DOBRE przedstawienie: “Frankenstein”

Frankie-2-Image-Text

źródło: sharmillfilms

Frankenstein (Royal National Theatre)

Wielka Brytania, 2011

reż. Danny Boyle, scen. Nick Dear (na podstawie powieści Mary Shelley)

wyk. Benedict Cumberbatch, Jonny Lee Miller, Naomie Harris

Rok 1963 to był ważny rok: urodzili się moi rodzice i Quentin Tarantino, zabito Kennediego, BBC nadało pierwszy odcinek serialu Doctor Who, a w Londynie powstał National Theatre. Z okazji pięćdziesięciolecia tego ostatniego wydarzenia w kinach całego świata można zobaczyć niektóre z ich nagranych spektakli, w tym “Makbeta” i “Frankensteina”. Rzecz jasna przedstawienie oglądane na dużym ekranie to nie to samo, co na żywo na scenie, jednak skoro nie pojawiła się u mnie (na razie) niebieska budka telefoniczna, która zawiozłaby mnie do Londynu gdzieś między lutym a majem roku 2011, z radością zadowoliłam się możliwością* oglądnięcia transmisji w krakowskim kinie Mikro (grają to jeszcze 8.12! Rezerwujcie bilety póki są!).

Choć zwykle nie piszemy tu o sztukach, ja skorzystam z faktu, że bądź co bądź to przedstawienie widziałam w kinie oraz z tego, że Współautor już pewnie śpi lub znowu imprezuje na jakimś malezyjskim wieżowcu i nie może mnie pilnować. Najpierw kilka ciekawostek. To przedstawienie istnieje w dwóch wersjach** — w jednej w Stworzenie wciela się łysy Jonny Lee Miller, a w Wiktora Frankensteina naturalnie ryży Benedict Cumberbatch, w drugim jest na odwrót. Ja widziałam “pierwszą” wersję. Koleżanka, która obejrzała obie wersje zarzeka się, że ta jest lepsza, więc jej wierzę. Nie oznacza to oczywiście, że przy najbliższej sposobności nie popędzę zobaczyć drugiej! Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie opisała kolejnej ciekawostki związanej z wymienionymi aktorami: obaj zdolni panowie grają obecnie Sherlocka Holmesa w dwóch różnych — acz w obu DOBRYCH — serialowych modernizacjach opowieści Arthura Conan Doyle’a. 

Czytaj dalej

Dobry film: Blue Jasmine

Blue Jasmine

USA 2013

reż. i scen. Woody Allen

wyk: Cate Blanchett, Sally Hawkins

Film zaczęliśmy oglądać z pewnym niepokojem. Jak już weszliśmy do sali kinowej okazało się, że choć zwykle mamy  dość podobny gust (do tego stopnia, że tego dnia byliśmy przypadkiem ubrani TAK SAMO), to Współautor nie przepada za Woodym Allenem, podczas gdy Współautorka bardzo jego filmy i opowiadania lubi. Co gorsza, Współautor zaczął wyrzekać jakim to złym filmem jest “O północy w Paryżu”, na co Współautorka zasugerowała podle, że Współautor jest za mało oczytany by móc w pełni docenić ten DOBRY jej zdaniem film. Podczas reklam siedzieliśmy w tym naszym trzecim czy drugim rzędzie łypiąc na siebie złowrogo (podobieństwo stroju musiało dodać tej sytuacji śmieszności), a przyszłość tego bloga wisiała na włosku. Na szczęście wkrótce się zaczęło i znów zapanowała między nami zgoda — śmialiśmy się przez łzy, wymienialiśmy się spostrzeżeniami, docenialiśmy wspaniałą Sally Hawkins i nawet sceptyczny współautor mamrotał pochwały — film bardzo się podobał nam obojgu.

“Blue Jasmine” (litewski tytuł: “Dzesmina”) to coś pomiędzy absurdalnymi komediami Allena z lat sześćdziesiątych, społeczną krytyką amerykańskiego “upper-middle class” widzianą w większości jego “nowojorskich” dzieł, a nowszymi, bardziej czarnymi i poważnymi filmami jak “Sen Kasandry”. Przesłanie filmu jest, jak to określił udobruchany Współautor “strasznie lewackie”: zgniła amerykańska “elita” to grono dwulicowych, wyrzucających pieniądze w błoto egoistów, a prosty plebs może i jest głośny i mało dystyngowany, może wyrywa telefony ze ściany i urządza sceny w supermarkecie, ale ma większą szansę na znalezienie szczęścia i ma większe zasady moralne. Jak zwykle u Allena, bohaterowie (ze wszystkich “klas”) są tak uroczo neurotyczni, że nie można nie pałać do nich sympatią, mimo, że mają oni dużo, oj dużo wad.

Tym razem Woody Allen zostaje za kamerą, a jego rolę głównego neurotyka-egoisty przejmuje Cate Blanchett, która  w wspaniały sposób przez cały film powoli dostaje rozstroju psychicznego, przez co uśmiech zamiera nam na ustach, a jeśli się śmiejemy, to przez łzy. Blanchett gra tytułową Jasmine (a.k.a. Janette), rozpieszczoną byłą panią na salonach, która straciła fortunę jak przekręty finansowe jej męża-bogacza wyszły na jaw. Jej postać przypomina Blanche z “Tramwaju zwanego pożądaniem” — pozornie dystyngowana dama gardząca “nizinami społecznymi” (i szwagrami), mająca pewną rysę na charakterze. Jednak najlepiej się spisała Sally Hawkins*, która w mistrzowski sposób zagrała siostrę Jasmine, należącą do, powiedzmy, amerykańskiego “working class” (w wyobrażeniu artystycznych nowojorskich elit). Jej akcent, jej stroje, jej gra aktorska — Hawkins kradła każdą scenę w której występowała.

Co tu więcej pisać — DOBRY film, chyba mój ulubiony współczesny Allen od czasu “Whatever Works” (w Polsce znany jako “Co nas kręci, co nas podnieca”). Co prawda właśnie znika z kin, więc się pospieszcie. Jeśli nie zdążycie, to jak wyjdzie na DVD to możecie spokojnie umieścić “Blue Jasmine” w liście do Świętego Mikołaja.

Rybka

*Do której Współautorka się wreszcie przekonała po ZŁEJ adaptacji “Perswazji”, w której Hawkins była jedną ze stron w najmniej estetycznym pocałunku w historii brytyjskiej telewizji.

DOBRY film: Perswazje

Persuasion

Wielka Brytania, USA, Francja 1995

reż. Roger Michell, scen. Nick Dear (na podstawie powieści Jane Austen)

wyk. Amanda Root, Ciarán Hinds, Sophie Thompson, Corin Redgrave

“Nie grał pan przypadkiem w Harrym Potterze?”

Jest prawdą powszechnie znaną, że każdy szanujący się brytyjski aktor spełnił przynajmniej jeden z poniższych warunków:

  1. zagrać w filmie z Maggie Smith.
  2. zagrać w adaptacji Jane Austen.
  3. Zagrać w Harrym Potterze lub w Doctorze Who.

Braków w trzecim na razie nie da się nadrobić (choćpewnie za paręnaście lat będzie nowa adaptacja…), z pierwszym trzeba się spieszyć (choć Maggie Smith jest wieczna*), za to zwykle co dwa laty wychodzi jakaś adaptacja Jane Austen lub przynajmniej film biograficzny inspirowany jej życiem.

W “Perswazjach” z 1995 roku**  nie ma Maggie Smith, a z aktorów HP’owskich gra “tylko” brat Dumbledora, Miranda Hopkirk i ciotka Petunia (dla porównania: w “Rozważnej i Romantycznej” mamy z dziewięciu potterowców i dr. House’a). Jest to jednak jedna z lepszych adaptacji*** powieści Jane Austen i po prostu DOBRY film.  Twórcy nie próbują na siłę “zbrontezować” powieści. Nie ma stania na klifie o zachodzie słońca, tylko subtelny romantyzm i ironiczne pokazanie ludzkich wad. Nie ma sztywnych kostiumów i niewygodnych fryzur, aktorzy wyglądają, jakby założyli coś wygodnego. Jak wracają z długiego spaceru są brudni, jak tańczą, to niekoniecznie zgrabnie. Wszyscy grali bez makijażu. Ulice Bath są brudne, nad morzem prawie że śmierdzi rybami. Przy jedzeniu ludzie mlaskają, a na stole bywa bałagan.

Mimo subtelnych komicznych smaczków książka pisana prawie na łożu śmierci, jest najbardziej melancholijnym dziełem Austen, film tak samo. Śmieszy przeglądający się w każdym sztućcu pompatyczny ojciec głównej bohaterki (Corin Redgrave), śmieszy jej siostra-hipochondryczka (Sophie Thompson), która opowiada jak to fatalnie z nią jest zażerając się pasztetem. Jednak melancholia głównej bohaterki — jak również jej stopniowa przemiana — jest świetnie oddana poprzez mistrzowskie dopasowanie muzyki (głównie preludia Chopina i Bach). Świetna równowaga pomięddzy tym, co śmieszne, i tym, co smutne. Film pokazuje dystans Austen do sentymentalizmu i romantyzmu. No i zdaje test Bechdel! I porusza wątki feministyczne (decydowanie o sobie, dominacja mężczyzn w literaturze). No i ten list…

Oczywiście, zawsze polecam przeczytanie książki (zwłaszcza w oryginale — tłumaczenia Jane Austen na polski są nienajlepsze). Jednak film jest świetnym jej uzupełnieniem — a może zachęci kogoś do przeczytania oryginału?

Rybka

*Co ciekawe, sama MS nie zagrała jeszcze w żadnej adaptacji Jane Austen, choć grała w dość okropnej (i nadmiernie sentymentalizującej autorkę, która zawsze stawała po stronie zdrowego rozsądku i nierzadko gorzkiej ironii) “Zakochanej Jane”. Na wyrzekanie na ten film jeszcze przyjdzie czas.

**Nie mylić z koszmarną wersją z 2007 roku, w której zamiast najpiękniejszego listu miłosnego w historii literatury mamy maraton kalek po Bath i najobrzydliwszy pocałunek w historii brytyjskiej telewizji.

***Puryści przeyczepiliby się może tylko do tego, że “zły” bohater nie jest w filmie tak podły jak w książce.

Moim marzeniem jest, by kiedyś wszyscy znani mi faceci założyli coś takiego.