DOBRY film: SMOLEŃSK

Ledwo wróciłem z płockiego Audiorivera, kurz po epickiej elektro bibie jeszcze nie opadł, alkohol wolno parował z ciała, a od razu wpadłem na projekcję najgorętszego filmu zeszłego roku. Do seansu przymierzaliśmy się długo, ale to sygnał do zakończenia miesięcznic (bo jest 96-ta, a tyle było ofiar, analiza tej koincydencji fajnie opisana na rp.pl) zdaje się być idealnym momentem na chłodną i obiektywą recenzję. Oczywiście, katastrofa dalej jest ważnym lejtmotywem życia politycznego w Najjaśniejszej, ale przynajmniej do dzieła filmowego możemy podejść z należytym dystansem…

Czytaj dalej

DOBRY film o seksie i podatkach: Seks, narkotyki i podatki

Pan Marks i Pan Prawicowy Gnom zapraszają na podatkową rewolucję w sosie seksualnej frywolności. Źródło: www.bt.dk

Pan Marks i Pan Prawicowy Gnom zapraszają na podatkową rewolucję w sosie seksualnej frywolności. Źródło: http://www.bt.dk

Spies & Glistrup

Dania, 2013

reż. Christoffer Boe, scen. Christoffer Boe, Simon Pasternak

wyk. Pilou Asbæk, Nicolas Bro

Duńczycy też mieli swojego „Wilka z Wall Street”, bo — co tu dużo ukrywać — „Seks, narkotyki i podatki” nie uciekają od porównań z ostatnim filmem Martina Scorsese. A właściwie to wilków było dwóch: Simon Spies i Mogens Glistrup. Pierwszy był obrzydliwie bogatym przedsiębiorcą-playboyem mającym za dużo kasy, a drugi — ustatkowanym geniuszem prawa podatkowego nie kryjącego się ze swoimi libertariańskimi ciągotami. Spotkanie po latach kasy tego pierwszego i intelektu tego drugiego wywróciło do góry nogami duński przemysł lotniczny, a i niemało namieszało w polityce. Ten oparty na autentycznych wydarzeniach film, to nic innego jak ilustracja ich szalonych przygód, ekstrawaganckich pomysłów i cholernie dobrego pomysłu na to, jak mieć największą lotniczą firmę w kraju, a przy tym nie płacić podatków.

Czytaj dalej

Zły Film: Rewers

Źródło: itv.movie.eu

Nawet Bronisław ziewa na „Rewersie”. Źródło: itv.movie.eu

„Rewers”

Polska, 2009

reż. Borys Lankosz, scen. Andrzej Bart,

wyk. Agata Buzek, Marcin Dorociński, Krystyna Janda

Przyjrzyj mu się. Ale bezstronnie!

Mamy na tym blogu dziwną kategorię – „Formative Films”. Zawsze się trochę bałem tej etykietki, bo budziła ona we mnie lęk, że w pewnym momencie – gdy wylądujemy ze Współautorką na bezrobociu i zabraknie kasy na chodzenie do kina – blog stanie się takim kolejnym filmwebem czy IMDB; miejscem, gdzie będziemy pisać jedynie o starociach, tak żeby się wydawało, że impreza dalej trwa. Oczywiście, to tak pół-żartem pół-serio. Niedawno nastąpiła okoliczność, która pozwala mi zrobić wpis do tej właśnie specjalnej kategorii, stworzonej dla nienajnowszych filmów. „Formative Films” z założenia jest formą oddania czci tym produkcjom, które nas filmowo wychowały i ukształtowały nasz gust. Myliłby się jednak ktoś, gdyby sądził, że będą trafiać tu jedynie DOBRE filmy…

Wróćmy do tych specjalnych okoliczności. W jednym z niedawnych postów, poużywałem sobie trochę na drewniane dialogi w „AmbaSSadzie” czego najdobitniejszym wyrazem dla mnie był tekst: „pokiełbasiło cię?!”. Przez internety przetoczyła się fala oburzenia, która spowodowała, że ponad 70 proc. uprawnionych do głosowania Warszawiaków wolała zostać w domu i wdać się z nami w poważną dyskusję na pewnym portalu społecznościowym.

Wyjaśniając: OK – mea culpa, są ludzie, którzy wciąż mówią „pokiełbasić się” (podobno nawet Współautorka, ale nie wiem, czy należy ją traktować jako reprezentatywną próbę badawczą…), a i ja nie wyjaśniłem dostatecznie jasno, że problemem dialogów w najnowszym filmie Machulskiego są tyleż suche żarty, co zła gra aktorska i brak wyczucia jak się teraz mówi. Słowem – może i to „pokiełbasić” siadłoby, gdyby nie kontekst.

Wracając do awantury na fejsie – czara goryczy się przelała i autorowi poprzedniej recenzji dostało się za wszystkie grzechy, w tym za poprzednie, kontrowersyjne sądy o paru filmach, które zdaniem społeczności internetowej są DOBRE. No i wywołano wilka z lasu, bo padł tytuł „Rewers”, uznawany symbolicznie za moment założycielski tego bloga. Symbolicznie, bo choć nie ma recenzji tego filmu na naszym blogu, to jest to produkcja, która zdaniem autorów tego bloga zasługuje na miano jednej z najbardziej przecenionej w III RP. Pora nadrobić zaległość i jasno wyjaśnić, co naszym zdaniem zasługuje na taką etykietę.

Czytaj dalej

Zły Film: AmbaSSada

Źródło: Materiały prasowe

Źródło: Materiały prasowe

AmbaSSada

Polska 2013

reż. i scen. Juliusz Machulski

wyk. Magdalena Grąziowska, Bartosz Porczyk, Robert Więckiewicz, Adam Darski

To było trochę jak z moją wycieczką do Rosji, kiedy to pewnego środowego ranka dostałem od kolegi kilka minut na decyzję, czy lecimy na 10 kwietniowych dni do Moskwy. Bilety kosztowały 350 zł w obie strony, więc nie było nawet o czym gadać. Przedwczoraj, gdy dowiedziałem się, że mam podwójną wejściówkę na premierę „AmbaSSady” w Krakowie miałem równie mało czasu na przyjęcie oferty, jednak film za darmo i do tego ochlej i wyżerka na koniec? Problem miałem tylko z towarzystwem, bo Współautorka bloga wolała się wybrać na urodziny koleżanki, jednak w koncu się udało. Padło na E.

Biedna E. W sumie doskonale wyartykułowała moje obawy: „A czy to jest DOBRY film?” Kłopot polegał bowiem na tym, że w tym samym czasie mieliśmy iść na „Wszyscy w naszej rodzinie” Radu Jude, prezentowanego w ramach festiwalu kultury rumunskiej. No i lepiej iść na DOBRY film, ale za niego zapłacić, czy za darmaka wbijać na ZŁY? Nie ukrywam, napływające informacje nie napawały optymizmem. Tym bardziej, że miałem w pamięci poprzednie (dodajmy – nienajlepsze) dzieło Machulskiego, czyli „Kołysankę”. Stwierdziliśmy jednak, że poświęcimy się, a i ja przy tym skorzystam jako autor tego bloga, bo chywa więszkość z was idąc do kina będzie się raczej zastanawiała nad „AmbaSSadą” a nie jakiąś rumunską produkcją. I tak piątkowym wieczorem zdeptaliśmy czerwony dywan rozwinięty przed kinem Kijów.

O filmie było głośno od dawna. Wałęsa-Więckiewicz gra Hitlera, dyżurny obrazoburca kraju „Nergal” – Ribbentropa, a całość była przyrównywana kontrowersyjnością pomysłu do „Bękartów Wojny” Tarantino. Polacy robią komedię o Hitlerze i drugiej wojnie światowej. Świetnie, brawo za odwagę! Ale znacznie ciekawsze od pytania, czy potrafimy się śmiać z jednej z największych naszych traum narodowych, było to, czy potrafimy zrobić DOBRY film na ten temat? Czytaj dalej

Dobry Film: Nie

no

Za: itpworld.wordpress.com

„No”

Chile, Francja, USA, 2012

reż. P. Larraín, sc. P. Peirano

wyk. G. G. Bernal

1988 to był rok! Tyle się na świecie ważnych rzeczy wydarzyło! Podobno najstarszy orzeł bielik na świecie się urodził w tym roku. Wtedy też weszła w Polsce w życie tzw. ustawa Wilczka-Rakowskiego, która znacząco liberalizowała polską gospodarkę centralnie planowaną. Na świecie też się działo. Ten rok to początek demokratyzacji Chile. Konkretnie – piątego października (równo ćwierć wieku temu!) odbyło się referendum, w którym obywatele mieli się opowiedzieć, czy chcą przedłużenia o kolejne osiem lat prezydentury Augusto Pinocheta. Alternatywą miały by być wolne i demokratyczne wybory. Wynik wyborów nie był oczywisty. Pinochet był paskudnym dyktatorem, szacuje się, że za jego rządów  zaginięło  lub poniosło śmierć ponad 3 tysięcy ludzi. Jednak nie można mu odmówić liberalnych reform gospodarczych, w wyniku których PKB Chile w latach 73-80 wzrosło o 35 proc. (bezrobocie też wzrosło, ale niektórzy na libertariańskiej prawicy mają to tam, gdzie zdrowy rozsądek i serce). Dlatego też opozycja musiała trochę podziałać, żeby wygrać ten plebiscyt decydujący o przyszłości kraju.

Film jest o tyle ciekawy, że wpisuje się w serię DOBRYCH filmów chilijskich, jakie się ostatnio ukazywały. Bez bicia się przyznaję, nie nadążam za wszystkim co się w świecie kina dzieje i póki co zobaczyłem tylko „Nie” na ostatnich T-Mobile Nowych Horyzontach, ale chyba z blogerskiej powinności powienienem polecić to i owo. Komiediodramat „Służąca” (La Nana) Sebastiána Silvy od premiery w 2009 r. zdobył kilka nagród, m. in. na Sundance, a przewodnia piosenka (AyAyAyAy) walczyła o nagrodę na najlepszą nutę w 83. rozdaniu Nagród Akademii. Rok później ukazał się dokument „Nostalgia za światłem” (Nostalgia de la Luz), w którym przyrównano pracę grzebiących w przeszłości gwiazd astronomów do matek, próbujących dowiedzieć się czegoś o losie swoich dzieci, które zaginęły w trakcie rządów Pinocheta (uch, tytuł prawie tak dobry jak pomysł i plakat! – patrz niżej). W 2011 r. hitem była produkcja „Violeta poszła do nieba” (Violeta se fue a los cielos) oparta na historii folkowej artystki Violety Parry. „Violeta…” była chilijskim kandydatem do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny, ale dopiero „Nie” udało się wejść do ścisłego finału i walczyć o Nagrodę Akademii. Wówczas wygrała jednak „Miłość” (Hanekego, a nie Dzierżawskiego czy Tuska!)

Za: icarusfilms.com

Za: icarusfilms.com

Ale do rzeczy. „Nie” ogląda się trochę… nieprzyjemnie. Reżyser wpadł bowiem na banalny w swojej prostocie, a jakże autentyczny i ile dający punktów do artystycznego wyrazu punktów pomysł: film nakręcił w niskiej jakości, wykorzystując Sony 3/4-cale, jakim nagrywano materiał na taśmy. Całość robi wrażenie chilijskiego materiału telewizyjnego z końca lat 80! Niektórzy zwracali jednak uwagę, że właśnie ten zabieg znacząco obniżył jego szansę na zawładnięcie sercami szerszej publiczności. Ja przyznam, nie jestem entuzjastą takich zabiegów i moje przyzwyczajone do wyśrubowanej jakości zarówno w kinie jak i w chacie (no, mamy dobry odbiornik telewizyjny) oko trochę się buntowało. Jednak ostatecznie wczułem się w klimat.

Głównym bohaterem jest René Saavedra (G. G. Bernal), uznany w branży reklamowej fachowiec, który staje po stronie „Nie” i odpowiada za strategię obozu demokratycznego. Zastraszany przez stronę rządową, obawiający się o życie syna oraz targany konfliktem interesów z szefem, który pracuje dla przeciwnego obozu, Saavedra wynosi chilijskie kampanie polityczne na inny poziom, wspinając się na wyżyny kreatywności i tym samym znacząco przyczyniający się do wygrania referendum.

Duże pochwały za „Nie” zebrał właśnie… Bernal. Na festiwalu filmowym w Abu Dhabi w 2012 r. dostał nawet nagrodę za najlepszego aktora! I choć trzeba mu przyznać, że naprawdę stworzył wyrazistą postać, to ja jednak mam wrażenie, iż cały czas czeka on na rolę swojego życia.

W takich filmach jak „Nie” nieco upierdliwe jest to, że znamy zakończenie. Ale pamiętacie jeszcze „Operację Argo” (Argo – fuck yourself!)? Czy nie była to jedna z takich produkcji, która mimo wszystko trzymała w napięciu do samego końca? Oparty na prawdziwej historii (a konkretniej – na nawiązującym do tych wydarzeń nieopublikowanym dramacie „Plebiscyt” (El Plebiscito) Antonio Skármety) „Nie” wcale nie traci na braku punktów za zakończenie. Właściwie taka utrata na samym wstępie możliwości zaskoczenia na koniec filmu (heh, jak zwykle brawo za stylistykę dla autora tego wpisu…) daje zupełnie nowe możliwości, nakazując twórcom skupić się na innych aspektach i gdzie indziej podarować widzowi jakąś niespodziankę. W końcu to ograniczenie pokazuje mistrza, jak to powiedział największy niemiecki romantyk.

Oczywiście, z drugiej strony takie zakończone wielkim happy-endem historie z życia wzięte (najczęściej polityczne) powodują, że łatwo popaść w tani triumfalizm i patetyczne uniesienia. Dlatego „Jobs” był ZŁY i dlatego też boję się tak „Wałęsy” jak i filmu o Mandeli. Jedak żyjący w swoim wciśniętym między wodę, a pozostałe duże kraje Chilijczycy pokazują, że da się zrobić starą kamerą DOBRY film o pięknym wydarzeniu, które spokojnie zasługuje na miano końca dyktatury. Polityka niestety nie jest spektuakularna i nas – Polaków – los okrutnie pokarał, że komunistyczna dyktatura upadała w zaciszu lokalów wyborczych osiem miesięcy później niż w Chile, a nie w takt buldożerów niszczących Mur Berliński (koleżanki z Niemiec trochę się zrzymały, jak im to powiedziałem, ale nie miałem racji?)

Dlatego jak jutro będziecie pić alkohol nie zapomnijcie o Chilczykach. Ich demokracja ma ćwierć wieku, więc… sto lat!

ZŁY Film: JOBS

steve-jobs-movie-jobs2013-poster-ashton-kutcher-jobs-movie-official-movie-poster-jobs-movie-pictures-jobs-2013-movie-stills

„Jobs”

USA, 2013

reż. Joshua Michael Stern, sc. Matt Whiteley

wyk. Ashton Kutcher, Josh Gad,

Kinowe adaptacje historii wielkich osobowości to ciężka sprawa. Wiadomo – na wstępie poprzeczka podniesiona jest nieco wyżej, bo zawsze będziemy oczekiwać, że film swoją jakością zbliży się do formatu postaci, o której traktuje. Trzeba jakoś w miarę wiernie odtworzyć fakty, ale fajnie by było jeszcze wykazać się jakąś artystyczną inwencją, jeśli nie chcemy kręcić fabularyzowanych dokumentów, które ogląda młodzież na lekcjach historii w gimnazjum .

Takie filmy można zrealizować na dwa sposoby. Albo bierzemy na tapetę jedno wydarzenie z życia naszego bohatera i wokół tego konstruujemy całą fabułę, wzbogacając o jakieś elementy z przeszłości. Tak zrobił Besson z opowiastką o Aung San Suu Kyi („Lady”), gdzie punktem wyjścia do ukazania legendy birmańskiej opozycji były wydarzenia polityczne sprzed parudziesięciu lat i dramat, jakim była niemożność wzięcia udziału w pogrzebie męża. W przypadku oskarowego „Lincolna” wielkość najfajniejszego prezydenta USA pokazana została poprzez jego starania o zakończenie wojny secesyjnej i równoczesne przepchnięcie XIII poprawki do konstytucji.

Z drugiej strony można próbować ugryźć sprawę nieco bardziej (wybaczcie, magistra politologii mam, to się powyżywam) holistycznie. Pojście takie może dać niezłe rezultaty, szczególnie jak dodamy jeszcze takie szaleństwo, jak odgrywanie postaci głównego bohatera przez kilku aktorów, co przetestowano w biografii filmowej Dylana, granego przez Cate Blanchett (!), Heatha Ledgera i paru innych w „I’m not there”. Przy zakreśleniu sobie tak szerokiego tematu może jednak uciec od meritum. W natłoku wydarzeń zagubimy osobowość i uwikłamy ją w serię może i spektakularnych, ale zbyt licznych wydarzeń, z których w sumie nic nie wynika i bynajmniej nie łączą się w jakąś logiczną całość. A na pewno nie mamy wrażenia, że się czegoś dowiedzieliśmy bądź zrozumieliśmy. Klasycznym przykładem jest tutaj dla mnie iście katastrofalna „Żelazna Dama” – seria fantastycznych i spektakularnych dokonań, które wyciskają łzy prawicy na całym świecie („och, kto tak zajadle będzie teraz tępił związki zawodowe, nierobów i oszołmskich argentyńskich nacjonalistów z drugiego końca planety?”), ale poza tym nic więcej. I niewiele pomaga wybitna Maryl Streep.

Dokładnie ten sam błąd popełniono z „Jobsem”. Tylko tutaj akurat niewiele przeszkadza Ashton Kutcher.

Chłopak się akurat niemało stara no i trzeba mu przyznać – nie wychodzi to mu najgorzej. Według niektórych jest to jego „najlepsza rola ever”, no ale biorąc poprawkę na to, w jakich produkcjach na razie występował (ja go znam z „Amerykańskiego Ciacha”, gdzie poza pływaniem w basenie i uprawianiem seksu z kolejnymi utrzymankami musiał niewiele robić i tak głupiej i bezsensownej, że aż DOBREJ komedii „Stary gdzie moja bryka?”) to nie wiem, czy należy taką opinię traktować jako komplement. Sprawiedliwości trzeba oddać, że widać, iż solidnie przygotował się do roli, a i fizycznego podobieństwa nie odmówimy. Są to jednak lata świetlne od tego co wyczyniał Daniel Day-Lewis w „Lincolnie”. Fakt, że pod wieloma względami mniej znamy Lincolna (w końcu żył dwa wieki temu) niż współczesnego nam Jobsa, ale i tak różnicę między Kutsherem, a Day-Lewisem liczyć należy w latach świetlnych.

Jak jednak zaznaczyłem – największym problemem „Jobsa” jest ta kuriozalna chęć pokazania wszystkiego. Po co? Nie ma czasu na próbę zrozumienia bądź wyjaśnienia fenomenu do niedawna jednego z najbardziej wpływowych ludzi na świecie. Skaczemy od jednego znanego z gazet/biografii Jobsa wydarzenia do drugiego. Od czasu do czasu nasz bohater wykaże się sprytem, inwencją twórczą, kreatywnością, bezczelnością, albo powie taką kwestię, że wiemy, że jest geniuszem, który zmieni świat. Raz jest zamyślonym i nieco socjopatycznym Einsteinem, raz psychopatą, kiedy indziej kochanym ojcem (a czasem mniej kochanym ojcem:), ale te wszystkie obrazy właściwie niewiele łączy i nic z nich nie wynika. Spod tego wszystkiego wyziera niestety dramatyczny brak koncepcji na to, o czym właściwie ma być ten film. O Jobsie (jak sugeruje tytuł), Apple’u, a może najbliższym współpracowniku tytułowego bohatera – Wozniaku? Który – przy okazji – jest najbardziej wyrazistą i intrygującą postacią filmu. Złośliwy – urzeczeni kreacją Josha Gada – komentowali, że woleli, by film nosił tytuł „Woz” i przyglądnął się jednej z najważniejszych postaci odpowiedzialnej za sukces Apple’a.

first-jobs-trailer

– Co robicie w tym garażu?
                                                 – Zmieniamy świat…
                                                  Źródło: media.idownloadblog.com

Twórcy dosyć często ratują się naiwnym tryumfalizmem i entuzjazem zbudowanym na pięknie tego, co robił i tworzył Jobs. Mam jednak wrażenie, że jest to bezczelne granie naszą świadomością – to nie film nas wzrusza, ale nasza świadomość, że facet był naprawdę osobowością na miarę największych innowatorów w historii (a przynajmniej tak się nam na razie wydaje. Za parę lat, kiedy zamkną internety, miejsce największych kłamców w historii (Freuda, Marksa i Nietzschego) zajmie cyfrowa trójca (Gates, Jobs, Zuckerberg) i nikt nawet nie będzie pamiętał o takich niszczących naszą psyche badziewiu jak smartfon czy facebook. Zobaczycie, tak będzie!).

Chciałoby się oczywiście powiedzieć, że jasne, jest jak jest, ale przynajmniej dobrze się to ogląda, a i muzyka jest fantastyczna. No, niestety – nie jest. Długaśne to przeraźliwie, co gorsza ścieżka dźwiękowa jest dosyć nachalna i jednak mało – co mnie bardzo zaskoczyło – inwencyjna. Jak cały film – pustka i dętka, którą jak najszybciej będziemy chcieli wywalić z pamięci.

Potwierdza się niestety, że czasem to życie pisze najbardziej pasjonujące historie.

Sorry Ashton. Ale się starałeś:)

Słoń