DOBRY film: Pokot

z21351515IH,Kadr-z-filmu-Pokot-fot-materialy-prasowe.jpg

W sumie warto ten film obejrzeć tylko dla przebieranego balu grzybiarza (zdj. Gazeta.pl).

Wyszliśmy z kina dość skonsternowani. Widzieliśmy film DOBRY, a do tego nagrodzony w Berlinie Srebrnym Niedźwiedziem. Niemniej nie mogliśmy się oprzeć wrażeniu, ze jest to dzieło nierówne. Ze scenami doprawdy wyśmienitymi, jak choćby Mandat w stroju Wilka tańcująca z Wiktorem Zborowskim w przebraniu czerwonego kapturka na corocznym balu grzybiarza, a jednocześnie z kilkoma zupełnie niepotrzebnymi,  napięcie raz budowano niczym w skandynawskim dreszczowcu (w końcu to koprodukcja z m.in. Szwecją), a raz rozpływało się niczym mgła nad przecudną Kotliną Kłodzką. Doszliśmy do wniosku, że to taki film, po którym żałujemy, że nasze poglądy nie są bardziej na prawo, bo moglibyśmy mieć wtedy spore używanie. Niemniej mimo kilku mankamentów, najnowszy film Holland jest naprawdę dobry.

Czytaj dalej

ZŁY film: Pewnego razu

201611552_3_img_fix_700x700

Hej, stanę na wirsycku//Bedę dyrektorem, bedę dyrektorem!

Współautor po raz kolejny udzielił mi reprymendy: dalej nie napisałam o filmie, na którym byliśmy już prawie tydzień temu. Rzeczywiście, miałam duże problemy z napisaniem tej recenzji — i to nie dlatego, że film był tak ZŁY, że Słoń nie chciał mi oddać pieniędzy za bilet (w końcu jednak udało mi się go doprowadzić do bankomatu i wydobyć dług). Dlatego, że był tak nudny, że na samą myśl muszę się położyć. Teraz jednak wypiłam bardzo dużo kawy i mocnej herbaty — może tym razem się uda.

Czytaj dalej

Dobry szwedzki surreal: Przysiadł gołąb na gałęzi i rozmyśla o istnieniu

W świecie filmowym nazwisko Anderson mówi wiele. Dla chłopców mających nieszczęście dorastać w latach 90. to oczywiście amerykańska seksbomba, Pamela. Dla Współautorki pierwszym skojarzeniem będzie Wes („Grand Budapest Hotel”, „Kochankowie z księżyca”). Pamiętającym doskonałą kreację Philippa Seymoura Hoffmana z filmu „Mistrz” od razu przyjdzie do głowy Paul Thomas, lubujący się w nieco rozbudowanych formach. Tym razem jednak chodzi o Szweda, z dwoma „s” w nazwisku, który na co dzień kręci reklamy, dłuższe metraże czyni od święta, ale jak już się nie zabiera to z doskonałym efektem. „Gołąb…” będący jego opus magnum dostał rok temu Złotego Lwa na MFF w Wenecji.

Czytaj dalej

Dobry, choć bliski teatrowi telewizji film: Dyplomacja

Za: i.ytimg.com

Za: i.ytimg.com

Film jest srogim zaskoczeniem dla tych, którzy spodziewają się krwi, jatki i wojennej zawieruchy. W końcu podstawą jest dramat rozpisany właściwie jako dialog dwóch bohaterów, a jak mówi sam jeden z bohaterów „Jestem dyplomatą, a nie żołnierzem”. Fakt, są sceny walki, ale wojna jest raczej w tle, gdzieś na zewnątrz pokoju, w jakim toczy się akcja. Choć adaptacja sztuki Cyrila Gely koncentruje się właśnie na bardzo długiej rozmowie, jaką miał odbyć ówczesny poseł szwedzki (dzisiaj powiedzielibyśmy ambasador) z generał-gubernatorem Paryża w sierpniu 1944 r., gdy do stolicy Francji zbliżali się już alianci, wszyscy i tak znamy finał, a miejscami mamy poczucie, że oglądamy teatr telewizji, to jest to dobre kino, z cholernie interesującą historią w tle.

Czytaj dalej

Mr. Turner: DOBRY film w chmurach, falach i promieniach słonecznych

Za: domagalasiekultury.blog.pl

Za: domagalasiekultury.blog.pl

„Ten film o Turnerze, co o nim wszyscy mówią, ale u nas jeszcze nie grali” obejrzałam w bardzo odpowiednim miejscu: w chmurach, w blasku wschodzącego słońca; unosząc się wyżej i wyżej. Jest to jedno z nielicznych widzianych w  samolocie dzieł, które mi się podobały, i to mimo zatkanych uszu. Ale też nie ogląda się tego tak, jak zwykle ogląda się film. Pana Turnera ogląda się, jak serię obrazów.

Czytaj dalej

DOBRY: Pitch Perfect 2

Za: assets-s3.usmagazine.com

Za: assets-s3.usmagazine.com

Do ostatniej chwili walczyłem, żeby zmienić film. „Ej, wiem, że już wybraliście, ale może wybralibyśmy się na „Agentkę” (tyt. org. „Szpieg”, czemu nie można było PRZETŁUMACZYĆ PO BOŻEMU?)? Wiecie, Melissa McCarthy, Jude Law, Statham, szpiedzy, żarty, może w końcu dobra komedia o szpiegach…?” Nie. Film wybrany, bilety kupione, towarzysze sensu chcą musical, amen. Jedynki nie widziałem, zwiastun w stylu silnie sfeminizowanej fabularnej odpowiedzi na serial „Glee” nie zachęcał, więc postawiłem na tym piątkowym wieczorze krzyżyk… A tymczasem…

Czytaj dalej

Trzy dobre komedie ze Skandynawii

Trzy komedie z północnej Europy. A konkretniej z Danii, Szwecji i Norwegii. Jedna stara staroć, którą warto przypomnieć i dwie produkcje, które były do zobaczenia w Polsce w tym roku. Niby wszystkie trzy zaklasyfikowane jako komedia, ale każda z nich operuje innym poczuciem humoruDo wyboru do koloru: komedia kryminalna, czarna i taka-nie-do-końca-czarna. Nie brakuje też neonazistów, (sam Hitler się pojawia!), przemocy w szkole, dużej dozy dystansu do swoich nacji i momentów, gdy zadajemy sobie pytanie, co to do licha jest. Ale jest dobrze. I ciekawostka: w każdej z nich pojawia się wątek azjatycki, z czego w dwóch tak obecna ostatnio na tym blogu Indonezja.

Za: i.ytimg.com

Za: i.ytimg.com

Zacznijmy od filmu, który urzekł mnie swoim tytułem. Wyprodukowany w 2013 r. w Szwecji „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” zapowiadał dość pokręcone przygody geriatryków. Okazało się, że jest bardziej przaśno niż dziwnie, ale i tak nie można narzekać. Allan (Robert Gustaffson), tytułowy stulatek (choć aktor go grający jest młodszy od mojego ojca!), zirytowany nudą w domu spokojnej jesieni postanawia po prostu wyjść przez okno i uciec w świat. Po drodze zawija pewnemu neonaziście walizkę z kasą i dzięki pomocy przygodnie poznanego dróżnika Juliusa (Iwar Wiklander) stara się zgubić pościg wściekłych reprezentantów skrajnej prawicy. Po drodze dołączy do niego wybitnie nieogarnięty Benny (David Wiberg), student wszystkich możliwych kierunków, jedna kobieta i śmiercionośny słoń (że zwierzę).

Czytaj dalej

DOBRY, oj DOBRY film: Grand Budapest Hotel

[iheartthetalkies.com] | Wielki Budapeszt. Wielka Obsada.

[iheartthetalkies.com] | Wielki Budapeszt. Wielka Obsada.

The Grand Budapest Hotel

USA, Niemcy 2014

reż. Wes Anderson

scen. Wes Anderson, Hugo Guiness, zainspirowane twórczością Stefana Zweiga

wyk. Ralph Fiennes, Toni Revolori, Hilda Swinton i stała andersonowska zgraja

Dziś rano kończyłam moją pierwszą kawę — nie w kuchni  w piżamie z sasquachem, lecz kinie  w jeansach oraz bluzie z liskiem (na cześć twórczości reżysera). Już od pierwszych kadrów wiedziałam, że będę się dobrze bawić.

[sociaunt.com]

[sociaunt.com]

Ci, co mieli już do czynienia z twórczością Andersona, wiedzą, czego się spodziewać: pięknych, charakterystycznie skomponowanych kadrów, dziwacznego humoru, nostalgii,  zaskakująco krwawych elementów, tysiąca  niezwykle dopracowanych szczegółów, motocykli, tych samych aktorów, przykrótkich spodni. Tutaj dodatkowo mamy świetnie uknutą, zaszkatułkowaną fabułę (zaczyna się od – powiedzmy – teraz, skacze przez lata osiemdziesiąte, sześćdziesiąte, aż do trzydziestych dwudziestego wieku) oraz Zubrowkę, fikcyjne wschodnioeuropejskie państwo wchodzące niegdyś w skład Imperium [austro-węgierskiego]. Jak mogło mi się to nie podobać? W końcu takie fikcyjne ale znajome państwo występuje zarówno w jednym z moich ulubionych filmów (Starsza pani znika), jak i w ukochanej książce mojego dzieciństwa („Wiatr z księżyca” Eric Linklater, tłum. Andrzej Nowicki, bardzo, bardzo polecam).

Czytaj dalej

DOBRE Filmy z Warszawskiego Festiwalu Filmowego

Chyba się zaraziłem. Wiecie jak to jest?

Najpierw człowiek jedzie na duży i popularny festiwal. I odkrywa zupełnie nowy świat. Zostaje pochłonięty przez niesamowitą atmosferę, poznaje od groma nowych ludzi, którzy podobnie jak on, potrafią pomimo narastającego zmęczenia siedzieć cały dzien w kinie, tak by pod wieczór mieć w głowie jeden wielki misz-masz wszystkich obrazów, jakie się widziało. Do tego dochodzą drzemki w trakcie seansów, jakie na początku wydają się być młodemu kinomaniakowi grzechem najcięższym, a dopiero po jakimś czasie okazują się być nieodłączną częścią festiwalowego przeżycia. Etap drugi przynosi narastające rozczarowanie ulubionym festiwalem. Nabite punkty expa (ze slangu RPG – doświadczenia) budzą w człowieku odruchy zrzędzącego na wszystko konserwatysty (grumpy conservative, haha, nie jest to fachowy termin politologiczny, żeby nie było:D), że kiedyś to były filmy, atmosfera i ludzie, a teraz uzbrojona w iPhony gimbaza rości sobie prawa do bycia prawdziwym festiwalowiczem. No i przychodzi etap trzeci – odkrycie, że jest życie i fun poza naszą oazą, słowem – inne festiwale. Nerwowe szukanie dookoła jakichś większych eventów.

I tak dochodzimy do sposób radzenia sobie z jesienną depresją, powiosennym głodem kulturalnych imprez zaczynanych z rana piwem i odliczaniem czasu do ukochanego festiwalu. Nie ukrywam, po latach jeżdżenia na Kosakowe Pole i do Wrocławia postanowiłem zobaczyć, jak to robią inni. Wprawdzie Warszawa nie jest wcale tak blisko, ale za dużo czytałem ostatnio o Warszawskim Festiwalu Filmowym, by nie skorzystać. Jestem niestudiującym studentem (tzn. obroniłem się w czerwcu, ale do konca października br. korzystam z przywilejów studenckich), dlatego postanowiłem wybrać się na jeden dzień do powracającej do normalnego życia po gorączce referendum stolicy i sprawdzić, cóż tam puszczają.

Czytaj dalej

Zły Film: AmbaSSada

Źródło: Materiały prasowe

Źródło: Materiały prasowe

AmbaSSada

Polska 2013

reż. i scen. Juliusz Machulski

wyk. Magdalena Grąziowska, Bartosz Porczyk, Robert Więckiewicz, Adam Darski

To było trochę jak z moją wycieczką do Rosji, kiedy to pewnego środowego ranka dostałem od kolegi kilka minut na decyzję, czy lecimy na 10 kwietniowych dni do Moskwy. Bilety kosztowały 350 zł w obie strony, więc nie było nawet o czym gadać. Przedwczoraj, gdy dowiedziałem się, że mam podwójną wejściówkę na premierę „AmbaSSady” w Krakowie miałem równie mało czasu na przyjęcie oferty, jednak film za darmo i do tego ochlej i wyżerka na koniec? Problem miałem tylko z towarzystwem, bo Współautorka bloga wolała się wybrać na urodziny koleżanki, jednak w koncu się udało. Padło na E.

Biedna E. W sumie doskonale wyartykułowała moje obawy: „A czy to jest DOBRY film?” Kłopot polegał bowiem na tym, że w tym samym czasie mieliśmy iść na „Wszyscy w naszej rodzinie” Radu Jude, prezentowanego w ramach festiwalu kultury rumunskiej. No i lepiej iść na DOBRY film, ale za niego zapłacić, czy za darmaka wbijać na ZŁY? Nie ukrywam, napływające informacje nie napawały optymizmem. Tym bardziej, że miałem w pamięci poprzednie (dodajmy – nienajlepsze) dzieło Machulskiego, czyli „Kołysankę”. Stwierdziliśmy jednak, że poświęcimy się, a i ja przy tym skorzystam jako autor tego bloga, bo chywa więszkość z was idąc do kina będzie się raczej zastanawiała nad „AmbaSSadą” a nie jakiąś rumunską produkcją. I tak piątkowym wieczorem zdeptaliśmy czerwony dywan rozwinięty przed kinem Kijów.

O filmie było głośno od dawna. Wałęsa-Więckiewicz gra Hitlera, dyżurny obrazoburca kraju „Nergal” – Ribbentropa, a całość była przyrównywana kontrowersyjnością pomysłu do „Bękartów Wojny” Tarantino. Polacy robią komedię o Hitlerze i drugiej wojnie światowej. Świetnie, brawo za odwagę! Ale znacznie ciekawsze od pytania, czy potrafimy się śmiać z jednej z największych naszych traum narodowych, było to, czy potrafimy zrobić DOBRY film na ten temat? Czytaj dalej