Dobry Film: Polowanie

Kiedy łowca staje się ofiarą... Mad Mads szaleje.

Kiedy łowca staje się ofiarą… Mad Mads szaleje.

Jagten

Dania, 2012

Thomas Vinterberg

wyk. Mads Mikkelsen, Thomas Bo Larsen

Kiedyś gdzieś (“Rolling Stone”) przeczytałem wywiad z twórcami South Parka. Pytanie dotyczyło tego, jaka tak naprawdę idea stoi za satyrą, która mieli w drobny mak wszystko – od Jana Pawła II do rudych. Odpowiedź była bardzo prosta i była mniej więcej taka: “Cóż, chcieliśmy pokazać, że wszystkie dzieciaki to tak naprawdę nieziemskie skurwysyny”.

Właśnie ten wywiad przypomniał mi się jak coraz bardziej się wciągałem w najnowszy film Vinterberga, na który polowałem (hehe) już od miesiąca. Otóż Klara zakochuje się w Lucasie (Mads Mikkelsen). Ten nie za bardzo ma ochotę odwdzięczyć uczucie uroczej blondynczki, z resztą nie ma co mu się dziwić – Lucas akurat romansuje z jedną z koleżanek z pracy, która okazuje się być Polką, ale o tym polski widz dowie się dopiero jak nasza rodaczka się zirytuje (tak, lepiej oglądać film bez lektora). Klara czuje się odrzucona, więc ze złości postanawia rzucić na poczciwego Lucasa dość poważne oskarżenie, jakoby miałaby między nimi istnieć jakaś forma erotycznej relacji. Cóż, nic by nie było w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że Klara ma… 7 lat.

No i zaczyna się cała historia. Lucas ma nieposzlakowaną opinię, Klara jest córą jego najlepszego przyjaciela (Thomas Bo Larsen), są procedury, śledztwo i przesłuchania, więc nie ma opcji, na pewno się wszystko wyjaśni, jednak coś w pewnym momencie wymyka się spod kontroli. Może w wyniku niedomówień, może z braku odwagi mieszkańców miasteczka, w każdym razie zaczyna się polowanie. I to takie najbardziej przerażające. Nie to z kategorii “zabili go i uciekł”, gdzie trzeba trochę pobiegać, powybuchać i pozabijać, by oczyścić się z zarzutów i udowodnić spisek FBI i Al-Kaidy. Nie, wrogiem nie są jednoski, ale społeczeństwo. I – co przeraża – nie mamy tutaj siedzących w swoich małych wyizolowanych domowych światkach zimnych Skandynawów, ale zintegrowaną małą społeczność, która – jak się wydaje – doskonale się zna i nie ma miejsca na takie barbarzyństwa.

Pamięć i wyobraźnia społeczna jest irracjonalna, odporna na argumenty – każdy wie swoje, ale egzekutorem nie jest jeden, realnie istniejący kat, ale bezosobowy, gęstniejący nastrój społeczny. Nikt nie jest winny, ale tu kamyk w okno, tam głowa konika do łóżka… A Lucas dramatycznie walczy o prawdę.

Skąd to znamy, pewnie, motyw stary jak świat – studium społecznej psychozy. Wystarczy wspomnieć doskonałe “Dogville” von Triera, gdzie jeszcze nienabotoksowana Nicole Kidman wpada w piekło małej wioseczki, której właściwie… nie ma (kto widział, wie, że piję do jakże bogatej scenografii filmu). Z resztą panowie von Trier i Vindenberg się znają, razem podpisywali w 1995 r. słynny manifest mający na celu uzdrowić światową kinematografię, czyli DOGMĘ 95. A skoro już jesteśmy przy plotkach, to dodajmy jeszcze, że reżyser jest kumplem Larsa Ulricha z Metallici, nakręcił im nawet klip do piosenki, słabej jak barszcz, no ale ja Metę to skończyłem ogarniać na Master of Puppets.

Jednak pomimo dość wyświechtanej tematyki, mam wrażenie, że film dużo wnosi do rzeczy. Mamy i męską przyjaźń, i – no jakby na to nie patrzeć – miłość, i trochę skandynawskiego oszołomstwa. Nie, dobra, z tym ostatnim to żarcik, ale dobrze wiedzieć, że nawet w tak idealnym społeczeństwe, z cywilizacyjnym superego, jaki Polska osiągnie w okolicach 2567 r., nie wszystko jest idealne. (Zainteresowanym polecam “Higienistów” M. Zaremby-Bielawskiego!)

Mads Mikkelsen… w końcu gra normalnego faceta. I ma okulary! Po księdzu-psychopacie (“Jabłka Adama”), szalonym wikinku-psychopacie, który dopływa do Ameryki przed Asteriksem (“Valhalla Rising”), psychiatrze-psychopacie (“Hannibal”, ale serial, nie film!) mordercy najfajniejszej laski Bonda (PO Ursuli Anders) czyli Vesper Lynd (Le Chiffre w “Casino Royal”, Eva Green – kocham!) byłem naprawdę ciekaw jak Mad Mads odnajdzie się w jakiejś z życia wziętej roli. I naprawdę daje radę.

Zakończenie – chyba… rozczarowuje. Ale to tylko pierwsze wrażenie. Po namyśle stwierdzam, że jednak jest bardzo dobre. Wymowne. Metaforyczne. I chyba tak trzeba je odczytywać. Są krzywdy, które nawet pomimo przebaczenia bolą jeszcze bardzo długo… A może oznacza to jedynie, że nie było mowy o prawdziwym przebaczeniu? A może… to jest ten moment, który czyni ten film naprawdę DOBRYM? I nie trzeba już dodawać, że “fabuła jest jaka jest, ale idźcie zobaczyć Madsa w okularach i świetne widoczki duńskiej jesieni i zimy”.

Słoń

P.S. A dla tych, którzy szukają DOBREGO filmu poruszającego problem pedofilii polecam austriackiego “Michaela”. Wcina.

Dobry Film: Stoker

stokcer

Stoker

USA, Wlk. Brytania 2013

reż. Chan-wook Park

wyk. M. Wasikowska, M. Goode, N. Kidman

Wiedziałem, że pójdę na ten film. Zobaczyłem trailer w kinie i czułem, że będzie dobrze. Tym bardziej, że dramatycznie potrzebowałem zobaczyć coś dobrego po katastrofie, jaką było “Panaceum”, o którym pisaliśmy parę postów temu. A zatem tytułem wstępu i rozjaśnienia z czym mamy do czyniania – reżyserem “Stokera” jest Chan-wook Park, którego kojarzyć możemy z sensacyjnej trylogii “Oldboy”. W roli głównej z kolei Alicja z Krainy Czarów Burtona, czyli australijska aktorka polskiego pochodzenia Mia Wasikowska (rocznik 1989, na Boga, jaka ona urocza!)

Powstał film piękny. Niezwykle estetyczny, subtelny. Główna bohaterka, osiemnastoletnia India Stoker, już na wstępie informuje nas, że ma ponadnaturalnie wrażliwy słuch. Ten mały szczegół jest konsekwentnie eksploatowany przez cały film przez dźwiękowców. Z pożytkiem dla naszego gustu i żądzy artystycznych wrażań. Czujemy się, jakbyśmy oglądali “Mikrokosmos”, słyszymy każdy szelest, skrobnięcie, tupanie chrabąszcza w trawie i przesuwanie palcami po stole. Ten pietyzm obrazowania połączony jest z cudowną muzyką, która doskonale buduje napięcie – scena gry na pianinie jest zapewne jedną z bardziej erotycznych, jaką widziałem w życiu. A uwierzcie – oni po prostu grają na pianinie! Już sama zajawka urzeka nas montażem, słowa falują w rytm obrazów, układając się tak, jakby były elementem świata przedstawionego. Rude włosy wiecznie młodej i nieco zabotoksowanej już Nicole Kidman, które płynnie przechodzą w łan traw są naprawdę majsterstykiem sztuki składania scen.

Te wszystkie zabiegi mają swoje uzasadnienie, nie jest to jedynie sztuka dla sztuki. Historia, jaką oglądamy jest dramatyczna, wciągająca, dbałość o uchwycenie detali pasuje do próby zrozumienia tego, co się dzieje na ekranie. A wiele rozgrywa się w psychice. Jest to psychologiczny thriller, gdzie oczywiście jest trochę przemocy – oswajamy się z dosadnością już na wstępnie, kiedy to India przekłuwa sobie odcisk na stopie – ale dużo się dzieje w naszych (i Indii) głowach. Realne zdarzenia przeplatane są marzeniami i snami. Subtelność i wysmakowanie formy podkreślają intymną, gęstniejącą wokół zdezorientowanej sytuacją Indii atmosferę, która z przerażaniem odkrywa, co tak naprawdę dookoła się dzieje. Czujemy, że tu chyba nie będzie happy-endu…

Gdzieś przeczytałem, że fabuła nie jest najmocniejszą stroną filmu. Umiera ojciec, nagle zjawia się tajemniczy, niewidziany od lat czarujący i elegancki stryjek, który nie dość że zjechał cały świat i gotuje jak Hannibal Lecter, to jeszcze dość jednoznacznie okazuje swoje zainteresowanie dorastającą bratanicą. Młódka jest skonsternowana, wokół zaczynają znikać ludzie, a jednocześnie powoli odkrywamy tragiczną historię sprzed lat, która ma swój ciąg dalszy zmierzający do – jak czujemy – mocnego finału.

Dlatego w sumie nie zdziwiła mnie konsternacja, jaka rozlała się po sali kinowej po seansie. Miałem wokół trochę znajomych i koniec końców zwyciężyła opinia, że trzeba się z tym filmem przespać. Ze zdumieniem przeczytałem wcześniej opinię, jaką znalazłem gdzieś w prasie, jakoby Park zrobił film graniczący z arcydziełem. Oj, nie sądzę. Nie zmienia to jednak mojej opinii, iż jest to film DOBRY. Ci, którzy spodziewają się zaskakującej i pełnej zwrotów akcji fabuły mogą się poczyć kapkę zawiedzeni. Ale tylko kapkę. Fabularna prostota nie zmienia mojej pełnej przekonania oceny, iż jest to film, na który warto iść. Wrażeń artystycznych z pewnością nie zabraknie!

Słoń