Boska Florence: DOBRY film do rechotania

tumblr_o2p441zCFR1qcd8z7o1_500.gif

Już w pierwszych minutach filmu stwierdziliśmy, że nasze mamy świetnie będą się na tym bawiły (co jest dużym komplementem dla filmu – zarówno Mama Rybka, jak i Mama Słoń mają doskonałe poczucie humoru). Okazało się, że niedaleko padają jabłka od jabłoni: i my śmialiśmy się do rozpuku – ja dawno tak się w kinie nie uśmiałam, a Współautor dostał takiego ataku śmiechu, że rechotał długo po seansie i o mało co nie spadł ze schodów w Pałacu pod Baranami. A śmieszne było dlatego, że w odpowiednich chwilach wcale śmieszne nie było. 

Czytaj dalej

ZŁY film: Kamper

kamper

Od samego początku mieliśmy złe przeczucia. Współautor już chciał zwiać przed kasą, ja jednak go zatrzymałam: musi być recenzja, razem damy radę! Co masz oglądać po powrocie na ojczyzny łono, jak nie Polski film? Z nalepek wychodzi mi darmowy popcorn, jestem głodna! Zrezygnowany Słoń zakupił jeszcze oranżadkę z lekką zawartością piwa (która nas uratowała). Potem zaczęły się facepalmy i lekkie łkanie.

Czytaj dalej

DOBRY długi film, który ciągnie się jak życie, czyli „Boyhood”

źródło: populartvcantabria.com

źródło: populartvcantabria.com

Boyhood

USA 2014

reż. i scen. Richard Linklater

wyk. Ellar Coltrane, Patricia Arquette, Ethan Hawke, Lorelei Linklater

Usłyszałam wreszcie rozpaczliwe płacze Współautora, który w malezyjskich multipleksach cierpiał męczarnie z powodu nadmiaru ZŁYCH dystopijnych filmów dla młodzieży, podczas gdy ja nie dość, że zaklepałam najlepsze filmy, obejrzałam, ale ruszyłam w wakacyjne wojaże nie zostawiwszy zapasu recenzji. Teraz czas odpokutować.

Przed wyjazdem widziałam jeszcze jeden z najgłośniejszych filmów mijającego lata, czyli „Boyhood”. Jeszcze jest szansa zobaczyć go w kinach — kto nie widział, niech nie traci czasu. Na zachętę przytoczę słowa towarzyszek seansu, mianowicie „Ej, ale to jest DOBRE” oraz „To trwało prawie trzy godziny? Nie zauważyłam!”. Ja niestety szeptałam najbardziej, bo duża część filmu dzieje się w mieście mych lat dziecinnych i MUSIAŁAM za każdym razem podzielić się, że „TU BYŁAM!”, ” OOOOO! Patrz, tu CHYBA byłam na wycieczce szkolnej” albo „TU SĄ TAKIE FAJNE MOTYLE”. Jeszcze raz przepraszam towarzyszki.

Jak zapewne słyszeliście, film był kręcony i rozgrywa się na przestrzeni dwunastu lat. Wydaje się, jakbyśmy w czasie prawie rzeczywistym obserwowali życie chłopca i jego rodziny, będąc świadkami wszystkich ZŁYCH fryzur, pryszczy, perypetii rodzinnych, przeprowadzek i wycieczek, z których każda ma jakieś znaczenie, ale w sumie żaden etap nie jest dominujący. Przyzwyczajone do tradycyjnie opowiadanych historii przez prawie trzy godziny seansu wyczekiwałyśmy jakiegoś wielkiego nieszczęścia, decydującego momentu, tragedii, choroby, wypadku, czy czegoś podobnego, gdy tym czasem film składał się z wielu mniejszych, ważnych przeważnie w czasie ich trwania „momentów”, niektórych śmiesznych, niektórych smutnych, niektórych trochę strasznych, a niektórych banalnych.

źródło: motherjones.com | Film jest też o wizualnych bólach dorastania.

źródło: motherjones.com | Film jest też o wizualnych bólach dorastania.

Spostrzeżenia:

1) Ładny chłopczyk brzydnie do czasu, jak zaczyna niepokojąco przypominać swojego filmowego ojca.

2) Dlaczego starsza siostra zawsze musi być denerwująca?

3) Bardzo mi się podobało wykorzystanie hitów jako wskaźników na identyfikację czasu. Dzięki temu wiemy, że jak słychać „Somebody that I used to know”, to już niedługo koniec.

W skrócie: Warto zobaczyć.Nie jest to mój ulubiony film Linklatera (chyba nic nie przebije „Przed Wschodem Słońca”, nawet „Przed Północą”), ale film zdecydowanie DOBRY. Choć równie chętnie obejrzałabym film o każdej innej postaci.

Rybka

PS: Następny film tego reżysera ma być o baseballistach. Hmm…

Tak ZŁY, że nie sposób rozkminić: The Room

Dziś mamy  zaszczyt zaprezentować pierwszy (i, miejmy nadzieję, nie ostatni) gościnny post niejakiej Hadynianki, autorki bloga Rozkminy Hadyny, na którym zazwyczaj rozkminia książki (zachęcamy do zapoznania się z nim!). Dziś dla nas zajmie się pewnie BARDZO ZŁYM filmem, który ma szanse zostać NAJGORSZYM z opisywanych tu filmów.  

Oface

„The Room”

USA, 2003

scen. i reż. Tommy Wiseau

wyk. Tommy Wiseau, Greg Sestero

Oh hai, guys! Z tej strony autorka bloga Rozkminy Hadyny, ale tym razem zostałam poproszona o strzelenie recenzyjki The Room tutaj, skoro już się pochwaliłam, że oglądałam.

Niestety jednak obawiam się, że mogę nie sprostać zadaniu. Tego filmu nie da się rozkminić.

On kompletnie nie ma sensu.

Czytaj dalej

DOBRY film: Chce się żyć

Chce się żyć

Polska, 2013

reż. i scen. Maciej Pieprzyca

wyk. Dawid Ogrodnik, Kamil Tkacz

Siedzieliśmy w dobrze nam znanej sali w Kinie pod Baranami. Dziś była bardzo zatłoczona, zwłaszcza jak na czwartek — widocznie schronienie znaleźli tu zbiedzy z Festiwalu Conrada. Zaczęło się i byliśmy zachwyceni. Do czasu. Ale pozwólcie, że pochwalę zanim powybrzydzam.

Jak zapewne wiecie, film oparty jest na prawdziwej historii chłopaka z czterokończynowym porażeniem mózgowym, któremu po wielu latach udaje się udowodnić, że rozumie co się dookoła niego dzieje i „nie jest jarzyną”. Tyle wiemy z zapowiedzi. Na filmwebie złowieszczo zaetykietowano go „dramatem”, choć przez dużą (lepszą) część „Chce się żyć” jest komedią. No, dobra, komediodramatem. Jest pięknie nakręcony, estetyka taka trochę „sundanceowa”, ma świetnie dobraną muzykę, nie mówiąc już o wspaniałym aktorstwie. Dorota Kolak  i Arkadiusz Jakubik bardzo dobrze grają rodziców głównego bohatera, w którego mistrzowsko wcielili się Dawid Ogrodnik oraz jedenastoletni Kamil Tkacz. Co tu dużo mówić — odwalili kawał dobrej roboty i choćby dla nich dwóch warto się wybrać do kina.

Historia opowiedziana jest bez zbędnego patosu, świetnie łączy poważny temat z komizmem. Śmialiśmy się, wzruszaliśmy, a gdyby nie moje groźne spojrzenia w ciemnej sali to Współautor pewnie w kilku miejscach  wstałby i zacząłby klaskać. Choć zwykle jestem sceptycznie nastawiona do narracji w postaci głosu z offu w filmach, tutaj ta strategia sprawdziła się doskonale: podkreślała kontrast pomiędzy tym, jak widzą Mateusza inni, a jego ciekawymi — i zupełnie „normalnymi” — przemyśleniami, które mógłby mieć każdy z nas. Łączy się to z naszym głównym zastrzeżeniem do „Chce się żyć”. Przez pierwsze trzy czwarte swojej długości  jest to film bardzo uniwersalny — opowiada o problemach z wyrażeniem swoich myśli, o tym jak trudno zrozumieć, co siedzi w głowie bliźniego. Pod koniec niestety zaczyna się podkreślać „prawdziwość” tej historii, jakby widz już nie słyszał we wszystkich mediach, że to „film oparty na faktach”. Wydawało się, że nakręcono go, bo to historia ciekawego człowieka, jedak pod koniec okazuje się, że nakręcono go, bo to historia „celebryty”, konkretnego człowieka o którym napisano w gazecie

Czytaj dalej

Zły Film: Rewers

Źródło: itv.movie.eu

Nawet Bronisław ziewa na „Rewersie”. Źródło: itv.movie.eu

„Rewers”

Polska, 2009

reż. Borys Lankosz, scen. Andrzej Bart,

wyk. Agata Buzek, Marcin Dorociński, Krystyna Janda

Przyjrzyj mu się. Ale bezstronnie!

Mamy na tym blogu dziwną kategorię – „Formative Films”. Zawsze się trochę bałem tej etykietki, bo budziła ona we mnie lęk, że w pewnym momencie – gdy wylądujemy ze Współautorką na bezrobociu i zabraknie kasy na chodzenie do kina – blog stanie się takim kolejnym filmwebem czy IMDB; miejscem, gdzie będziemy pisać jedynie o starociach, tak żeby się wydawało, że impreza dalej trwa. Oczywiście, to tak pół-żartem pół-serio. Niedawno nastąpiła okoliczność, która pozwala mi zrobić wpis do tej właśnie specjalnej kategorii, stworzonej dla nienajnowszych filmów. „Formative Films” z założenia jest formą oddania czci tym produkcjom, które nas filmowo wychowały i ukształtowały nasz gust. Myliłby się jednak ktoś, gdyby sądził, że będą trafiać tu jedynie DOBRE filmy…

Wróćmy do tych specjalnych okoliczności. W jednym z niedawnych postów, poużywałem sobie trochę na drewniane dialogi w „AmbaSSadzie” czego najdobitniejszym wyrazem dla mnie był tekst: „pokiełbasiło cię?!”. Przez internety przetoczyła się fala oburzenia, która spowodowała, że ponad 70 proc. uprawnionych do głosowania Warszawiaków wolała zostać w domu i wdać się z nami w poważną dyskusję na pewnym portalu społecznościowym.

Wyjaśniając: OK – mea culpa, są ludzie, którzy wciąż mówią „pokiełbasić się” (podobno nawet Współautorka, ale nie wiem, czy należy ją traktować jako reprezentatywną próbę badawczą…), a i ja nie wyjaśniłem dostatecznie jasno, że problemem dialogów w najnowszym filmie Machulskiego są tyleż suche żarty, co zła gra aktorska i brak wyczucia jak się teraz mówi. Słowem – może i to „pokiełbasić” siadłoby, gdyby nie kontekst.

Wracając do awantury na fejsie – czara goryczy się przelała i autorowi poprzedniej recenzji dostało się za wszystkie grzechy, w tym za poprzednie, kontrowersyjne sądy o paru filmach, które zdaniem społeczności internetowej są DOBRE. No i wywołano wilka z lasu, bo padł tytuł „Rewers”, uznawany symbolicznie za moment założycielski tego bloga. Symbolicznie, bo choć nie ma recenzji tego filmu na naszym blogu, to jest to produkcja, która zdaniem autorów tego bloga zasługuje na miano jednej z najbardziej przecenionej w III RP. Pora nadrobić zaległość i jasno wyjaśnić, co naszym zdaniem zasługuje na taką etykietę.

Czytaj dalej

Zły Film: AmbaSSada

Źródło: Materiały prasowe

Źródło: Materiały prasowe

AmbaSSada

Polska 2013

reż. i scen. Juliusz Machulski

wyk. Magdalena Grąziowska, Bartosz Porczyk, Robert Więckiewicz, Adam Darski

To było trochę jak z moją wycieczką do Rosji, kiedy to pewnego środowego ranka dostałem od kolegi kilka minut na decyzję, czy lecimy na 10 kwietniowych dni do Moskwy. Bilety kosztowały 350 zł w obie strony, więc nie było nawet o czym gadać. Przedwczoraj, gdy dowiedziałem się, że mam podwójną wejściówkę na premierę „AmbaSSady” w Krakowie miałem równie mało czasu na przyjęcie oferty, jednak film za darmo i do tego ochlej i wyżerka na koniec? Problem miałem tylko z towarzystwem, bo Współautorka bloga wolała się wybrać na urodziny koleżanki, jednak w koncu się udało. Padło na E.

Biedna E. W sumie doskonale wyartykułowała moje obawy: „A czy to jest DOBRY film?” Kłopot polegał bowiem na tym, że w tym samym czasie mieliśmy iść na „Wszyscy w naszej rodzinie” Radu Jude, prezentowanego w ramach festiwalu kultury rumunskiej. No i lepiej iść na DOBRY film, ale za niego zapłacić, czy za darmaka wbijać na ZŁY? Nie ukrywam, napływające informacje nie napawały optymizmem. Tym bardziej, że miałem w pamięci poprzednie (dodajmy – nienajlepsze) dzieło Machulskiego, czyli „Kołysankę”. Stwierdziliśmy jednak, że poświęcimy się, a i ja przy tym skorzystam jako autor tego bloga, bo chywa więszkość z was idąc do kina będzie się raczej zastanawiała nad „AmbaSSadą” a nie jakiąś rumunską produkcją. I tak piątkowym wieczorem zdeptaliśmy czerwony dywan rozwinięty przed kinem Kijów.

O filmie było głośno od dawna. Wałęsa-Więckiewicz gra Hitlera, dyżurny obrazoburca kraju „Nergal” – Ribbentropa, a całość była przyrównywana kontrowersyjnością pomysłu do „Bękartów Wojny” Tarantino. Polacy robią komedię o Hitlerze i drugiej wojnie światowej. Świetnie, brawo za odwagę! Ale znacznie ciekawsze od pytania, czy potrafimy się śmiać z jednej z największych naszych traum narodowych, było to, czy potrafimy zrobić DOBRY film na ten temat? Czytaj dalej

DOBRY film: Królowie lata

Niby dla mnie wakacje się jeszcze nie kończą, jednak mój organizm chyba przyzwyczaił się, że jakoś teraz coś się kończy, lato odchodzi, nawłoć żółknie, zaraz na plantach trzeba będzie chodzić z parasolem w obawie nie przed gołębiami, lecz przed kasztanami. Akurat tak się złożyło, że Współautor wrócił znad jednego morza, ja znad innego, więc przed ponownym rozjechaniem się w przeciwne strony Europy, udaliśmy się na seans na pożegnanie lata. „Królowie lata” byli świetnym wyborem.

Czytaj dalej

ZŁY FILM: Po drugiej stronie snu

The other side of sleep

Irlandia, Holandia, Węgry 2011

reż. Rebecca Daly

wyk. Antonia Campbell-Hughes, Sam Keeley

Było ciemno, zimno,  burza, ulewa. Mieliśmy iść pod Barany na „Drugie Oblicze” (w końcu Gosling dobry na każdą pogodę…), ale z powodu trudnych warunków atmosferycznych nie dotarliśmy na czas, więc wybraliśmy się (mokrzy) do ARSu. A tam zamiast „Drugiego oblicza” „Po drugiej stronie snu*”. Chwilę zastanawialiśmy się co wybrać — ale  nie mieliśmy większego wyboru. Z jakiegoś dziwnego powodu właściwie żaden seans nie zaczyna się pomiędzy 19:10 a 21:00. A lało, więc uznaliśmy, że wybierzemy się na film Rebeki Daly, zwłaszcza, że Współautora zaintrygował plakat. Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak zbliżymy się do tytułowego snu…

Wszystko zaczyna się w lesie. Ten las to najlepsza część tego filmu. Nie ma to jak drzewa, śpiew ptaków, dywan z mchu. Na nim leżą dwie biało odziane irlandzkie dziewki. Jedna nie żyje, druga się budzi i za diabła nie wie co się stało. Mimo obiecującego początku, film (który mógłby być ciekawy, zwłaszcza gdyby był krótszy) wpada w pułapkę w którą wpada wiele filmów niezależnych** — próbuje oddać nudę i bezsens życia tak dobrze, że sam staje się nudny i bezsensowny.  Jest mycie zębów, jest wpatrywanie się w szybę z tępą miną, jest pijąca młodzież bez perspektyw. Klisze, klisze, klisze.  Co miało być głębokie, wyszło wtórne. Większość kadrów przedstawia cierpiętniczą minę bohaterki, albo tył głowy mytej pod kranem (jakiś product placement, czy co?). Główne dźwięki to jęki, płacz i dyszenie. Ale dla mnie jako anglistki była uciecha, bo jeśli ktoś mówił to słodkim irlandzkim akcentem.

Niestety, napięcie zbudowane w pierwszych dwudziestu minutach prędko ulatnia się, do tego stopnia, że jeszcze przed połową filmu Współautor zasnął i spał dość długo, aż nie obudził go trzask tłuczonych talerzy (który, zdaje się, wybudził większą część widowni). Ja nie zasnęłam tylko dlatego, że byłam po trzech kawach i — olaboga! — dlatego to ja piszę tę recenzję.

Ten film byłby lepszy, gdyby był krótkometrażowy.  Wszystko, co trzeba o nim wiedzieć jest w trailerze (jest tam też moja ulubiona scena — ciągnięcie za nogę  martwej kozy przez pastwisko nocą).

Rybka

*OK — to trochę moja wina, bo to ja sprawdzałam repertuar i byłam pewna, że w ARSie o 19.20 grali to z Goslingiem — każdy może się pomylić! Te tytuły są podobne!

**Wbrew pozorom bardzo lubię kino niezależne. Wolę niskobudżetowe produkcje — już niedługo dwie recenzje DOBRYCH filmów „indie”, a w jednym też się nic właściwie nie dzieje…

ZŁY FILM: Panaceum

„Smell the fart acting” albo dotarło do niego w jakiej szmirze gra

„Side Effects”

USA 2013

reż. Steven Soderbergh

wyk. Jude Law, Rooney Mara

Mogliśmy iść na polski film o transwestycie którego dziadek ma mroczny sekret, lecz coś nas podkusiło zaryzykować przedostatni film Soderbergha. Prawda, „Magic Mike” był głupotą silącą się na głębię, ale seria „Oceans 11” to miła rozrywka.  Z tego pierwszego została głupota siląca się na głębię i Channing Tatum, z tego ostatniego Catherine Zeta-Jones i konstrukcja (zagmatwana fabuła, pozory mylą, retrospekcje, pod koniec wszystko się wyjaśnia, zwroty akcji…), która była ciekawa w jego komediach sprzed parunastu lat, lecz teraz jest przewidywalna i nudna.

Podczas seansu (na którym, w przeciwieństwie do kilku osób, dotrwaliśmy do końca) co jakiś czas z ust jednego z nas wydobywały się przytłumiane komentarze w stylu „Po co?”, „Co to ma być?”, „To się nie trzyma kupy!”. To ostatnie najlepiej podsumowywuje film, zaczynając od tłumaczenia tytułu: co ma — zwłaszcza w kontekście całego filmu — panaceum do środków ubocznych? Co komu szkodziło napisać „efekty uboczne”? Przynajmniej coś by się tej kupy trzymało. Cały film jest mocno naciągany, z pistoletów Czechowa można wyposażyć arsenał, tragiczna scena (SPOILER)(SPOILERUJE)(SPOILERA) bo (SPOILER)* wywołała atak głośnego śmiechu u Współautora, a tłumiony chichot u niżej podpisanej. Dlaczego taka rozlazłość? Przecież reżyser ten ma na swym koncie dobre filmy! To wcale nie musiało być złe…

Obsada niezła, choć ja nie mogę zrozumieć jak to się stało, że Channing Tatum uchodzi ostatnio za superprzystojniaka. Jednak w tym filmie grają, jakby uczył ich Joey Tribbiani; zwłaszcza jeśli chodzi o ciągłe miny „smell the fart acting” — kto oglądał „Przyjaciół” to wie o co mi chodzi. Catherine Zeta jest koszmarna i to nie tylko wina okularów. Na Jude’a Law zawsze można popatrzeć, ale tu cały czas rozterki nim szarpią, tyleż mąk przeżywa, że nie warto dla niego iść na ten film, lepiej puścić „The Holiday” i oglądać jak jest panem serwetką. Jeśli ktoś jest fanem klaty Channinga, niech sobie puści Magic Mike’a, tylko bez fonii.  Jeśliby miało się pójść do kina ze względu na wdzięki Rooney Mara to lepiej puścić sobie … inny jej film.

Rybka

P.S. Jak wracałam z kina, spotkałam kolegę, któremu odradziłam pójście na ten film. Twierdząc, że mnie posłucha i nie boi się spoilerów, poprosił mnie o streszczenie. Jak to uczyniłam o mało nie spadł z roweru, a światło jego czołówki o mało mnie nie oślepiło.

*Pod spoilery można podłożyć wiele, bo sytuacja powtarzała się.