DOBRY film: Starter for 10

Starter for 10

Wielka Brytania, USA 2006

reż. Tom Vaughan, scen. David Nicholls (na podstawie własnej książki)

wyk. James McAvoy, Rebecca Hall, Alice Eve, Catherine Tate i ktokolwiek kiedykolwiek zagrał w jakimś serialu BBC

Oficjalny polski tytuł brzmi „Miłosna układanka”. Ma się to do treści tak jakby „Szczęki” nazwać „Morskie opowieści”, więc postanowiłam to zignorować. 

Kiedy Czytelniczka Magda i Czytelniczka Zosia polecały mi ten film, ostrzegły, żeby przypadkiem nie prowadzić żadnej drinking game*  na znanych mi (choćby tylko z serialów BBC) aktorów, bo padnę po pierwszym kwadransie. Miały rację. Ten film, w którym główne i drugoplanowe role odgrywają aktorzy, którzy teraz są dość bardzo sławni, to istna kolizja fandomów.  Zresztą nic dziwnego, Wielka Brytania to mała wyspa z ograniczoną liczbą aktorów. Tragicznym w skutkach mogłaby się okazać gra, w której jedynym założeniem byłoby wypicie łyka trunku na widok kogoś, kto pojawił się chociaż tylko w Doktorze Who lub w Sherlocku (poza tymi oczywistymi, filmowa matka Alice Eve była w i w finale trzeciej serii Sherlocka, i w jednym z moich ulubionych odcinków Doktora).

"What happened to your face, brother dear?"

“What happened to your face, brother dear?”

Czytaj dalej

DOBRY Film: Niebiańskie Żony Łąkowych Maryjczyków

nbzl

Nebesnye zheny lugovykh mari

Rosja, 2012

reż i sc. Alexey Fedorchenko

wyk. Yuliya Aug, Yana Esipovich (i 24 inne kobiety)

Ciąg dalszy wspominek festiwalowych. Nie wiem, czy będzie okazja zobaczyć ten film w polskim kinie, jednak muszę o nim napisać i tyle.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem tak przejmujący, wywołujący tyle skrajnie różnych emocji film.  Na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty utarło się przekonanie, że lepiej unikać filmów konkursowych. Często są one naprawdę nowohoryzontowe,dlatego zdarzają się wyjątkowo oryginale produkty filmopodobne, mocno eksperymentalne, nie stroniące od pornografii i odpychającej przemocy.Tym razem jednak zaryzykowałem. Nie ukrywam, dałem się skusić intrygującemu tytułowi i faktowi, że film powstał w Rosji, a jego reżyserem jest facet, który ma na swoim koncie produkcję pt: „Pierwsi na księżycu” (mockument o tym, że to Ruscy jako pierwsi wylądowali na księżycu). Długo nie mogłem zapamiętać nazwy tego dzieła, dlatego teraz, celem utrwalenia przeanalizuję poszczególne elementy składowe tytułu (choć w odwrotnej kolejności!), co przy okazji nada tej recenzji znamion oryginalności.

Łąkowi Maryjczycy –  pod tą intrygującą nazwą kryje się jedna z grup etnicznych zamieszkujących terytorium Federacji Rosyjskiej. Choć ten ugrofiński lud rozproszony jest właściwie po całym kraju, najwięcej ci ich – bo prawie połowa całej populacji – w autonomicznej (oczywiście tylko z nazwy) republice Mari El, zagubionej gdzieś nad Wołgą. Według cenzusu sprzed dziesięciu lat, jako Maryjczyk określało się ok. 600 tys. ludzi, przy czym część określała się dodatkowo jako Górny bądź Zachodni Maryjczyk. Oprócz tego istnieje trzecia, zamieszkująca lewy brzeg Wołgi ekipa, czyli tytułowi Łąkowi Maryjczycy. Maryjczycy mają swój język, należący do grupy ugrofińskiej, oraz specyficzną religią, będącą mieszanką prawosławia, szamanizmu i pogaństwa.

Film nie jest dokumentem, choć wzięło w nim udział – obok profesjonalnych aktorek – trochę autentycznych Maryjczyków. Co ciekawe, ekipa filmowa musiała zorganizować kursy językowe dla aktorów, nawet lokalsów, ponieważ znajomość języka wcale nie była tak duża, jak się po oglądnięciu filmu wydaje!

Żony – film jest o kobietach. Konkretnie dwudziestu sześciu paniach w różnym wieku. Najmłodsza z nich ma z 8 lat, najstarsza jest już w sile wieku. Łączy je to, że należą do wspomnianej w powyższym akapicie grupy etnicznej. A – i jeszcze jedno: każda z nich ma imię zaczynające się na „O”. Czemu? Na festiwalu była okazja spytać o to samego reżysera i jeśli mu wierzyć, to nie należy się tutaj doszukiwać żanych aluzji. Po prostu są to dźwięczne słowa, które w języku maryjskim nieraz mają bardzo ładne znaczenie.

Lasek jest 26, każda ma swoją historię. Krótszą lub dłuższą, ale wszystkie są urzekające. Jedne są niczym z życia wzięte. Ot taka scenka: młódka wyjmuje z koszyka grzyby. Każdemu się przygląda, czyści i odkłada na bok. Kiedy spogląda na jednego z porządniejszego rozmiarem borowika, podnosi go do góry i mówi do siebie: “O! Mój mąż ma być właśnie taki!” Ileż tu prostoty, piękna, doskonałości, a zarazem (choć może za bardzo mi pracuje fantazja faceta^^) subtelnie przemyconego erotyzmu. To tylko jeden niewinny przykład. W opowieściach Maryjek przejawiają się wszyskie problemy życia: niewierny mąż, pierwsza miłość, zdrada, śmierć, choroba, niechciani adoratorzy, konieczność opuszczenia rodzinnego domu – no, ciężko wymieniać wszystko.

Nie ma tematów tabu, bo przecież wszystko to jest oczywiste i naturalne. Tak jak w opowiastce dziewczyny, która musi za pomocą wielkiej trąby urbi et orbi ogłosić, że dostała pierwszej menstruacji. Zirytowana tym narzucanym tradycją ekshibicjonizmem pyta ciotki, po kiego grzyba każdy musi się dowiedzieć, co dzieje się z jej ciałem. Starsza kobieta odpowiada, że fakt zostania kobietą jest przecież czymś zarówno naturalnym, jak i budzącym wielką radość i dumę. Dlatego potrzeba się tym podzielić z całym światem. Proste i logiczne, prawda?

Pół biedy, jak ci faceta podrywa inny homo-sapiens...

Pół biedy, jak ci faceta podrywa inny homo-sapiens…

Niebiańskie – jak Maryjczycy są Łąkowi, tak ich kobiety – Niebiańskie. Niebiańskie, bo piękne, zaradne, kochające/kochane i cieszące się szykującym nieraz paskudne niespodzianki życiem. Ich historie są zarówno straszne jak i śmieszne, przesycone erotyką i codziennymi problemami. Choć w ich życiu tradycja i religia odgrywa wielką rolę, to nasze bohaterki są osobowościami, świadomymi swojej kobiecości i indywidualności. Po prostu – niebiańskie. Ale przez pierwszą część tutułu należy rozumieć również element transcendentalny, duchowy – niebo. Rzeczywistość miesza się z magią, a wiara w równoległy, niepoznawalny racjonalnie, ale mający ogromny wpływ na życie świat duchów jest czymś oczywistym. Ludowe wierzenia nie są jedynie bajkami i próbami zrozumienia świata przez odizolowany od globalizacji lud zagubiony na rosyjskich przestworach łąk, ale faktycznie działającymi receptami i formami rozwiązania problemów. Warto podkreślić, że film powstał na podstawie książki, w której zebrano te wszystkie opowieści. Świadomie unikam jednak słowa podania, bo każdy kto czytał reportaże z Rosji wie, że w tym kraju gdzie jest więcej wróżek i szamanów niż lekarzy, poważni ludzie ręczą słowem za naprawdę niesłychane historie…

I tutaj się zaczyna jazda bez trzymanki…

“Niebiańskie żony…” to iście wybuchowa mieszanka erotyzmu i magii; skąpana w kolorach, muzyce, a w dodatku opowiedziana dźwięcznym językiem maryjczyków. Obrazy rosyjskiej prowincji – bujne lasy, spowite śniegiem przestrzenie, głaskane wiatrem pola – są wręcz baśniowe, nierealne, choć jednak realistyczne. Obyczajowe historie dotyczą nie tylko ludzi, na scenę wkraczają leśne dziadki, szamanki, nieumarli i inne cuda, które jednak wydają się czymś naturalnym i zrozumiałym. Choć nie zawsze sympatycznym.

Film zahacza miejscami o komedię, czasem o porno-horror (zobaczycie scenę z kisielem na świetlicy, to zrozumiecie o co chodzi), dramat obyczajowy i egzystencjalny realizm. Choć jest to przede wszystkim hołd dla niezmąconego politycznymi i społecznymi zawieruchami życia Maryjczyków (co nie jest do końca prawdą), to bohaterami są właśnie kobiety – ładne, sprytne i ogarnięte. Przez piękny dobór środków artystycznych, wizualną fantazję i doskonałą harmonię między tym co prawdziwe a tym, co schowane w lesie czy w polu, udało się stworzyć cudowną, chyba uniwersalną historię o płci, wcale nie słabszej, ale przede wszystkim pięknej.

Ostatnia scena, kiedy każda bohaterka uśmiechając się mówi do kamery swoje imię, wywołuje w nas wzruszenie, ale i zachwyt. Ręce same składają się do braw, pamięć szuka chusteczek higienicznych, którymi można otrzeć łzy wzruszenia, a uczestnik festiwalu dziękuje za film, o którym ze spokojnym sumieniem może powiedzieć, że pomimo nowohoryzontowości, jest DOBRY.

Nieziemsko DOBRY.

Kochankowie z księżyca – bardzo DOBRY film

“I’m going to find a tree to chop down”

“Moonrise Kingdom”

USA 2012

reż. Wes Anderson

Jared Gilman, Kara Hayward, Bill Murray

Jako, że od dawna jestem wierną fanką Wesa Andersona i Billa Murraya, moja pochwała tego filmu może  nie być uznana za obiektywną. Jednak to Słoń  stwierdził, że “Moonrise Kingdom” jest “klasycznym przykładem DOBREGO filmu”, a był on do tego stopnia nie zaznajomiony z twórczością tego reżysera, że aż do rozpoczęcia seansu drżał, że zmusiłam go na pójście na coś w stylu “Zmierzchu”.

Jak zwykle u Andersona, obsada jest cudownie dobrana. Poza tymi, co w jego filmach pojawiali się już wielokrotnie (Murray, Schwartzman), doszło kilka “nowych” twarzy (Tilda Swinton, Frances McDormand, Bruce Willis, Bob Balaban), z których większość zagra zresztą w “The Grand Budapest Hotel” tegoż pana (i jeszcze dojdzie do nich Jude Law!). Mimo tak wspaniałych dorosłych, największą rolę odgrywa tu banda utalentowanych dzieci. Myślę, że z parą głównych bohaterów (Jaredem Gilmanem i Karą Hayward) będzie tak samo jak z Jasonem Schwarzmanem, któremu karierę otwarł nastoletni debiut w “Rushmore” (jak nie widzieliście, to koniecznie obejrzyjcie!).

Film jest wizualnie śliczny, każdy szczegół jest starannie dopracowany, od książek ukradzionych przez bohaterkę z biblioteki, przez obozowisko, do najmniejszych brożek, przypinek i przyszywek sprawności na mundurach skautów (warto tu wspomnieć, że kostiumy są autorstwa naszej rodaczki, Kasi Walickiej-Maimone). Ta dbałość o szczegóły przy ujęciach, scenografii i strojach przy jednoczesnym uniknięciu przestylizowania, przenosi się na sposób wypowiadania kwestii (idealny “timing”) i grę aktorów w ogóle, jak też na dobór muzyki.

Ten na pozór cukierkowy, z początku bardzo eskapistyczny, film pokazuje dwa światy: tak smutny, że aż śmieszny świat dorosłych i albo nudny, albo zaskakująco pełen przemocy świat dzieci*. Para bohaterów próbuje uciec od tego wszystkiego. Dorośli próbują ich “uratować”, chociaż to oni bardziej potrzebują pomocy. Wszyscy są “outsiderami”, którzy jednak różnie znoszą zjednoczenie — czy to z własnej, czy z przymuszonej woli. Tym, co chroni dzieci (i, jak się okazuje, nie tylko chodzi tu o główną parę) przed groteskowym smutkiem starszych jest naiwność, ale też pewien wytrwały idealizm, którego dorośli nie rozumieją. Anderson błyskotliwie łączy komizm i ironię z powagą i pewną sympatią do wszystkich bohaterów. Śmiejemy się, jak smutny Bruce Willis – ciapowaty policjant nalewa dwunastolatkowi piwa do szklanki po mleku podczas wykładu o odpowiedzialności, ale jest nam go w sumie żal. “Moonrise Kingdom” , jak nie tylko inne filmy Andersona, ale i “Miłość Larsa” (czy bardziej “mainstreamowy” “Poradnik pozytywnego myślenia“)  jest –w pozytywnym tego słowa znaczeniu– DZIWACZNY (ang. quirky). Śmieszy, ale nie prześmiewa; wzrusza, ale bez łzawego sentymentalizmu.

Rybka

*Według mnie, najbardziej realistyczni są chłopcy. Scena, gdy uzbrojeni po zęby skauci suną do boju przypomniała mi moje harcerskie czasy. Wiele lat temu, na obozie letnim, mój zastęp miał za zadanie wykraść w nocy trochę jedzenia z namiotu-magazynu. Niestety, przyuważyła nas warta i w pogoń za nami rzuciła się banda dwunastolatków z maczetami.

Wiem, że dużo tych zdjęć, ale nie mogłam się oprzeć. Ładny kadr, a do tego smutny harcmistrz Edward Norton.