Amatorzy adaptacji #1: Wiele hałasu o nic (1993), czyli DOBRY początek cyklu

źródło: faustineisgone.com

źródło: faustineisgone.com

Zaczynamy nowy cykl pt. „Amatorzy adaptacji”, żeby jedno z nas miało wymówkę do obsesyjnego oglądania ekranizacji ulubionych książek. W ramach niego będziemy omawiać i porównywać kilka(naście?) adaptacji jednego dzieła literackiego. W ramach niego będziemy omawiać i porównywać kilka(naście?) adaptacji jednego dzieła literackiego.Raz na jakiś czas omawiamy jedną klasyczną (tj. korzystającą w miarę dosłownie z tekstu oryginalnej sztuki) adaptację, a później zajmiemy się modernizacjami (czyli wersjami, w których nie tylko realia, ale i język są dostosowywane do współczesnych norm).  Na pierwszy ogień idzie szekspirowska komedia „Wiele hałasu o nic”. 

borg

źródło: borg.com

Much Ado About Nothing

Wielka Brytania/USA 1993

reż. i scen. Kenneth Branagh (na podstawie sztuki Williama Szekspira)

wyk. Emma Thompson, Kenneth Branagh, Kate Beckinsale, Robert Sean Leonard (i cała stała Branaghowska zgraja )

Na początek co nieco o samej sztuce. Jest to chyba obok „Snu nocy letniej” moja ulubiona komedia Szekspira, w której występuje w jedna z moich ukochanych bohaterek literackich, czyli Beatrice (w którymś ze starszych polskich tłumaczeń Beatryx, czy też Beatrycze). Jest błyskotliwa, niezależna, cięta i cudownie złośliwa (zwłaszcza wobec niejakiego Benedicka — nie Benedicta). Moim zdaniem dostają jej się najlepsze kwestie, np. Ten co ma brodę nie jest już młodzieńcem, a ten bez brody jeszcze nie mężczyzną. Gdy już nie młodzian, to mąż już nie dla mnie; gdy nie mężczyzna jeszcze, to ja nie dla niego (wybaczcie podłe tłumaczenie, nie mam polskiego przekładu pod ręką).

Czytaj dalej

DOBRY film: Austenland

źródło: atthecinema

źródło: atthecinema.com

Austenland

USA, Wielka Brytania 2013

reż. Jerusha Hess, scen. Jerusha Hess i Shannon Hale (na podstawie książki tej ostatniej)

wyk. Keri Russell, JJ Feild, Jennifer Coolidge, Jane Seymour

Czytelnicy czytający tego bloga półregularnie mogli się już zorientować, że bardzo lubię książki (i adaptacje) Jane Austen. Ci z pośród nich, co znają mnie osobiście, a co gorsza są ze mną spokrewnieni, tym bardziej. Jak podczas „Tygodnia w kostiumie” na zaprzyjaźnionym blogu Pulpozaur Joanna Kucharska wspomniała o filmie Austenland, wiedziałam, że muszę to zobaczyć. Zwłaszcza, że dawno, dawno temu (chyba zamiast się uczyć do matury…) przeczytałam książkę, na której opiera się reżyserski debiut Jerushy Hess. W skrócie: fanka prozy Jane Austen jak i — przede wszystkim — adaptacji BBC z Colinem Firthem wydaje wszystkie oszczędności, by spędzić kilka tygodni w ośrodku, który ma do złudzenia przypominać świat z czasów Autorki. To mogło być ZŁE, a wyszedł uroczy eskapistyczny (pozornie)anty-eskapistyczny film.

Czytaj dalej

DOBRY film: Ida

źródło: filmweb

źródło: filmweb

„Ida”

Polska, Dania 2013

reż. Paweł Pawlikowski

scen. Paweł Pawlikowski i Rebecca Lenkiewicz

wyk. Agata Trzebuchowska, Agata Kulesza, Dawid Ogrodnik

Gdy w latach sześćdziesiątych „Rękopis znaleziony w Saragossie” Jerzego Hasa stał się na chwilę popularny wśród bohemy San Francisco, chwalono jego twórców za to, że podczas gdy w Hollywood kręcono już filmy w kolorze, oni zdecydowali się zastosować piękną biel i czerń. Sam reżyser przyznał potem, że to nie estetyka, lecz finanse pokierowały tym wyborem. Współcześnie oczywiście finanse nie grają już (w tym przypadku) takiej roli. „Odkolorowanie” filmu jest już świadomym wyborem artystycznej strategii, która może dodawać całości uroku (jak np. w „Zakochani widzą słonie” czy w tegorocznej „Frances Ha„) lub sprowadzić film głębiej w otchłań kinematograficznej pretensjonalności (stali czytelnicy tego bloga dobrze wiedzą o co nam chodzi). W przypadku „Idy” na szczęście nastąpiło to pierwsze.

Dlaczego pisząc o nowym filmie Pawła Pawlikowskiego napominam o „Zakochanych widzących słonie” i o „Rękopisie znalezionym w Saragossie”? Nie tylko dlatego, że ten pierwszy ma w tytule ulubione zwierzę Współautora, ani dlatego, że według mnie „Rękopis…” to film tak DOBRY, że jeśli go nie widzieliście, to powinniście rzucić wszystko i go NATYCHMIAST obejrzeć. Wpominam o tym głównie dlatego, że polsko-duńska „Ida” jest świetnym połączeniem estetyki polskiej szkoły filmowej z duńskimi filmami w których się mało mówi. Piękne kadry. Świetne połączenie wewnętrznych dramatów ze szlagierami typu „Rudy, rudy rydz”. No i przede wszystkim świetna rola Agaty Kuleszy w roli Wandy Gruz, która kradnie każdą scenę w której jest (zwłaszcza jedną — ci z Was którzy widzieli wiedzą o którą mi chodzi, ci którzy to mają przed sobą to z łatwością rozpoznają ją w kinie).

Czytaj dalej

Zły Film: Rewers

Źródło: itv.movie.eu

Nawet Bronisław ziewa na „Rewersie”. Źródło: itv.movie.eu

„Rewers”

Polska, 2009

reż. Borys Lankosz, scen. Andrzej Bart,

wyk. Agata Buzek, Marcin Dorociński, Krystyna Janda

Przyjrzyj mu się. Ale bezstronnie!

Mamy na tym blogu dziwną kategorię – „Formative Films”. Zawsze się trochę bałem tej etykietki, bo budziła ona we mnie lęk, że w pewnym momencie – gdy wylądujemy ze Współautorką na bezrobociu i zabraknie kasy na chodzenie do kina – blog stanie się takim kolejnym filmwebem czy IMDB; miejscem, gdzie będziemy pisać jedynie o starociach, tak żeby się wydawało, że impreza dalej trwa. Oczywiście, to tak pół-żartem pół-serio. Niedawno nastąpiła okoliczność, która pozwala mi zrobić wpis do tej właśnie specjalnej kategorii, stworzonej dla nienajnowszych filmów. „Formative Films” z założenia jest formą oddania czci tym produkcjom, które nas filmowo wychowały i ukształtowały nasz gust. Myliłby się jednak ktoś, gdyby sądził, że będą trafiać tu jedynie DOBRE filmy…

Wróćmy do tych specjalnych okoliczności. W jednym z niedawnych postów, poużywałem sobie trochę na drewniane dialogi w „AmbaSSadzie” czego najdobitniejszym wyrazem dla mnie był tekst: „pokiełbasiło cię?!”. Przez internety przetoczyła się fala oburzenia, która spowodowała, że ponad 70 proc. uprawnionych do głosowania Warszawiaków wolała zostać w domu i wdać się z nami w poważną dyskusję na pewnym portalu społecznościowym.

Wyjaśniając: OK – mea culpa, są ludzie, którzy wciąż mówią „pokiełbasić się” (podobno nawet Współautorka, ale nie wiem, czy należy ją traktować jako reprezentatywną próbę badawczą…), a i ja nie wyjaśniłem dostatecznie jasno, że problemem dialogów w najnowszym filmie Machulskiego są tyleż suche żarty, co zła gra aktorska i brak wyczucia jak się teraz mówi. Słowem – może i to „pokiełbasić” siadłoby, gdyby nie kontekst.

Wracając do awantury na fejsie – czara goryczy się przelała i autorowi poprzedniej recenzji dostało się za wszystkie grzechy, w tym za poprzednie, kontrowersyjne sądy o paru filmach, które zdaniem społeczności internetowej są DOBRE. No i wywołano wilka z lasu, bo padł tytuł „Rewers”, uznawany symbolicznie za moment założycielski tego bloga. Symbolicznie, bo choć nie ma recenzji tego filmu na naszym blogu, to jest to produkcja, która zdaniem autorów tego bloga zasługuje na miano jednej z najbardziej przecenionej w III RP. Pora nadrobić zaległość i jasno wyjaśnić, co naszym zdaniem zasługuje na taką etykietę.

Czytaj dalej

DOBRE i ZŁE adaptacje: Tydzień kostiumów na Pulpozaurze

Sense-and-Sensibility-1995-sense-and-sensibility-5222108-1024-576

 

Hej! Dziś niestandardowo. Odsyłam na zaprzyjaźnionego Pulpozaura, gdzie dziś zaczął się Tydzień z kostiumem. A tam mój artykuł na temat adaptacji powieści Jane Austen — i tych DOBRYCH i tych ZŁYCH.

http://pulpozaur.pl/2013/09/16/klub-adaptacji-jane-austen/

Zapraszam, i obczajcie całego Pulpozaura.

Rybka

Pulpozaur.pl

ZŁY film: Wielkie Nadzieje

Great Expectations

Wielka Brytania, USA 2012

reż. Mike Newell, scen. David Nicholls, na podst. powieści Charlesa Dickensa

wyk. Tim Irvine, Jeremy Irvine, Helena Bonham Carter, Ralph Fiennes

Są dni, kiedy nie jestem pewna co sądzić o filmie. Zwlekam z napisaniem recenzji, pluję sobie w brodę, że uczepiliśmy się konieczności określania czy dany film jest ZŁY czy DOBRY. Tak było i w przypadku tego. W sumie nie jest to jakiś masakrycznie ZŁY film, lecz mógł być znacznie lepszy. Jak zawsze w przypadku takich dylematów, po powrocie z kina chcę się z tym przespać, a jak i drzemka nie pomoże, to jęczę i zatruwam życie towarzyszom seansu. Tym razem ofiarą padła Stefa*. Ze Stefą przyjaźnię się się dziesięć lat, przeszłyśmy razem niejedno. Razem wykradałyśmy jedzenie i uciekałyśmy przed bandą harcerzy, razem chodziłyśmy do podstawówki, gimnazjum i liceum. Stefa wie co to ZŁY film. W ciągu ostatniej dekady widziałyśmy dużo ZŁYCH (i trochę DOBRYCH) filmów. Liczę się z jej diagnozą, za parę lat to właśnie ona będzie mnie leczyć  w mojej hipohondrii (współczuję). Nękana moimi rozterkami, udzieliła mi takiej rady: „Ja bym jednak napisała, że ZŁY, bo jeśli kogoś zachęcisz, pisząc, że DOBRY, to pewnie wyjdzie rozczarowany”.

Przytaknęłam i posłuchałam. Zamiast iść na ten film, lepiej wypożyczyć książkę,przeczytać,  a potem zobaczyć którąś z prawie dwudziestu adaptacji, najlepiej serialowe prod. BBC. Najpierw przeczytajcie książkę, bo jest DOBRA. Najlepsza w Dickensie jest narracja i przekomiczna charakterystyka postaci. Film, niestety, zdziera ten urok dickensowości. Natomiast dla anglistów — i lektura, i film obowiązkowy. Dla fanów Harry’ego Pottera w sumie też, bo to „spoteryzowany” („zrowlingowany”?) Dickens, ale o tym za chwilę.

Czytaj dalej

DOBRY film: Tajemniczy ogród

The Secret Garden

Wielka Brytania 1993

reż. Agnieszka Holland, scen. Caroline Thompson (na podstawie powieści Frances Eliza Hodgson Burnett)

wyk. Kate Maberly, Heydon Prowse, Andrew Knott, Maggie Smith

To jest moja ulubiona mina. Wielokrotnie próbowałam ją odtworzyć, ale niestety nie mam w sobie tyle żółci.

Chyba każdy* ma taką książkę (lub, jak w moim przypadku, KSIĄŻKI) do której wraca tak często, że okładka odpada, jest „zaczytana na śmierć”. Nabokov twierdził, że książkę poznaje się najlepiej podczas „kolejnego czytania”, czy też „kolejnych czytań”; za każdym razem (jeśli książka jest DOBRA) odkrywa się w niej coś nowego. Tak też jest z filmami.  Mam kilka kaset VHS (pamiętacie coś takiego?), których nie można już oglądać nie dlatego, że nikt już ani nie sprzedaje, ani nie naprawia odtwarzaczy wideo, lecz dlatego, że były oglądane tak często, że taśma się przetarła i zaczęły występować specyficzne „zebrowate” pofalowania.

„Tajemniczy ogród” Agnieszki Holland, adaptacja jednej z moich ulubionych (i równie często czytanych) książek z dzieciństwa, należy do takich dzieł „wielokrotnego użytku” . Kaseta VHS nie nadawała się do niczego jeszcze długo przed tryumfem płyt wszelakiego rodzaju. Teraz, rzecz jasna, jestem szczęśliwą posiadaczką DVD, a na Spotify w kółko odsłuchuję wspaniałą muzykę do filmu autorstwa Zbigniewa Preisnera. I powieść, i jej adaptacja, miały wielki wpływ na ośmioletnią (i starszą) Rybkę. W podstawówce, niczym Mary, nosiłam warkocze, skakałam na skakance,  jadłam owsiankę, a w trzeciej klasie przez jakiś czas miałam przerażający zwyczaj wiązania sobie nieumiejętnie wstążek we włosach i noszenia sukienek do kolan i marzenia o byciu wysłaną na jakiś czas do garbatego wuja mieszkającego w wielkim domu wśród wrzosowisk.

Teraz też oglądam ten film z zapartym tchem, mimo, że znam go na pamięć (mogę recytować dialogi z pamięci o północy). To nie on się zestarzał, tylko ewentualnie ja — z przerażeniem odkryłam, że Laura Crossley grająca służącą Martę podczas kręcenia filmu miała tylko piętnaście lat, czyli osiem lat mniej niż ja teraz, a ja ją zawsze miałam za „dorosłą”. Tantrum odstawiane przez Colina – Heydona Prowse’a (który niestety nie grał w innych filmach) są tak cudownie realistyczne, w ogóle dzieci tu grają fenomenalnie.

Cóż, to jest (obok „Gwiezdnych Wojen” i „Matyldy”) najważniejszy film mojego dzieciństwa — jaki jest Wasz?

Rybka

*Niedawno Współautor wyraził wielkie zdumienie tym, że ja wielokrotnie czytam te same książki i oglądam te same filmy. Ja byłam zdziwiona, że on uważa to za coś dziwnego.

Maggie Smith chyba założyła się z kimś, że zagra w jakiejś adaptacji KAŻDEJ klasycznej powieści brytyjskiej. Poza tym chyba podpisała jakąś umowę z diabłem, bo od ponad dwudziestu lat wygląda tak samo. 

Weekend z królem: no, cóż… jednak DOBRY film

„Hyde Park on Hudson”

Wielka Brytania 2012

reż. Roger Michell

Bill Murray, Laura Linney, Olivia Williams

Byliśmy na tym filmie tydzień temu. Żadne z nas w sumie nie chciało napisać tej recenzji. Nie dlatego, że ten film jest jakoś tragicznie zły — wtedy zapewne bilibyśmy się o możliwość rozkosznego wyrzekania i wytykania podstawowych błędów. Nasz problem (a zarazem główny problem tego filmu)polega na tym,  że  „Weekend z królem*” jest dość nierówny. Można tu znaleźć sceny bardzo dobre, jak i takie, podczas oglądania których ogarnia człowieka zwątpienie. Denerwujące voice-overy tłumaczy to, że jest to ekranizacja słuchowiska radiowego zrobionego na podstawie pamiętników Margaret Suckley (znanej rodzinie jako Daisy — w tej roli Laura Linney), kuzynki**, przyjaciółki i, według niektórych, kochanki prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta.

Który jest który?

Choć rzecz się dzieje w Ameryce, film ten wpisuje się w szablon „bezpiecznych” brytyjskich filmów przeznaczonych na eksport, czyli filmów kostiumowych (choć nie jest to wiktoriańska ani edwardiańska Anglia, tylko lato 1945 roku). Nostalgiczna, eskapistyczna atmosfera, posiadłość wiejska, biblioteka, garden party (z najbardziej dramatyczną sceną jedzenia hot-dogów w historii światowego kina), stroje z epoki, prezydenta USA odwiedza król Wielkiej Brytanii z małżonką, czyli kolejna okazja do zderzenia obyczajów ze Starego i Nowego Świata. Jednak nad tą sielanką wisi widmo zbliżającej się wojny (oglądając na tyłach świadomości może gorzko pobrzmiewać też jedna piosenka Kaczmarskiego). Jako że film zrobiono „na eksport”, zwłaszcza do Stanów, trochę do zbudzenia przypomina się widzowi okoliczności historyczne (FDR ma polio i jest bawidamkiem mieszkającym z mamusią, król Jerzy się jąka, a wstąpił na tron po abdykacji braciszka, Eleonor też romansuje na boku i to nie tylko z mężczyznami, królowa matka jest trochę straszna, Hitler zagraża Europie, Amerykanie nie chcą się angażować, etc, etc). Para królewska bardziej przypomina karykatury z czasów wojny o Niepodległość wiszące w ich pokoju, dopiero Murray-Roosevelt musi ich troszkę rozruszać.

No właśnie. Główną zaletą tego filmu, niestety trochę za mało rozwiniętą, jest wątek spotkania człowieka sparaliżowanego od pasa dół przez polio z jąkałą, gdzie akurat tak się składa, że ten pierwszy to prezydent nowej potęgi, a ten drugi to monarcha powoli umierającego imperium. Ten wątek, w połączeniu ze świetną obsadą — poza Murrayem uwagi godna jest Olivia Williams ***, angielka grająca nieprzepadającą za anglikami pierwszą damę — ratuje ten film przed etykietką „Zły” , choć werdykt, jak już wspomniałam, nie był łatwy. Ale cóż… nie miejmy żalu do Murraya.

Rybka

*Polski tytuł przywołuje inny przeinaczony, ale związany z tym filmem tytuł: „Jak zostać królem” („King’s Speech”).

** Franklin Delano lubił swoje kuzynki. Jego żona –czaderska Eleanor– też była z nim spokrewniona. Poczytajcie conieco o Roosveltowej, bardzo ciekawa postać.

***Williams, znana polskim widzom głównie jako żona Brosnana z „Autora Widmo” Polańskiego,  grała już z Murrayem w wspomnianym przeze mnie już chyba wielokrotnie filmie „Rushmore” Andersona.

Hej, czy myśmy się już kiedyś nie spotkali?