Oceniamy filmy po zwiastunie (i nie tylko) część 2, czyli noworoczne prognozy Współautora

Haha, sam nie wierzę, że to robimy, ale dzieje się: nie dość, że nie robimy żadnych podsumowań końcoworocznych (zawsze najbardziej mi się podobał sylwestrowy flesz na teleexpressie i nic tego nie pobije), to jeszcze typujemy filmy po zwiastunach, a i czasem zaryzykujemy, że już po trailerze widać, że będzie źle. No, ale jak napisała Ryba poprzednio, trza nam patrzeć w przyszłość. Ja się cieszę niezmiernie na parę tytułów: od nowego Nolana, przez powrót zjawiskowo pięknej Jennifer Connelly („Requiem dla snu”) po intrygujący „LEGO: Przygoda” i kolejną część „Igrzysk Śmierci (z nudów)”, która nabije nam punktów hejtingu na forach fanów „Hunger Games” i wywoła kolejne awantury z nieletnimi w komentarzach. Co z tego będzie — zobaczymy. Oczywiście, nie chcemy z góry skreślać żadnych filmów, jednak jak wierzę w pierwsze wrażenie w interakcjach międzyludzkich, tak sądzę, że w większości zwiastunów można się doszukać tego czegoś, co nam powie, czy warto iść do kina. W miarę możliwośći postaramy się zobaczyć wszystkie te filmy o których piszemy, z chęcią przyznamy się do błędu i za 365 dni zobaczymy, w których punktach mieliśmy rację, co bezpodstawnie skrytykowaliśmy, a gdzie pospieszyliśmy się z zachwytem. Oczywiście wszystko to robimy z przymrużeniem oka, więc proszę nas nie trzymać za słowo. No bo przecież frustracja rodzi się z nadmiernych oczekiwań. I może dlatego lepiej w tych prognozach być bardziej wybrednym niż zazwyczaj — w końcu lepszy pozytywny zawód, od gorzkiego rozczarowania. Ale do rzeczy.

Czytaj dalej

Dobry film: THOR – Mroczny świat

Źródło: cdn.fansided.com

Źródło: cdn.fansided.com

„Thor – The Dark World”

USA, 2013

reż. Alan Taylor

scen. Christopher Yost, Christopher Markus, Stephen McPhelly,

wyk. Chris Hemsworth, Tom Hiddleston, Natalie Portman,

Dawno nie byłem w multipleksie. Nie ukrywam, jako stały bywalec kin studyjnych, co wynika zarówno z moich filmowych preferencji, jak i możliwości finansowych, odzwyczaiłem się od gigantycznych sal, ekranów zasysających naszą uwagę niczym czarna dziura oraz rozmachu współczesnej sztuki filmowej. Tak, nie ma się co czarować, że obecne możliwości kin są potężnym ciosem dla wszelkich prób korzystania z niezbyt legalnych źródeł. Żaden stream (jeszcze?) nie zastąpi magicznej podróży na drugą stronę kinowego ekranu, oferującego jedyne w swoim rodzaju kinowe przeżycia. A że mainstreamowe kino – jak zwykle z reszą – ma nas nieustannie zaskakiwać, poziom technicznego dopieszczenia obecnych produkcji filmowych naprawdę poraża. Szczególnie, jeśli chodzi o kino akcji.

Ja sobie zaserwowałem terapię szokową i to od razu o mocy młota nordyckiego boga gromów, syna równie potężnego Odyna – Thora. Oto bowiem wielki powrót do multipleksu miał miejsce w Kuala Lumpur, w ogromnej galerii Times Square, gdzie znajduje się… rollercoaster. To tak, żeby poczuć o jakiej skali kina mowa.

Czytaj dalej

ZŁY film: Iluzja

NYSM

Now You See Me

USA 2013

reż. Louis Leterrier sc. Boaz Yakin, Edward Ricourt, Ed Solomon

wyk. Jesse Eisenberg, Mark Ruffalo, Woody Harrelson, Isla Fisher, Dave Franco, Mélanie Laurent, Morgan Freeman, Michael Caine

Niezobowiązująco, wakacyjnie, z wielką intrygą, mnóstwem pościgów i doborową obsadą? A pewnie! „Iluzja” od początku wyglądała na radosne kino klasy B, akuratne na koniec wakacji i miłe rozpoczęcie dnia. Takie, przy którym można spokojnie wyłączyć mózg i popijając piwo delektować się przepięknie nakręconym rozpieprzem, pościgami i wdziękami znanej z „Bękartów Wojny” Mélanie Laurent.

Pomysł jest i to całkiem niezły. Najpierw zbieranie ekipy. W tym przypadku nie jest to jednak parszywa dwunastka, ale czterech jeźdźców iluzjonistycznej apokalipsy: Mark Zuckenberg (Jessie Eisenberg), Nastoletnie Ciacho z „21st Jump Street” (Dave Franco),  Sierżant Keck z „Cienkiej czerwonej linii” (Woody Harrelson) i bliżej nieznana młódka (Isla Fisher), której kreację nasza pamięć kasuje natychmiast po wyjściu z kina. Każdy z nich jest specjalistą w swojej dziedzinie, dlatego mamy miecz Gimliego, łuk Orlano Blooma i pierścienie, z połączenia których nie otrzymujemy Kapitana Planety, ale – przy delikatnej inspiracji Tajemniczego Organizatora Całego Przedsięwzięcia – kwartet magików, zajmujący się się okradaniem banków w czasie pełnych rozmachu pokazów. Ich ofiarą pada m. in. milioner Arthur Tressler (Miachel Cane, czyli Alfred z Batmana Nolana), którego konta bankowe – jak się gdzieś wyzłośliwiano w necie – są chronione jak poczta na onecie. Ich sztuczki stara się rozgryźć sfrustrowany i łasy na kasę były-magik Theodorre (Morgan Freeman). Z kolei wszystkich – z różnym skutkiem, ale efektywność nadrabiają efektownością – ściga amerykańsko-francuski duet policjantów grany przez Mélanie Laurent i Marka Ruffalo (znanego z roli pomocnika Leonardo z „Shutter Island”).

Rozmachu filmowi nie brakuje, oj nie! Wodze niszczycielskiej fantazji zostają spuszczone z łańcucha i się dzieje, jak na wysokobudżetówkę przystało. Każdy kolejny show magików jest coraz większy, tak by osiągnąć finał, przy którym londyńska promocja Nokii Lumia deadmau5a, wygląda jak machanie migającą latarką pod kołdrą do dźwięków chili-zet. Do tego niezliczone pościgi samochodowe, wybuchy i eksplozje oraz kaskada – powiem to – świetnych efektów specjalnych. Wszystko to filmowane jest z fantazją i rozmachem iście hollywoodzkim, operator naprawdę daje z siebie i z kamery wszystko.

Całość ma być trzymającą w napięciu intrygą rodem z „Ocean’s 11” z wielką ilością trotylu i bajerancko-abrakadabrowym lukrem prosto z Harrego Pottera. Wątki się piętrzą, plączą, pełno ci tu zwrotów akcji i zaskoczeń. Policja cały czas ściga występujących w miejscach publicznych artystów-magików-złodziei, aż w końcu mamy wrażenie, że sami nie wiedzą za czym tak gonią. Fabuła gęstnieje, by potem odpuścić i znowu zewrzeć się, tak by przynieść w finale – a jakże – najmniej spodziewane, ale piękne, paryskie zakończenie. Na szczęście po „Koneserze” wiem już, że im mniej coś się klei, tym bardziej szokująca będzie próba utrzymania całości w kupie pod sam koniec.

I co z tego wyszło? No ZŁY nie jestem, bo wiedziałem z co się pakuję, jednak zdecydowanie przekroczono ustawowe normy niewiarygodności filmowej i zbyt daleko przesunięto granice szleństwa. W pewenym momencie robi się fantastycznie i ezoterycznie, a szkoda, bo samą intrygę z magikami-złodziejami by się świetnie oglądało. Mój mózg mimowolnie zaczął pracować, każąc mi liczyć kolejne fantazmaty reżysera, ale gwoździem do trumny jest fabuła, zakończenie, oraz fakt, że trzeba się z tym użerać prawie dwie godziny. Nie jest to jakiś koszmarek, ale ja chyba za mało piwa wypiłem na projekcji i nie chcę być odpowiedzialny, za ogłoszenie, że jest to DOBRY, relaksacyjny film na koniec wakacji.