DOBRY film: Trzecia gwiazda

źródło: Filmweb

źródło: Filmweb

Third Star

Wielka Brytania 2010

reż. Hattie Dalton, scen. Vaughan Sivell

wyk. Benedict Cumberbatch, JJ Feild, Tom Burke, Adam Robertson

Przygotujcie chusteczki, nawet jeśli zwykle nie płaczecie w kinie czy przed telewizorem.

Czego się można spodziewać po filmie, w którego pierwszej minucie bohater mówi „Dziś są moje dwudzieste dziewiąte urodziny. Nie zobaczę trzydziestych”? Cóż, wielu rzeczy, ale niekoniecznie tak DOBREGO, pięknego, śmiesznego choć też bardzo smutnego i poruszającego filmu.

Czytaj dalej

DOBRY film: Królowie lata

Niby dla mnie wakacje się jeszcze nie kończą, jednak mój organizm chyba przyzwyczaił się, że jakoś teraz coś się kończy, lato odchodzi, nawłoć żółknie, zaraz na plantach trzeba będzie chodzić z parasolem w obawie nie przed gołębiami, lecz przed kasztanami. Akurat tak się złożyło, że Współautor wrócił znad jednego morza, ja znad innego, więc przed ponownym rozjechaniem się w przeciwne strony Europy, udaliśmy się na seans na pożegnanie lata. “Królowie lata” byli świetnym wyborem.

Czytaj dalej

DOBRY film: Na własne ryzyko

Fot. someshitwelike.com

Fot. someshitwelike.com

Safety Not Guaranteed

USA 2012

reż. Colin Trevorrov, scen. Derek Connolly

wyk. Aubrey Plaza, Mark Duplass. Jake Johnson

Zawsze chciałam strzelać do butelek w lesie gdy z tranzystora słychać syreny policyjne. Serio, serio.

Było zimno, padało, bolało mnie gardło, katar zablokował nos. Jedyne co byłam w stanie zrobić, to zaparzyć herbatę (od razu cały dzbanek), puścić film i rozwalić się w fotelu i — dosłownie, nie metaforycznie — wyciągnąć nogi. Wiedziałam, że jeśli puszczę DVD z jakimś serialem, to nie spocznę dopóki nie obejrzę jej całej, aż boharerka nie wygra wyborów, aż Ross powie nie to imię przy ołtarzu, aż nie okaże się, że każdy w otoczeniu bohatera jest szpiegiem lub póki nie zaryczę się z powodu śmierci mojej ulubionej pani prokurator. Przypomniałam sobie o filmie, który chciałam obejrzeć właśnie ze względu na aktorów, których znam z seriali: Aubery Plaza (cudownie cyniczna April z Parks and Rec.), Jake Johnson (Ciapa Nick z New Girl) i Mark Duplass* (rozwiązły położnik-szarlatan z The Mindy Project). Ten ostatni jest znany głównie jako aktororeżyseroproducent filmów niezależnych (głównie DOBRYCH), choć zagrał i w “Wrogu nr. 1” .

Ta kurtka. Ta fryzura. A to auto to DeLorean. Cały Kenneth nie do końca wrócił z przeszłości. |fot. impassioned.cinema.wordpress.com

Ta kurtka. Ta fryzura. A to auto to DeLorean. Cały Kenneth nie do końca wrócił z przeszłości. |fot. impassioned.cinema.wordpress.com

“Safety not guaranteed” był strzałem w dziesiątkę: było śmiesznie, było smutno, było dziwnie, było ładnie. Przede wszystkim jednak było uroczo. Jak pochwaliłam się Współautorowi, że to widziałam, okazało się, że i on widział był i podziela moją opinię na jego temat. Że go zacytuję: “Zdecydowanie [uroczy]!”.  Co w nim jest takiego (w filmie, nie Współautorze)?

Jest to chyba pierwszy film nakręcony na podstawie ogłoszenia drobnego z gazety. W 1997 roku w Backwoods Home Magazine ukazało się drobne ogłoszenie, że ktoś potrzebuje towarzysza do podróży w czasie, że trzeba wziąć własną broń i że jedzie się na własne ryzyko. “Safety not guaranteed” wychodzi od tego anonsu i pokazuje co by było, gdyby to nie był żart redakcji. Krótko o fabule. Cudownie niedopasowana społecznie Darius**(Plaza) jedzie jako jedno ze stażystów “pomagać” Nickowi Jeffowi (Johnson) w pisaniu artykułu o autorze tego ogłoszenia (Duplass). Czy jest on oszustem? Żartownisiem? Wariatem? A może naprawdę wierzy, że może się cofnąć w czasie? W rękach niejednego twórcy filmów wakacyjnych mógłby z tego wyjść gniot. Trevorrov i Connolly zrobili coś uroczego. Dodatkowo mamy dużo LASU, odniesienia do Star Wars i cierpki humor — czyli coś, co Rybki lubią najbardziej.

Film ma dużo wspólnego z podgatunkiem fimów niezależnych “mumblecore — w końcu Duplass*** to jedno z głównych nazwisk kojarzonych z tym nurtem. Choć w porównaniu ze stereotypowymi “mumblecorami” jest więcej akcji, jednak łączy je z nimi skupienie się na bohaterach. Ważniejsze od akcji są postacie oraz powody, dla których każda z nich chce się cofnąć w przeszłość (czy to za pomocą maszyny, czy za pomocą bardziej tradycyjnych metod).

Twórcy dobrze rozplanowali budżet. Choć jak na kino niezależne, nie był on całkiem mały ($750 000 — niedługo recenzja filmu za $125 000), ale i tak nic to w porównaniu z dużymi produkcjami****. Nie widać jednak małego budżetu. Piękne ujęcia, dobrzy aktorzy, śliczne krajobrazy stanu Waszyngton, dobre światło. A niskobudżetowy film o podróży w czasie mógłby wyglądać ko(s)micznie…

Dużą zaletą tego filmu jest to, że wymyka się klasyfikacji. Do ostatniej sceny nie wiadomo czy to film sci-fi, czy komediodramat , czy film psychologiczny, czy rom-com, czy trochę tego, trochę tamtego. Podoba mi się, że to jak niektóre wątki (niekoniecznie) domykają się tak jak się spodziewałam. Nie przytłaczają dominującce w wielu filmach o podróżach w czasie moralno-filozoficzno-fizyczne -rozważania  typu “czy będziemy mogli się zobaczyć w przeszłości?”, “co tu jest prawdziwe?” itp. Jest kilka nieścisłości i niedopracowań w tej dziedzinie (a może niektóre rzeczy są przemilczane bo są nieznane?), ale podczas oglądania filmu naprawdę nie zwraca się na to uwagi, historie poszczególnych bohaterów — zwłaszcza dwóch głównych — zbytnio wciągają. Zarówno ja, jak i Współautor jesteśmy lekko zawiedzeni zakończeniem. Nie chcę spojlerować — w sumie nie jest ZŁE — ale coś jest nie tak. Może pewne rzeczy lepiej, by pozostawały niepewne?

Tak czy siak polecam. Jest to dobry film na oglądanie w zdrowiu i chorobie, a zwłaszcza, gdy na zewnątrz szaro i smutno. Przyznam się, że oglądałam już ten film kilka razy, choć przewijałam przez wątek Nicka Jeffa, bo wkurza mnie gość ,  a najciekawszy i najbardziej uroczy jest wątek główny.

Rybka

*Bardzo go lubię, ale nie dojrzałam jeszcze na tyle, by się nie zaśmiać z tego nazwiska…

**Tylko dlaczego ma męskie  imię? Czyżby się bali, że gdyby nazwali ją Daria to MTV by ich pozwało?

***Dalej się śmieję.

**** “Wielki Gatsby” pochłonął ok. $ 105 000 000, w tym dużo poszło na jedwabne piżamy. Czasem odzywa się we mnie marksistowska ascetka i czuję się zgorszona szastaniem dolarami.

Czy mieszkanie zawalone starą elektroniką to znak, że ktoś buduje maszynę do podróży w czasie? Jeśli tak, to kilku członków rodziny Współautorki coś takiego knuje…

ZŁY FILM: Po drugiej stronie snu

The other side of sleep

Irlandia, Holandia, Węgry 2011

reż. Rebecca Daly

wyk. Antonia Campbell-Hughes, Sam Keeley

Było ciemno, zimno,  burza, ulewa. Mieliśmy iść pod Barany na “Drugie Oblicze” (w końcu Gosling dobry na każdą pogodę…), ale z powodu trudnych warunków atmosferycznych nie dotarliśmy na czas, więc wybraliśmy się (mokrzy) do ARSu. A tam zamiast “Drugiego oblicza” “Po drugiej stronie snu*”. Chwilę zastanawialiśmy się co wybrać — ale  nie mieliśmy większego wyboru. Z jakiegoś dziwnego powodu właściwie żaden seans nie zaczyna się pomiędzy 19:10 a 21:00. A lało, więc uznaliśmy, że wybierzemy się na film Rebeki Daly, zwłaszcza, że Współautora zaintrygował plakat. Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak zbliżymy się do tytułowego snu…

Wszystko zaczyna się w lesie. Ten las to najlepsza część tego filmu. Nie ma to jak drzewa, śpiew ptaków, dywan z mchu. Na nim leżą dwie biało odziane irlandzkie dziewki. Jedna nie żyje, druga się budzi i za diabła nie wie co się stało. Mimo obiecującego początku, film (który mógłby być ciekawy, zwłaszcza gdyby był krótszy) wpada w pułapkę w którą wpada wiele filmów niezależnych** — próbuje oddać nudę i bezsens życia tak dobrze, że sam staje się nudny i bezsensowny.  Jest mycie zębów, jest wpatrywanie się w szybę z tępą miną, jest pijąca młodzież bez perspektyw. Klisze, klisze, klisze.  Co miało być głębokie, wyszło wtórne. Większość kadrów przedstawia cierpiętniczą minę bohaterki, albo tył głowy mytej pod kranem (jakiś product placement, czy co?). Główne dźwięki to jęki, płacz i dyszenie. Ale dla mnie jako anglistki była uciecha, bo jeśli ktoś mówił to słodkim irlandzkim akcentem.

Niestety, napięcie zbudowane w pierwszych dwudziestu minutach prędko ulatnia się, do tego stopnia, że jeszcze przed połową filmu Współautor zasnął i spał dość długo, aż nie obudził go trzask tłuczonych talerzy (który, zdaje się, wybudził większą część widowni). Ja nie zasnęłam tylko dlatego, że byłam po trzech kawach i — olaboga! — dlatego to ja piszę tę recenzję.

Ten film byłby lepszy, gdyby był krótkometrażowy.  Wszystko, co trzeba o nim wiedzieć jest w trailerze (jest tam też moja ulubiona scena — ciągnięcie za nogę  martwej kozy przez pastwisko nocą).

Rybka

*OK — to trochę moja wina, bo to ja sprawdzałam repertuar i byłam pewna, że w ARSie o 19.20 grali to z Goslingiem — każdy może się pomylić! Te tytuły są podobne!

**Wbrew pozorom bardzo lubię kino niezależne. Wolę niskobudżetowe produkcje — już niedługo dwie recenzje DOBRYCH filmów “indie”, a w jednym też się nic właściwie nie dzieje…