Dobry Film: Londyn. Współczesny Babilon.

Źródło: torrentbutler.com

Źródło: torrentbutler.com

“London. The Modern Babylon”

Wielka Brytania, 2012

reż. Julien Temple

wyk. Michael Gambon (narrator)

W Malezji trzeba uważać w kinie. Ostatnio pobiłem sam siebie kupując bilet w złym kinie, na złą godzinę i w złym dniu. Przynajmniej film był ten sam, co chciałem. Ale o tym pod koniec niniejszej recenzji. Pomny tego nieprzyjemnego i gorzkiego doświadczenia (jak to mówi mój dziadek – „przez takie rzeczy się przegrywa wojny”) goniąc na Festiwal Filmowy Unii Europejskiej już uważnie przeczytałem rozpiskę. Nawet utrafiłem w film, będący darmową projekcją! 

Festiwal, mający wpisywać się w agendę kulturalnej dyplomacji Europy, od początku wydawał się nieco podejrzany jeśli chodzi repertuar. Miałem bowiem wrażanie, że Brytyjczycy, Szwedzi czy Grecy mieli ostatnio naprawdę mocne produkcje, a wystawili — jak mi się wydawało — takie kino klasy B. Podobnie my, jeśli oczywiście odstawimy na bok złośliwości cisnące się na usta („a to my mamy jakieś kino klasy A?”), mogliśmy pokazać coś bardziej szałowego, niż (patrz: quiz poniżej). Niestety, tutaj wkraczamy na drażliwy politycznie problem kulturowych rozbieżności, zasadzający się na tym, że – według obiegowej opinii – jak nie będzie na ekranie rozpierduchy, to żaden Azjata nie pójdzie ci do kina. Kontrowersyjna teza. Tym ciekawiej zapowiadała się propozycja brytyjska, czyli dokument o London Town…

Czytaj dalej

DOBRE Filmy z Warszawskiego Festiwalu Filmowego

Chyba się zaraziłem. Wiecie jak to jest?

Najpierw człowiek jedzie na duży i popularny festiwal. I odkrywa zupełnie nowy świat. Zostaje pochłonięty przez niesamowitą atmosferę, poznaje od groma nowych ludzi, którzy podobnie jak on, potrafią pomimo narastającego zmęczenia siedzieć cały dzien w kinie, tak by pod wieczór mieć w głowie jeden wielki misz-masz wszystkich obrazów, jakie się widziało. Do tego dochodzą drzemki w trakcie seansów, jakie na początku wydają się być młodemu kinomaniakowi grzechem najcięższym, a dopiero po jakimś czasie okazują się być nieodłączną częścią festiwalowego przeżycia. Etap drugi przynosi narastające rozczarowanie ulubionym festiwalem. Nabite punkty expa (ze slangu RPG – doświadczenia) budzą w człowieku odruchy zrzędzącego na wszystko konserwatysty (grumpy conservative, haha, nie jest to fachowy termin politologiczny, żeby nie było:D), że kiedyś to były filmy, atmosfera i ludzie, a teraz uzbrojona w iPhony gimbaza rości sobie prawa do bycia prawdziwym festiwalowiczem. No i przychodzi etap trzeci – odkrycie, że jest życie i fun poza naszą oazą, słowem – inne festiwale. Nerwowe szukanie dookoła jakichś większych eventów.

I tak dochodzimy do sposób radzenia sobie z jesienną depresją, powiosennym głodem kulturalnych imprez zaczynanych z rana piwem i odliczaniem czasu do ukochanego festiwalu. Nie ukrywam, po latach jeżdżenia na Kosakowe Pole i do Wrocławia postanowiłem zobaczyć, jak to robią inni. Wprawdzie Warszawa nie jest wcale tak blisko, ale za dużo czytałem ostatnio o Warszawskim Festiwalu Filmowym, by nie skorzystać. Jestem niestudiującym studentem (tzn. obroniłem się w czerwcu, ale do konca października br. korzystam z przywilejów studenckich), dlatego postanowiłem wybrać się na jeden dzień do powracającej do normalnego życia po gorączce referendum stolicy i sprawdzić, cóż tam puszczają.

Czytaj dalej

Zły Film: Rewers

Źródło: itv.movie.eu

Nawet Bronisław ziewa na “Rewersie”. Źródło: itv.movie.eu

“Rewers”

Polska, 2009

reż. Borys Lankosz, scen. Andrzej Bart,

wyk. Agata Buzek, Marcin Dorociński, Krystyna Janda

Przyjrzyj mu się. Ale bezstronnie!

Mamy na tym blogu dziwną kategorię – “Formative Films”. Zawsze się trochę bałem tej etykietki, bo budziła ona we mnie lęk, że w pewnym momencie – gdy wylądujemy ze Współautorką na bezrobociu i zabraknie kasy na chodzenie do kina – blog stanie się takim kolejnym filmwebem czy IMDB; miejscem, gdzie będziemy pisać jedynie o starociach, tak żeby się wydawało, że impreza dalej trwa. Oczywiście, to tak pół-żartem pół-serio. Niedawno nastąpiła okoliczność, która pozwala mi zrobić wpis do tej właśnie specjalnej kategorii, stworzonej dla nienajnowszych filmów. “Formative Films” z założenia jest formą oddania czci tym produkcjom, które nas filmowo wychowały i ukształtowały nasz gust. Myliłby się jednak ktoś, gdyby sądził, że będą trafiać tu jedynie DOBRE filmy…

Wróćmy do tych specjalnych okoliczności. W jednym z niedawnych postów, poużywałem sobie trochę na drewniane dialogi w “AmbaSSadzie” czego najdobitniejszym wyrazem dla mnie był tekst: “pokiełbasiło cię?!”. Przez internety przetoczyła się fala oburzenia, która spowodowała, że ponad 70 proc. uprawnionych do głosowania Warszawiaków wolała zostać w domu i wdać się z nami w poważną dyskusję na pewnym portalu społecznościowym.

Wyjaśniając: OK – mea culpa, są ludzie, którzy wciąż mówią “pokiełbasić się” (podobno nawet Współautorka, ale nie wiem, czy należy ją traktować jako reprezentatywną próbę badawczą…), a i ja nie wyjaśniłem dostatecznie jasno, że problemem dialogów w najnowszym filmie Machulskiego są tyleż suche żarty, co zła gra aktorska i brak wyczucia jak się teraz mówi. Słowem – może i to “pokiełbasić” siadłoby, gdyby nie kontekst.

Wracając do awantury na fejsie – czara goryczy się przelała i autorowi poprzedniej recenzji dostało się za wszystkie grzechy, w tym za poprzednie, kontrowersyjne sądy o paru filmach, które zdaniem społeczności internetowej są DOBRE. No i wywołano wilka z lasu, bo padł tytuł “Rewers”, uznawany symbolicznie za moment założycielski tego bloga. Symbolicznie, bo choć nie ma recenzji tego filmu na naszym blogu, to jest to produkcja, która zdaniem autorów tego bloga zasługuje na miano jednej z najbardziej przecenionej w III RP. Pora nadrobić zaległość i jasno wyjaśnić, co naszym zdaniem zasługuje na taką etykietę.

Czytaj dalej

Dobry Film: W Cieniu

416155.1

Ve stínu koně

Czechy, Polska, Słowacja, 2013

reż. David Ondříček

wyk. Ivan Trojan, Sebastian Koch

Widzisz plakat filmowy. Pierwsze wrażenie – dobre. Podchodzisz, ogarniasz obsadę, reżysera; szczęściem dystrybutor przypomni Ci co reżyser wcześniej zrobił i wiesz, że to jest ten film, na który MUSISZ iść, nawet jak jesteś kompletnie i absolutnie spłukany. Dzień sprzyjał, pogoda paskudna, lało i było z 13 stopni. Ta listopadowa aura doskonale nastrajała do spędzenia wieczoru w kinie na zapowiadanym jako porządny, czarny kryminał z Czeskiej Republiki i to toczący się w latach 50.! “Rewers” w wykonaniu naszych południowych sąsiadów? Koniecznie!

Spodziewałem się czegoś powalającego. Tym bardziej, że dzieło zmontował sam David Ondříček – ten od “Samotnych” – moim zdaniem kwintesencji wszystkiego tego, z czym nam się kojarzy  czeskie kino – absurdalnego i nieco autystycznego humoru, podszytego egzystencjonalnym niepokojem i zagubieniem. W “Samotnych” jedną z głównych ról gra Ivan Trojan, który w dziele Ondříčka sprzed 13 lat wcielił się w postać Ondrieja – poważnego  i szanowanego lekarza, głowy rodziny, który popada w delikatną fiksację spotykając – niekoniecznie przypadkowo – na ulicy swoją dawną, niespełnioną miłość. Inną doskonałą kreacją aktora jest Stary Karamazow w “Braciach Karamazowa” Zelenki – kolejny doskonały czeski film, gdzie fabułę Dostojewskiego opleciono historią pewnej trupy teatralnej, a całość wciśnięto w postindustrialne przestrzenie Nowej Huty. Brzmi świetnie, jeszcze lepiej wygląda.

Trojan we “W cieniu” wcielił się z kolei w postać dedektywa Hakla. Rzecz dzieje się w Pradze w latach 50. Komuna szaleje już na całego, bezpieka roztacza macki kontroli i terroru, a wszyscy szykują się do reformy monetarnej, która ma ratować kulejącą gospodarkę nakazową, przy okazji pozbawiając szarych obywateli oszczędności życia. W takich okolicznościach Hakl musi rozwiązać zagadkę pewnego napadu rabunkowego. Szybko i sprawnie, jak po sznurku, dociera do szajki Syjonistów, która miała zamiar przekazać pieniądze Ameryce i Izraelowi. Jak to jednak bywa w dobrych kryminałach, okazuje się że sprawa p0szła trochę za łatwo i sprytny Hakl zaczyna węszyć. W trakcie prowadzonego na własną rękę śledztwa trafia na majora z NRD z podejrzanymi tatuażami, który nie do końca wiadomo w co i z kim gra; Urząd Ochrony Państwa, który nie wiedzieć czemu wpieprza się w sprawę kryminalną bynajmniej nie posuwając sprawy do przodu, oraz  całą większą kabałę, która w pewnym momencie zmusza do podjęcia dramatycznej decyzji…

I tak – pierwsza niespodzianka – nie jest to żaden “Rewers”, reżyser w żaden sposób nie kombinuje z formą, żadnych katastrofalnych czarno-białych taśm, Agaty Buzek i fabuły Andrzeja Barta (czy my kiedyś pisaliśmy na tym blogu, że “Rewers” jest ZŁY?). Trochę deszczu, prochowce i lata 50. na modłę demoludów, do tego cwany detektyw, coraz bardziej popadający w samotność i zanurzający się w mroczny świat na styku przestępstwa i polityki (choć w tamtym czasie to było prawie jedno i to samo). Brzmi znajomo? Tak, kino noir po czesku. Jednak Ondříček odarł film z wszelkich kombinacji formalnych, nie ma żadnej zabawy konwencją, klisz i schematów, ale kawał porządnego kina.

Jednak ku mojemu zaskoczeniu, Ondříček odarł film nawet z tego, co czyniło czeskie filmy czeskimi. Nie mamy tutaj dialogów, przy których nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać, próżno szukać postaci komicznych, czy też jakiegokolwiek absurdu. (Dobra, jest jeden moment – w trakcie rozmowy bohaterów na chwilę znikają polskie napis. To jedno czeskie zdanie jest w pełni zrozumiałe dla Polaków, ale umówmy się, jest to już żarcik tłumacza, a nie reżysera.) Jest twarda i ponura rzeczywistość czechosłowackiego stalinizmu.

Powiem tak – to jest najbardziej polski film, jaki powstał w Czechach. Nawet ten egzystancjonalny, silnie zaznaczony moralny aspekt całej historii jest taki nadwiślański, prosty i łopatologiczny. Oczywiście, opowiada dramatyczną historię, ale nie ma tutaj miejsca na większą rozkminę. Bohater toczy konflikt wewnętrzny, ale widz nie ma wątpliwości co do jego postępowania. Rozumiemy jego rozterki, jednak sami wychodząc z kina nie myślimy za wiele o nich, bo wiemy, że doprowadziły go one do słusznej i chwalebnej decyzji. Informacja na końcu filmu utwierdza nas w przekonaniu, że film jest formą hołdu-laurki.

Niezwykle mnie to zdziwiło. Dotychczas czeskie kino to żarty i psoty, “Jedna ręka nie klaszcze”, samotność w życiu i takie tam. A to już drugi film w ciągu ostatnich lat od naszych sąsiadów, który dotyczy komunizmu. Poprzednim był “Czeski błąd”, gdzie fabuła zasadzała się na problemach z lustracją uznanego opozycjonisty.

Odnoszę wrażenie, że trochę zamieniliśmy się z Czechami* rolami. U nas komuna była dość istotnym tematem dla filmowców, od “Psów” Pasikowskiego, przez “Rewers”, będący próbą lżejszego potraktowania tematyki, po wyniesione na inny poziom robienia filmów kino Smarzowskiego (“Różyczka”, “Dom Zły”). Mieliśmy do wyboru w Polsce dłuższy czas dramaty z przeszłości, albo głupie komedie romantyczne. Powoli odkrywa się, że żyjemy w kraju, w którym są inne problemy niż lustracja czy mroki przeszłości i uczymy się robić po prostu filmy o życiu. Czesi z kolei na odwrót – po przeszło dwudziestu latach stają się dostrzec, że mają problem z komunizmem i z rozliczeniem się z niego. Są bardziej pragmatyczni, niewierzący i może sceptycznie zdystansowani do świata, co owocowało takimi inteligentymi, ale dotykającymi jednak bieżących spraw filmami. No, wyjątkiem trzymającym się jednak konwencji był “Kola” z 1996 r.My z kolei, ogólnie jako naród, staramy przykładamy duże znaczenie do historii, co dobrze było i dalej widać w naszej dotychczasowej kinematografii (też nie możecie się doczekać Więckiewiczka w roli Wałęsy czy czekacie na sequel “Katynia” “Katyń II. Smoleńsk”?).

Dla fanów czeskiej kinematografii ten film będzie może być rozczarowaniem. Jest to DOBRY film, jednak sączącą się w sercu gorycz zostawiam dla siebie, a was zapraszam do kina. Gdzieś dokopałem się do info, że bedzie to mocny kandydat do Oskara.

Słoń

*Przypis Ryby korzystającej z tego, że Współautor błąka się gdzieś bez internetu: część filmu –te wstrętne, zapyziałe, ciemne “praskie” uliczki kręcone były… w Łodzi! Po prostu Praga (jak większość czeskich miasteczek obecnie) jest tak ślicznie odnowiona, że wstrętnych zaułków trzeba szukać u nas…

Wróg numer jeden: ZŁY FILM

Puk! Puk! "Kto tam?" "Harcerze!" "Otwieraj Chamie, Navy Seals nie kłamie!"

Puk! Puk! “Kto tam?” “Harcerze!” “Otwieraj Chamie, Navy Seals nie kłamie!”

“Zero Dark Thirty”

USA, 2012

reż. Kathryn Bigelow

Jessica Chastain, Jason Clarke

Są takie filmy, które wydają się w trakcie oglądania DOBRE. Miłe oku, dobrze zrobione, wciągają nas, coś tam przekazują. I przychodzi końcówka, która wszystko psuje. Konstatujemy ze smutkiem, że to byłby naprawdę DOBRY film, uciąć go o te 10-15 minut i byłoby git (to słowo z jidysz, “Lalkę” czytaliście to pamiętacie). DOBRY film musi charakteryzować się przecież wewnętrzną harmonią i spójnością od początku do końca!

W temacie katastrofalnych końcówek trzeba oczywiście wspomnieć jeden z NAJGORSZYCH filmów świata, czyli “Rewers”, którego absurdalne zakończenie doskonale ukazywało pustkę i bezdenny debilizm całej produkcji. Nieco podobne, acz nie tak mocne wrażenie miałem właśnie oglądając nominowanego do tegorocznego Oscara “Wroga Numer Jeden” Kathryn Bigelow.

Już na wstępie zaznaczam – nie mamy do czynienia z absolutnie ZŁYM filmem. Od “Rewersu” dzielą go lata świetlne. Moja ostatecznie negatywna ocena wzięła się z rozczarowania – świadomości tego, że od Bigelow można się spodziewać o wiele więcej. W końcu nakręciła “Hurt Locker. W pułapce wojny”, który trzy lata temu zgarnął – w pełni zasłużenie – sześć statuetek, w tym za najlepszy film, scenariusz oryginalny i reżyserię.

Maja ma jak święta aureolę.

Maja ma aureolę niczym święta.

Nie mogę zaprzeczyć – “Wroga…” ogląda się całkiem dobrze. Pewnie muszę wziąć poprawkę na fakt, iż każdy film o polityce ma u mnie na wstępie 5 Punktów Dobroci. Jednak nie ręczę za to, że nie odpadniecie w trakcie tego trwającego ponad 2,5 godziny widowiska. Film opowiada o polowaniu na wroga numer jeden Ameryki, czyli Osamę-ibn-Ladena, z perspektywy agentki CIA o pseudonimie Maya (Jessica Chastain). Robota żmudna, wymagająca znalezienia igły w stogu siana i uciekania się do – nazwijmy to delikatnie – moralnie wątpliwych metod przesłuchań. No i oczywiście niebezpieczna, bo wróg nie śpi, a toczy się przecież wojna.

Historia oparta na faktach, więc wiemy jak się skończy. Scena zabicia Osamy w trakcie brawurowej akcji amerykańskich komandosów na terenie Pakistanu jest doskonała. Ale jest ona niemiłosiernie długa, trwa chyba z pół godziny. Główna bohaterka po prostu… znika. Siedzi gdzieś tam w bazie w Afganistanie i czeka na wieści, ale całą rolę odwalają dzielni Navy Seals, którym z bliska towarzyszymy przez całą akcję, jedynie raz czy dwa zaglądając, co tam u Mayi. I w tym momencie dotarła do mnie słabość tego filmu – o czym on właściwie jest?

Niby o Mai – młodej, zdolnej, cholernie ambitnej i mającej niemal obsesję na punkcie wykonania zadania. W trakcie rozmowy w stołówce w siedzibie CIA na pytanie szefa (James Gandolfini) czym się wcześniej zajmowała w agencji, odpowiada szczerze – niczym. Od początku swojej kariery w wywiadzie rozpracowywała ibn-Ladena. Oprócz tej rozmowy, w całym filmie są chyba jeszcze dwie sceny, które pozwalają nam bliżej poznać Mayę. Warto wspomnieć już o samej końcówce, kiedy to wycieńczona agentka wsiada do potężnego, pustego helikoptera transportowego i “może lecieć gdzie chce”. Wolność, zasłużony urlop po wykonaniu realizowanego przez lata zadania, na które z utęsknieniem czekał cały naród. Ale tak naprawdę nie wiemy o niej nic, jako człowieku, nic o jej motywacjach, lękach. Zero głębszej psychologii, próby jej zrozumienia, czy czegoś w tym stylu. Rudy, urodziwy robot z jakimiś emocjami, obsesyjnie szukający faceta ukrywającego się w jakiejś chacie w Pakistanie.

Jeśli “Wróg…” jest o polowaniu, to także nie za wiele z tego wynika. Fakt, są sceny tortur, ale nie jest to pretekst do głębszej refleksji. Bohaterowie są oczywiście ludźmi i czasem mają już dość tej roboty, ale co z tego? To polowanie mogło być fantastycznym pretekstem do poruszenia tylu problemów. Mamy przecież do czynienia z próbą uporania się z wielką narodową traumą, jaką było upokorzenie mocarstwa i dramatyczne wyrwanie z pozimnowojennego letargu. Jest problem dehumanizacji człowieka, traktowania ibn-Ladena jako szkodnika, którego bez żadnej głębszej refleksji trzeba zamordować. Jest cały problem relacji Zachodu ze światem arabskim. Tymczasem we “Wrogu…” widzimy bezwględnych oprawców po jednej i drugiej stronie, których różni (tylko/aż?) ideologia.

Maja ma jak jak okulary. Tzn., też kiedyś miałem takie seksowne makarturki, kupiłem w Syrii za równowartość 6zł, ale gdzieś je zapodziałem, czego strasznie żałuję, choć na osłode zostały mi lenonki taty, jednak i z nimi był problem bo poszły noski, jednak podobne kupiłem już za 10 zł u optyka niedaleko długiej.

Maya ma jak ja okulary. Tzn., też kiedyś miałem takie seksowne makarturki, kupiłem w Syrii za równowartość 6zł, ale gdzieś je zapodziałem, czego strasznie żałuję…

Film wywołał dyskusję tu i tam, jednoznacznie sugerując, że bez tortur nie złapano by Bin-Ladena. To, czy to dobrze czy źle, interesuje mnie jako widza w znacznie mniejszym stopniu niż to, czy wychodząc z kina, miałem wrażenie, że reżyser chciał mi w tym filmie o tym opowiedzieć. A tego nie zrobił. Spektakularne, acz rozwleczone zakończenie, wytrąca z i tak wątpliwego poczucia, że wszystko to się trzyma kupy, ku czemuś zmierza, o czymś opowiada.

Tutaj chyba też należy upatrywać klęski Chastain w walce o zdobycie Oscara za pierwszoplanową rolę żeńską, którą odebrała Jennifer Lawrence z “Poradnika Pozytywnego Myślenia”. Bigelow nie uczyniła z niej pełnowymiarowej, wiarygodnej bohaterki i niewąpliwe zdolna Chastain nie za bardzo mogła coś z tym zrobić. Poległa Chastain, poległ “Wróg…”, który dostał nagrodę jedynie za najlepszy montaż dzwięku, a najlepszym filmem została “Operacja Argo” Afflecka. Bez przesady można mówić o klęsce – pięć nominacji, jedna statuetka, przy dziewięciu nominacjach i pięciu nagrodach dla “Hurt Lockera.”

Jeszcze słówko o Oscarach – strasznie egalitarnie się zrobiło. Nie było jednego filmu, który zgarnąłby zdecydowaną większość nagród. Trudno tak powiedzieć o “Życiu Pi” (trzeba będzie to zobaczyć!), które dostało najwięcej, bo cztery Oscary, m. in. za reżyserię, ale w tym za muzykę i efekty specjalne. Film roku: “Operacja Argo”; aktor – “Lincoln”, aktorka – “Poradnik Pozytywnego Myślenia”; scenariusz oryginalny – “Django”. Zatem – dużo dobrych filmów i brak tego jednego, porywająco genialnego. Choć ja będę bronił, jak to gdzieś napisali, poczciwego “Lincolna”…

Współautor