciekawe tematy, ma ten zmysł obserwatora, tylko dramatycznie brakuje warsztatu i pomysłu na realizację filmu. Gdyby historię „Bejbi Blues” opowiedzieć prostszymi środkami, nie kombinować na siłę, może byłoby lepiej. Ale za Wolterem pamiętajmy – lepsze jest wrogiem dobrego.

Słoń