(Dobry) Krakowski Festiwal Filmowy cz.I

Za: ocdn.eu

Za: ocdn.eu

Krakowski Festiwal Filmowy, najstarszy w tym kraju, a i jeden ze starszych na tym kontynencie ma swoją renomę. Mniej lub bardziej nieudolne rysunki znanych aktorów i reżyserów zdobiły (i dalej zdobią!) całą stolicę Małopolski, przypominając, że do niedawna trwało święto dokumentu, krótkiego metrażu i animacji, będące nieraz bramą do wielkich przeglądów kina. Pomimo wydźwięku kampanii promocyjnej, nie spodziewaliśmy się jednak zobaczyć (chociaż kto wie, może w przyszłości?) Arnolda Schwarzeneggera czy Jacka Nickolsona. Ale to przekora marketingowców — KFF to festiwal pełną gębą, z masą debiutów, młodych twórców i zaskakujących tematów. Jak to się udało? Cóż — DOBRZE!

Czytaj dalej

DOBRY film, ZŁY dokument: Szwedzka Teoria Miłości

ocdn.eu

Długo polowaliśmy na ten szwedzki dokument. W końcu się udało, a i upiekliśmy dwie pieczenie na jednym ogniu, bo w końcu odwiedziliśmy krakowską kinokawiarnię KIKA, w jakiej odbędzie się nasz urodzinowy kinderbal. Trochę wstyd się przyznać, że była to nasza pierwsza wizyta w tym uroczym zakątku… Posadziliśmy się zatem wygodnie na pufach w bocznej, kameralnej sali, by zobaczyć ładnie i dobrze zmontowany film, który niestety jest złym dokumentem. Skąd taki paradoks?

Czytaj dalej

DOBRY film: Słońce podczas burzy

źr. geeksnack.com | Cumberbatch czycha w Parku Jordana.

źr. geeksnack.com | Cumberbatch jako Liam Versatile czyha w Parku Jordana.

Już od roku czekam na premierę drugiej części mojej ulubionej sagi Świat Utracony (podobno druga część ma się nazywać Świat Utracony: Drugie Starcie Miłości). Niestety, premiera została odroczona ze względu na promocję nowego filmu Alana Rickmana i Kate Winslet (których nowy owoc współpracy zobaczymy niedługo — film o ogrodnikach francuskiego dworu!) oraz przez zapchany kalendarz Calisty Flockhart. Na pocieszenie oglądnęłam ostatnio inny film z dawną Ally McBeal — i to tym chętniej, że nie dość, że gra tam Benedict Cumberbatch, to jeszcze część filmu dzieje się w Krakowie. Poniżej możecie poczytać o najlepiej chronionej produkcji DOBREGO filmu. Są duchy, są podróże w czasie i park Jordana!

Czytaj dalej

DOBRE spotkanie z średnio DOBRYM filmem, czyli „Little Favour” na Offie i spotkanie z twórcami

źródło: solarmovie.tl

źródło: solarmovie.tl

Little Favour

Wielka Brytania 2013

reż. i scen. Patrick Victor Monroe

wyk. Benedict Cumberbatch, Paris Monroe, Nick Moran , Colin Salmon

I co tu począć z filmem, który przez pierwsze siedemnaście z dwudziestu dwóch minut przypomina brutalną reklamę Land Rovera lub gangsterskie spoty z „Ryśkiem z Klanu” przeciw znęcaniu się nad zwierzętami, zdaje się grać samymi kliszami thrillerów (zły Rusek, bicie po mordzie, opiekowanie się zagrożonym dzieckiem, błyszczące bryki itd.), po czym w ostatnich pięciu minutach robi taki plot twist, że miło?

Czytaj dalej

Dobry film: THOR – Mroczny świat

Źródło: cdn.fansided.com

Źródło: cdn.fansided.com

„Thor – The Dark World”

USA, 2013

reż. Alan Taylor

scen. Christopher Yost, Christopher Markus, Stephen McPhelly,

wyk. Chris Hemsworth, Tom Hiddleston, Natalie Portman,

Dawno nie byłem w multipleksie. Nie ukrywam, jako stały bywalec kin studyjnych, co wynika zarówno z moich filmowych preferencji, jak i możliwości finansowych, odzwyczaiłem się od gigantycznych sal, ekranów zasysających naszą uwagę niczym czarna dziura oraz rozmachu współczesnej sztuki filmowej. Tak, nie ma się co czarować, że obecne możliwości kin są potężnym ciosem dla wszelkich prób korzystania z niezbyt legalnych źródeł. Żaden stream (jeszcze?) nie zastąpi magicznej podróży na drugą stronę kinowego ekranu, oferującego jedyne w swoim rodzaju kinowe przeżycia. A że mainstreamowe kino – jak zwykle z reszą – ma nas nieustannie zaskakiwać, poziom technicznego dopieszczenia obecnych produkcji filmowych naprawdę poraża. Szczególnie, jeśli chodzi o kino akcji.

Ja sobie zaserwowałem terapię szokową i to od razu o mocy młota nordyckiego boga gromów, syna równie potężnego Odyna – Thora. Oto bowiem wielki powrót do multipleksu miał miejsce w Kuala Lumpur, w ogromnej galerii Times Square, gdzie znajduje się… rollercoaster. To tak, żeby poczuć o jakiej skali kina mowa.

Czytaj dalej

DOBRE przedstawienie: „Frankenstein”

Frankie-2-Image-Text

źródło: sharmillfilms

Frankenstein (Royal National Theatre)

Wielka Brytania, 2011

reż. Danny Boyle, scen. Nick Dear (na podstawie powieści Mary Shelley)

wyk. Benedict Cumberbatch, Jonny Lee Miller, Naomie Harris

Rok 1963 to był ważny rok: urodzili się moi rodzice i Quentin Tarantino, zabito Kennediego, BBC nadało pierwszy odcinek serialu Doctor Who, a w Londynie powstał National Theatre. Z okazji pięćdziesięciolecia tego ostatniego wydarzenia w kinach całego świata można zobaczyć niektóre z ich nagranych spektakli, w tym „Makbeta” i „Frankensteina”. Rzecz jasna przedstawienie oglądane na dużym ekranie to nie to samo, co na żywo na scenie, jednak skoro nie pojawiła się u mnie (na razie) niebieska budka telefoniczna, która zawiozłaby mnie do Londynu gdzieś między lutym a majem roku 2011, z radością zadowoliłam się możliwością* oglądnięcia transmisji w krakowskim kinie Mikro (grają to jeszcze 8.12! Rezerwujcie bilety póki są!).

Choć zwykle nie piszemy tu o sztukach, ja skorzystam z faktu, że bądź co bądź to przedstawienie widziałam w kinie oraz z tego, że Współautor już pewnie śpi lub znowu imprezuje na jakimś malezyjskim wieżowcu i nie może mnie pilnować. Najpierw kilka ciekawostek. To przedstawienie istnieje w dwóch wersjach** — w jednej w Stworzenie wciela się łysy Jonny Lee Miller, a w Wiktora Frankensteina naturalnie ryży Benedict Cumberbatch, w drugim jest na odwrót. Ja widziałam „pierwszą” wersję. Koleżanka, która obejrzała obie wersje zarzeka się, że ta jest lepsza, więc jej wierzę. Nie oznacza to oczywiście, że przy najbliższej sposobności nie popędzę zobaczyć drugiej! Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie opisała kolejnej ciekawostki związanej z wymienionymi aktorami: obaj zdolni panowie grają obecnie Sherlocka Holmesa w dwóch różnych — acz w obu DOBRYCH — serialowych modernizacjach opowieści Arthura Conan Doyle’a. 

Czytaj dalej

DOBRY film: Chce się żyć

Chce się żyć

Polska, 2013

reż. i scen. Maciej Pieprzyca

wyk. Dawid Ogrodnik, Kamil Tkacz

Siedzieliśmy w dobrze nam znanej sali w Kinie pod Baranami. Dziś była bardzo zatłoczona, zwłaszcza jak na czwartek — widocznie schronienie znaleźli tu zbiedzy z Festiwalu Conrada. Zaczęło się i byliśmy zachwyceni. Do czasu. Ale pozwólcie, że pochwalę zanim powybrzydzam.

Jak zapewne wiecie, film oparty jest na prawdziwej historii chłopaka z czterokończynowym porażeniem mózgowym, któremu po wielu latach udaje się udowodnić, że rozumie co się dookoła niego dzieje i „nie jest jarzyną”. Tyle wiemy z zapowiedzi. Na filmwebie złowieszczo zaetykietowano go „dramatem”, choć przez dużą (lepszą) część „Chce się żyć” jest komedią. No, dobra, komediodramatem. Jest pięknie nakręcony, estetyka taka trochę „sundanceowa”, ma świetnie dobraną muzykę, nie mówiąc już o wspaniałym aktorstwie. Dorota Kolak  i Arkadiusz Jakubik bardzo dobrze grają rodziców głównego bohatera, w którego mistrzowsko wcielili się Dawid Ogrodnik oraz jedenastoletni Kamil Tkacz. Co tu dużo mówić — odwalili kawał dobrej roboty i choćby dla nich dwóch warto się wybrać do kina.

Historia opowiedziana jest bez zbędnego patosu, świetnie łączy poważny temat z komizmem. Śmialiśmy się, wzruszaliśmy, a gdyby nie moje groźne spojrzenia w ciemnej sali to Współautor pewnie w kilku miejscach  wstałby i zacząłby klaskać. Choć zwykle jestem sceptycznie nastawiona do narracji w postaci głosu z offu w filmach, tutaj ta strategia sprawdziła się doskonale: podkreślała kontrast pomiędzy tym, jak widzą Mateusza inni, a jego ciekawymi — i zupełnie „normalnymi” — przemyśleniami, które mógłby mieć każdy z nas. Łączy się to z naszym głównym zastrzeżeniem do „Chce się żyć”. Przez pierwsze trzy czwarte swojej długości  jest to film bardzo uniwersalny — opowiada o problemach z wyrażeniem swoich myśli, o tym jak trudno zrozumieć, co siedzi w głowie bliźniego. Pod koniec niestety zaczyna się podkreślać „prawdziwość” tej historii, jakby widz już nie słyszał we wszystkich mediach, że to „film oparty na faktach”. Wydawało się, że nakręcono go, bo to historia ciekawego człowieka, jedak pod koniec okazuje się, że nakręcono go, bo to historia „celebryty”, konkretnego człowieka o którym napisano w gazecie

Czytaj dalej

DOBRY Film: Dziewczynka w Trampkach

Po co siedzieć w samochodzie/ lepszy rower - jeździć w (wiatru) chłodzie

Po co siedzieć w samochodzie/ lepszy rower – jeździć w (wiatru) chłodzie!

„Wadjda”

Arabia Saudyjska/Niemcy, 2012

reż. Haifaa Al-Mansour

wyk. Waad Mohammed, Reem Abdullah, Abdullrahman Al Gohani

Ileż ja się musiałem naczekać na ten film! No ale w końcu się udało i to – ku mojemu zaskoczeniu – ktoś mądry postanowił przybliżyć ten tyleż niezwykły, co po prostu DOBRY obraz publice nad Wisłą. Bardzo serdecznie za to dziękuję, bo nie musiałem kopać w otchłani sieci, ale kulturalnie mogłem przejść się do chłodnego kina.

W ogóle –  kino jest naprawdę dobrym pomysłem na ten skwar! No chyba, że padnie klima, tak jak to się często dzieje w krakowskich tramwajach. Zawsze pozostaje oczywiście rower, choć przeciskanie się w tym skwarze między smażącymi się na patelni asfaltu samochodami bywa… hm… uciążliwe? Wadjda – główna bohaterka filmu – nie ma jednak takich dylematów. Musi kupić rower i tyle.

Życie w krajach pierwszego świata, z wszystkimi wygodami i komfortami rodzi jednak paskudnie głupie problemy, jak choćby te związane z działaniem klimy w miejscach publicznych. Nie żebym zamienił się z saudyjskimi dziewczynkami, ale… wiecie o co chodzi;)

Zanim o tej upartej dziewoi w wieku 11 lat, najpierw słów parę o kulisach. Nie ukrywam, robię w tym przypadku duży wyjątek, gdyż film to film, a nie to, co się dzieje wokół niego dzieje. Ale trzeba przyznać: „Dziewczynka w trampkach” ma świetną prasę. Jest to pierwszy film nakręcony przez kobietę w całości w Arabii Saudyjskiej. Podobno powstawał aż 5 lat. No i fabuła – historia nastoletniej (no, to tak na wyrost, bo nastolatkiem to się podobno zostaje dopiero po skończeniu 13 lat) buntowniczki, która ostentacyjnie łazi w all-starach niesustannie badając granice cierpliwości ummy (arab. أمة, pol. społeczność muzułmańska). A że jeszcze chce jeździć na rowerze w Arabii Saudyjskiej, czyli jedynym kraju NA ŚWIECIE, gdzie kobiety nie mogą prowadzić samochodu (była taka jedna, co spróbowała), a zagraniczna turystka, która poszła na policję zgłosić gwałt została zatrzymana za posiadanie w hotelu alkoholu i seks przed ślubem? Pełna egzotyka z wątkiem muzułmańsko-feministycznym?

Nie. Zazaczam to wyraźnie, już na wstępie – „Dziewczynka w trampkach” nie popada w żadne schematy, uproszczenia i jednostronność. Jest to w sumie pogodna i świetnie opowiedziona historia dziejąca się w cholernie porąbanym – z naszej euroepejskiej perspektywy – kraju, z całym bogactwem elementów. Jako politolog, mogący za parę dni pochwalić się glejtem uzyskanego (miejmy nadzieję) tytułu magistra, kusi mnie niemało, by wysmażyć tutaj całe tło historyczne czy przytoczyć historię z mojego pobytu z Syrii, gdy jeden mały agent chcący mnie nawrócić na islam jednocześnie zastrzegł, żebym niegdy w życiu nie jechał do Arabii Saudyjskiej, bo jest tam hardkorowo. Z całą mocą powstrzymuję się, ale jednocześnie usprawiedliwiam – w tej prostej historii osadzonej w Rijadzie jest tyle wątków i historii, że aż ciężko to zliczyć. Część z nich jest jedynie subtelnie zaznaczona. I choć rejestrujemy je, to nie mamy poczucia przesycenia, bo cała fabuła jest naprwdę bardzo sprawnie poprowadzona, z suspensami, momentami dramatycznymi i radosnymi i doskonałą, acz nieinwazyjną muzyką w tle.

Motywem przewodnim jest próba realizacja marzeń przez Wadjdę. Mission: „Kupić rower” jest o tyle impossible, że nie dość, że „dziewczyny nie jeżdżą na rowerze”, to jeszcze za wehikuł trzeba trochę zabulić. Jedno trochę wynika z drugiego, bo choć rodzina nie klepie biedy, to argumenty teologiczno-moralne wspierają te ekonomiczne. W końcu zawsze są ważniejsze wydatki.

Wadjda jest cwaniarą jakich mało, dlatego tu sprzedaje jakieś bransoletki, tam pobierze podwójną opłatę za fatygę. Tak więc grosik do grosika… Jednak jest tego za mało. Tymczasem nadarza się super okazja – konkurs recytacji Koranu. Nagroda do zgarnięcia w zupełności wystarcza na rowerek, no ale Wadjda – delikatnie rzecz ujmując – ma do tego, jak na saudyjskie standardy, dość olewczy stosunek. Trzeba jednak zagryźć zęby, bo taka okazja może się nie nadarzyć prędko.

Film ten z łatwością mógł popaść w mniej lub bardziej delikatne ukazywanie absurdów tamtej kultury. Na szczęście udało się tego uniknąć. Co więcej reżyserka niezwykle zręcznie miesza wątki komediowe z poważnymi, dzięki czemu cały obraz nabiera niezwykłego autentyzmu, za którym tak często tęskni widz polskiego kna. Jest bardzo przekonujący, bo z całą gamą barw pokazuje życie, które składa się zarówno z trosk jak i radości. Przy okazji, film jest naprawdę śmieszny! Ma się wręcz czasami wrażenie, że puszczane jest oko do Zachodniego widza, który nieobeznany z realiami wahabickiej Arabii Saudyjskiej czuje się dosyć skonsternowany tamtejszymi ultrakonserwatywnymi obyczajami. Proszę przykład: Wadjda wywraca się na rowerze, krzyczy z bólu po czym następuje taka wymiana z przybiegającą na pomoc mamą:

– Aaa, mamo! Krew!

– Wadjda! Co… Co z Twoim dziewictwem?!

– Mamo! Z kolana!

Czyż nie urocze? Cała sala miała niemałą radość. Z drugiej strony, mamy niezwykle poruszającą scenę recytowania Koranu. Uwierzcie mi – ciarki przechodzą. Nie chcę Wam za bardzo psuć zabawy, idżcie i zobaczcie, ale jak dla mnie ta scena to absolutny majstersztyk, czyniący z „Dziewczynki w trampkach” naprawdę DOBRY film. Z jednej strony jest to świetna pod względem arystycznym scena – po prostu rozpłynąć się można słuchając melodyjnego i przejmującego śpiewu 11-latki. Z drugiej strony wyrywa nas z – jak mi się wydaje – mogącego pojawić się w nas podczas seansu poczucia, że ten społeczny porządek oparty na religii i patriarchacie jest kompletnie bezsensowny i szkodliwy dla chcących się emancypować jednostek. Może i dla nas, postkapitalistycznych demoliberałów taki  jest, ale ten moment dobitnie ukazuje, jak istotnym punktem odniesienia dla Wadjdy jest religia. Jej bunt ma charakter w dużej mierze ograniczony, co wynika nie tyle z wieku, co przekonania o słuszności na pewnym poziomie zasad, które rządzą jej światem.

W „Dziewczyce w trampkach” mamy całe spectrum postaci, postaw i zachowań. Wątek koraniczno-rowerowy, idzie w parze z problemami zawodowymi i emocjonalnymi matki; tajemnicą pani nauczycielki, którą odwiedza nocą ‚złodziej’; a nawet wielką polityką. To, jak te wszystkie skomplikowane historie zostały przedstawione, odzwierciedlając niezmierne bogactwo życia w tej konkretnej kulturze o konkretnym czasie w ramach prostej, ale cholernie wciągającej historii jednej uparciuchy, która sobie ubzdurała, że musi mieć rower, zasługuje na najwyższą ocenę na tym blogu.

Czyli DOBRĄ.

Słoń

P.S. Wam też się łezka w oku kręciła pod koniec filmu? Nie jest to urocze?