DOBRY film: System

Za:cdn.hitfix.com

Za:cdn.hitfix.com

Ostatnio Współautorka pisała o irańskim filmie zrobionym przez Amerykanów, to i teraz utrzymujemy się w multikulturowej i konfundującej konwencji — (anty)rosyjski obraz, nakręcony też przez Jankesów, na podstawie brytyjskiego bestsellera. Co od razu godne odnotowania: „System” osadzony jest w paskudnych latach 50. w ZSRR. Ku mojej radości, z duża dozą realizmu oddano realia tamtych czasów, a wartka i emocjonująca akcja, pozwalają wybaczyć radosne próby nadania wszystkiemu większej autentyczności, za pomocą ryzykownego manewru by Tom Hardy i Gary Oldman mówili z silnym akcentem wschodnioeuropejskim.

Czytaj dalej

ZŁA laurka z Indonezji: Soekarno

Kino z Indonezji? A po co nam coś o tym wiedzieć? Cóż, nie chodzi jedynie o ogólne poszerzanie horyzontów filmoznawczych. Wprawdzie „Sukarno. Niepodległość Indonezji” nie jest najlepszym filmem, jaki widziałem, to na dniach przekonacie się (tak, myślę o Festiwalu Filmowym Pięć Smaków i nadchodzącej z tej okazji recenzji), że w kraj siedemnastu i pół tysiąca wysp można zrobić DOBRE kino.

Jednoczesnie, w ramach poszerzania naszych znajomości w internetach i przydania moim wrażeniom kinowym solidnego merytorycznego wsparcia, o współautorzenie niniejszej recenzji poprosiłem Macieja Maćkowiaka, autora DOBREGO (czytaj: ciętego jak brzytwa, lekkiego jak kłębiaste cumullusy nad Kuala Lumpur i pozbawionego zdjęć jedzenia) społeczno-politycznego bloga z Azji Południowo-wschodniej, Jedna Noc W Azji. Pomoc jest o tyle niezbędna, że film bardziej należy traktować jako społeczny fenomen; dobry probierz tego, jaki jest stosunek współczesnej Indonezji do Ojca swojej Niepodległości, niż dzieło artystyczne. Czytaj dalej

ZŁY film o DOBRYM zdrajcy: Jack Strong

Źródło: ocdn.eu

Źródło: ocdn.eu

Jack Strong

Polska, 2014

reż. i scen. Władysław Pasikowski

wyk. Marcin Dorociński, Maja Ostaszewska,

Władysław Pasikowski powrócił. O jego ostatniej produkcji mimochodem wspomniałem w recenzji „Psów”, gdzie byłem napisałem, że Pan Władysław w ciągu ostatnich lat nieco zmienił podejście do sztuki filmowej. O ile przygody Franza były dość neutralnym jeśli chodzi o ocenę wydarzeń politycznych obrazem (choć z silnym naciskiem na moralność naszych bohaterów), o tyle w filmie o pułkowniku Kuklińskim reżyser nie bawi się w żadne subtelności i niedopowiedzenia — Kukliński jest zajebisty i tyle. Miałem jednak nadzieję, że pomimo tego, iż będziemy mieć do czynienia z laurką, która dodatkowo ma zarobić na wygonionej do kin młodzieży szkolnej, to dostaniemy przynajmniej kawał dobrego kina sensacyjno-szpiegowskiego. Początek, z okrutną egzekucją Olega Pieńkowskiego w piecu hutnicznym jest mocny i zapowiada niezłe emocje. Drugą równie emocjonującą sekwencją, choć już zahaczającą nieco o absurd, jest pościg fiatami 126p po zasypanych śniegiem ulicami Warszawy. A potem jest już koniec, choć obie sceny dzielą — jak nam się wydaje — lata świetlne.

Czytaj dalej

Bardzo Dobry ale Bardzo Długi Film o Filmie: The Story of Film. An Odyssey

The Story of Film. An Odyssey.

Wielka Brytania, 2011

reż. Mark Cousins

Niniejsza recenzja pierwotnie została opublikowana 09/2013 na zaprzyjaźnionym portalu pulpozaur.pl w ramach tzw. występów gościnnych, praktykowanych przez Autorów tego bloga. Z niewielkimi zmianami tekst ten ukazuje się dzisiaj na naszych łamach. 

Jak pisał wybitny historyk sztuki: „Czy nam się to podoba czy nie, kino – bardziej niż jakakolwiek inna siła – ukształtowało opinie, smak, język, stroje, zachowanie, a nawet fizyczny wygląd publiczności”. Jak dodaje dalej: „Gdyby prawo zmusiło wszystkich poważnych poetów lirycznych, kompozytorów, malarzy i rzeźbiarzy do zaniechania swej działalności – uświadomiłaby to sobie niewielka część szerokiej publiczności. […] Lecz gdyby to samo stało się z kinem, konsekwencje społeczne byłby katastrofalne”.

W samym 2012 r. filmy zarobiły prawie 35 mld dolarów na całym świecie. Wiadomo, że liderem jeśli chodzi o produkcje są Indie (1325 filmów w ostatnim roku), potem Nigeria (826), brąz dla USA (520). Ogólnie trochę tego jest, jeśli do tego dodamy pozostałe kraje, w tym Polskę z radosnymi czterdziestoma produkcjami. Żaden z tych filmów – co jasne – nie powstaje w próżni, każdy z nich jest osadzony w jakiejś kulturze, tradycji, zmontowany został w konkretnym kraju, ale zarazem nawiązuje do światowej tradycji kinowej. Uniwersalność języka „ruchomych obrazków” jest niezaprzeczalna.

Źródło: Karlove Vary International Film Festival

W tym momencie rodzi się pytanie: jak w takiej sytuacji zrealizować zadanie opisania ponad 120 lat tej niezwykle popularnej sztuki? Jak się nie pogubić w gąszczu coraz to nowych produkcji? Czy da się znaleźć jakieś wzory, schematy, połączyć dzieła klasyczne z tym, co się dzieje we współczesnym kinie? I zrobić to tak, by nie powstało liczące tysiąc godzin dzieło, gubiące w natłoku informacji sedno, jakim jest próba ogarnięcia tego, co się działo z kinematografią od jej początków po dzień dzisiejszy?

Cóż – da się. Facet, który tego dokonał, nazywa się Mark Cousins. Jest północnoirlandzkim krytykiem filmowym i potrzebował dokładnie dziewięciuset minut, by tego dokonać.

Panie i Panowie, przed nami – że oddam głos samemu reżyserowi – „epicka opowieść o innowacji, poprzez dwanaście dekad historii, sześć kontynentów i tysiąc filmów” – The Story of Film. An Odyssey

Czytaj dalej

Dobry Film: Nie

no

Za: itpworld.wordpress.com

„No”

Chile, Francja, USA, 2012

reż. P. Larraín, sc. P. Peirano

wyk. G. G. Bernal

1988 to był rok! Tyle się na świecie ważnych rzeczy wydarzyło! Podobno najstarszy orzeł bielik na świecie się urodził w tym roku. Wtedy też weszła w Polsce w życie tzw. ustawa Wilczka-Rakowskiego, która znacząco liberalizowała polską gospodarkę centralnie planowaną. Na świecie też się działo. Ten rok to początek demokratyzacji Chile. Konkretnie – piątego października (równo ćwierć wieku temu!) odbyło się referendum, w którym obywatele mieli się opowiedzieć, czy chcą przedłużenia o kolejne osiem lat prezydentury Augusto Pinocheta. Alternatywą miały by być wolne i demokratyczne wybory. Wynik wyborów nie był oczywisty. Pinochet był paskudnym dyktatorem, szacuje się, że za jego rządów  zaginięło  lub poniosło śmierć ponad 3 tysięcy ludzi. Jednak nie można mu odmówić liberalnych reform gospodarczych, w wyniku których PKB Chile w latach 73-80 wzrosło o 35 proc. (bezrobocie też wzrosło, ale niektórzy na libertariańskiej prawicy mają to tam, gdzie zdrowy rozsądek i serce). Dlatego też opozycja musiała trochę podziałać, żeby wygrać ten plebiscyt decydujący o przyszłości kraju.

Film jest o tyle ciekawy, że wpisuje się w serię DOBRYCH filmów chilijskich, jakie się ostatnio ukazywały. Bez bicia się przyznaję, nie nadążam za wszystkim co się w świecie kina dzieje i póki co zobaczyłem tylko „Nie” na ostatnich T-Mobile Nowych Horyzontach, ale chyba z blogerskiej powinności powienienem polecić to i owo. Komiediodramat „Służąca” (La Nana) Sebastiána Silvy od premiery w 2009 r. zdobył kilka nagród, m. in. na Sundance, a przewodnia piosenka (AyAyAyAy) walczyła o nagrodę na najlepszą nutę w 83. rozdaniu Nagród Akademii. Rok później ukazał się dokument „Nostalgia za światłem” (Nostalgia de la Luz), w którym przyrównano pracę grzebiących w przeszłości gwiazd astronomów do matek, próbujących dowiedzieć się czegoś o losie swoich dzieci, które zaginęły w trakcie rządów Pinocheta (uch, tytuł prawie tak dobry jak pomysł i plakat! – patrz niżej). W 2011 r. hitem była produkcja „Violeta poszła do nieba” (Violeta se fue a los cielos) oparta na historii folkowej artystki Violety Parry. „Violeta…” była chilijskim kandydatem do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny, ale dopiero „Nie” udało się wejść do ścisłego finału i walczyć o Nagrodę Akademii. Wówczas wygrała jednak „Miłość” (Hanekego, a nie Dzierżawskiego czy Tuska!)

Za: icarusfilms.com

Za: icarusfilms.com

Ale do rzeczy. „Nie” ogląda się trochę… nieprzyjemnie. Reżyser wpadł bowiem na banalny w swojej prostocie, a jakże autentyczny i ile dający punktów do artystycznego wyrazu punktów pomysł: film nakręcił w niskiej jakości, wykorzystując Sony 3/4-cale, jakim nagrywano materiał na taśmy. Całość robi wrażenie chilijskiego materiału telewizyjnego z końca lat 80! Niektórzy zwracali jednak uwagę, że właśnie ten zabieg znacząco obniżył jego szansę na zawładnięcie sercami szerszej publiczności. Ja przyznam, nie jestem entuzjastą takich zabiegów i moje przyzwyczajone do wyśrubowanej jakości zarówno w kinie jak i w chacie (no, mamy dobry odbiornik telewizyjny) oko trochę się buntowało. Jednak ostatecznie wczułem się w klimat.

Głównym bohaterem jest René Saavedra (G. G. Bernal), uznany w branży reklamowej fachowiec, który staje po stronie „Nie” i odpowiada za strategię obozu demokratycznego. Zastraszany przez stronę rządową, obawiający się o życie syna oraz targany konfliktem interesów z szefem, który pracuje dla przeciwnego obozu, Saavedra wynosi chilijskie kampanie polityczne na inny poziom, wspinając się na wyżyny kreatywności i tym samym znacząco przyczyniający się do wygrania referendum.

Duże pochwały za „Nie” zebrał właśnie… Bernal. Na festiwalu filmowym w Abu Dhabi w 2012 r. dostał nawet nagrodę za najlepszego aktora! I choć trzeba mu przyznać, że naprawdę stworzył wyrazistą postać, to ja jednak mam wrażenie, iż cały czas czeka on na rolę swojego życia.

W takich filmach jak „Nie” nieco upierdliwe jest to, że znamy zakończenie. Ale pamiętacie jeszcze „Operację Argo” (Argo – fuck yourself!)? Czy nie była to jedna z takich produkcji, która mimo wszystko trzymała w napięciu do samego końca? Oparty na prawdziwej historii (a konkretniej – na nawiązującym do tych wydarzeń nieopublikowanym dramacie „Plebiscyt” (El Plebiscito) Antonio Skármety) „Nie” wcale nie traci na braku punktów za zakończenie. Właściwie taka utrata na samym wstępie możliwości zaskoczenia na koniec filmu (heh, jak zwykle brawo za stylistykę dla autora tego wpisu…) daje zupełnie nowe możliwości, nakazując twórcom skupić się na innych aspektach i gdzie indziej podarować widzowi jakąś niespodziankę. W końcu to ograniczenie pokazuje mistrza, jak to powiedział największy niemiecki romantyk.

Oczywiście, z drugiej strony takie zakończone wielkim happy-endem historie z życia wzięte (najczęściej polityczne) powodują, że łatwo popaść w tani triumfalizm i patetyczne uniesienia. Dlatego „Jobs” był ZŁY i dlatego też boję się tak „Wałęsy” jak i filmu o Mandeli. Jedak żyjący w swoim wciśniętym między wodę, a pozostałe duże kraje Chilijczycy pokazują, że da się zrobić starą kamerą DOBRY film o pięknym wydarzeniu, które spokojnie zasługuje na miano końca dyktatury. Polityka niestety nie jest spektuakularna i nas – Polaków – los okrutnie pokarał, że komunistyczna dyktatura upadała w zaciszu lokalów wyborczych osiem miesięcy później niż w Chile, a nie w takt buldożerów niszczących Mur Berliński (koleżanki z Niemiec trochę się zrzymały, jak im to powiedziałem, ale nie miałem racji?)

Dlatego jak jutro będziecie pić alkohol nie zapomnijcie o Chilczykach. Ich demokracja ma ćwierć wieku, więc… sto lat!

Dobry Film: W Cieniu

416155.1

Ve stínu koně

Czechy, Polska, Słowacja, 2013

reż. David Ondříček

wyk. Ivan Trojan, Sebastian Koch

Widzisz plakat filmowy. Pierwsze wrażenie – dobre. Podchodzisz, ogarniasz obsadę, reżysera; szczęściem dystrybutor przypomni Ci co reżyser wcześniej zrobił i wiesz, że to jest ten film, na który MUSISZ iść, nawet jak jesteś kompletnie i absolutnie spłukany. Dzień sprzyjał, pogoda paskudna, lało i było z 13 stopni. Ta listopadowa aura doskonale nastrajała do spędzenia wieczoru w kinie na zapowiadanym jako porządny, czarny kryminał z Czeskiej Republiki i to toczący się w latach 50.! „Rewers” w wykonaniu naszych południowych sąsiadów? Koniecznie!

Spodziewałem się czegoś powalającego. Tym bardziej, że dzieło zmontował sam David Ondříček – ten od „Samotnych” – moim zdaniem kwintesencji wszystkiego tego, z czym nam się kojarzy  czeskie kino – absurdalnego i nieco autystycznego humoru, podszytego egzystencjonalnym niepokojem i zagubieniem. W „Samotnych” jedną z głównych ról gra Ivan Trojan, który w dziele Ondříčka sprzed 13 lat wcielił się w postać Ondrieja – poważnego  i szanowanego lekarza, głowy rodziny, który popada w delikatną fiksację spotykając – niekoniecznie przypadkowo – na ulicy swoją dawną, niespełnioną miłość. Inną doskonałą kreacją aktora jest Stary Karamazow w „Braciach Karamazowa” Zelenki – kolejny doskonały czeski film, gdzie fabułę Dostojewskiego opleciono historią pewnej trupy teatralnej, a całość wciśnięto w postindustrialne przestrzenie Nowej Huty. Brzmi świetnie, jeszcze lepiej wygląda.

Trojan we „W cieniu” wcielił się z kolei w postać dedektywa Hakla. Rzecz dzieje się w Pradze w latach 50. Komuna szaleje już na całego, bezpieka roztacza macki kontroli i terroru, a wszyscy szykują się do reformy monetarnej, która ma ratować kulejącą gospodarkę nakazową, przy okazji pozbawiając szarych obywateli oszczędności życia. W takich okolicznościach Hakl musi rozwiązać zagadkę pewnego napadu rabunkowego. Szybko i sprawnie, jak po sznurku, dociera do szajki Syjonistów, która miała zamiar przekazać pieniądze Ameryce i Izraelowi. Jak to jednak bywa w dobrych kryminałach, okazuje się że sprawa p0szła trochę za łatwo i sprytny Hakl zaczyna węszyć. W trakcie prowadzonego na własną rękę śledztwa trafia na majora z NRD z podejrzanymi tatuażami, który nie do końca wiadomo w co i z kim gra; Urząd Ochrony Państwa, który nie wiedzieć czemu wpieprza się w sprawę kryminalną bynajmniej nie posuwając sprawy do przodu, oraz  całą większą kabałę, która w pewnym momencie zmusza do podjęcia dramatycznej decyzji…

I tak – pierwsza niespodzianka – nie jest to żaden „Rewers”, reżyser w żaden sposób nie kombinuje z formą, żadnych katastrofalnych czarno-białych taśm, Agaty Buzek i fabuły Andrzeja Barta (czy my kiedyś pisaliśmy na tym blogu, że „Rewers” jest ZŁY?). Trochę deszczu, prochowce i lata 50. na modłę demoludów, do tego cwany detektyw, coraz bardziej popadający w samotność i zanurzający się w mroczny świat na styku przestępstwa i polityki (choć w tamtym czasie to było prawie jedno i to samo). Brzmi znajomo? Tak, kino noir po czesku. Jednak Ondříček odarł film z wszelkich kombinacji formalnych, nie ma żadnej zabawy konwencją, klisz i schematów, ale kawał porządnego kina.

Jednak ku mojemu zaskoczeniu, Ondříček odarł film nawet z tego, co czyniło czeskie filmy czeskimi. Nie mamy tutaj dialogów, przy których nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać, próżno szukać postaci komicznych, czy też jakiegokolwiek absurdu. (Dobra, jest jeden moment – w trakcie rozmowy bohaterów na chwilę znikają polskie napis. To jedno czeskie zdanie jest w pełni zrozumiałe dla Polaków, ale umówmy się, jest to już żarcik tłumacza, a nie reżysera.) Jest twarda i ponura rzeczywistość czechosłowackiego stalinizmu.

Powiem tak – to jest najbardziej polski film, jaki powstał w Czechach. Nawet ten egzystancjonalny, silnie zaznaczony moralny aspekt całej historii jest taki nadwiślański, prosty i łopatologiczny. Oczywiście, opowiada dramatyczną historię, ale nie ma tutaj miejsca na większą rozkminę. Bohater toczy konflikt wewnętrzny, ale widz nie ma wątpliwości co do jego postępowania. Rozumiemy jego rozterki, jednak sami wychodząc z kina nie myślimy za wiele o nich, bo wiemy, że doprowadziły go one do słusznej i chwalebnej decyzji. Informacja na końcu filmu utwierdza nas w przekonaniu, że film jest formą hołdu-laurki.

Niezwykle mnie to zdziwiło. Dotychczas czeskie kino to żarty i psoty, „Jedna ręka nie klaszcze”, samotność w życiu i takie tam. A to już drugi film w ciągu ostatnich lat od naszych sąsiadów, który dotyczy komunizmu. Poprzednim był „Czeski błąd”, gdzie fabuła zasadzała się na problemach z lustracją uznanego opozycjonisty.

Odnoszę wrażenie, że trochę zamieniliśmy się z Czechami* rolami. U nas komuna była dość istotnym tematem dla filmowców, od „Psów” Pasikowskiego, przez „Rewers”, będący próbą lżejszego potraktowania tematyki, po wyniesione na inny poziom robienia filmów kino Smarzowskiego („Różyczka”, „Dom Zły”). Mieliśmy do wyboru w Polsce dłuższy czas dramaty z przeszłości, albo głupie komedie romantyczne. Powoli odkrywa się, że żyjemy w kraju, w którym są inne problemy niż lustracja czy mroki przeszłości i uczymy się robić po prostu filmy o życiu. Czesi z kolei na odwrót – po przeszło dwudziestu latach stają się dostrzec, że mają problem z komunizmem i z rozliczeniem się z niego. Są bardziej pragmatyczni, niewierzący i może sceptycznie zdystansowani do świata, co owocowało takimi inteligentymi, ale dotykającymi jednak bieżących spraw filmami. No, wyjątkiem trzymającym się jednak konwencji był „Kola” z 1996 r.My z kolei, ogólnie jako naród, staramy przykładamy duże znaczenie do historii, co dobrze było i dalej widać w naszej dotychczasowej kinematografii (też nie możecie się doczekać Więckiewiczka w roli Wałęsy czy czekacie na sequel „Katynia” „Katyń II. Smoleńsk”?).

Dla fanów czeskiej kinematografii ten film będzie może być rozczarowaniem. Jest to DOBRY film, jednak sączącą się w sercu gorycz zostawiam dla siebie, a was zapraszam do kina. Gdzieś dokopałem się do info, że bedzie to mocny kandydat do Oskara.

Słoń

*Przypis Ryby korzystającej z tego, że Współautor błąka się gdzieś bez internetu: część filmu –te wstrętne, zapyziałe, ciemne „praskie” uliczki kręcone były… w Łodzi! Po prostu Praga (jak większość czeskich miasteczek obecnie) jest tak ślicznie odnowiona, że wstrętnych zaułków trzeba szukać u nas…