Dobry (choć krótki) film: The Kármán Line

 TKL_Birds-copy1-800x300

Odkryłam niedawno fajny portal, na razie w wersji beta, na którym można znaleźć wiele  filmów (w tym dwa opisywane przeze mnie filmy Cumberbatcha,źr. fortune_films.com „Trzecią gwiazdę” i „Little Favour”) i dużo dodatków w postaci storyboardów, wywiadów, dodatkowych scen, aż po wgląd do scenariusza. Dostęp do filmów i ciekawszych dodatków można wykupić (od ok. 3 dolarów, więc taniej niż DVD). Strona nazywa się We Are Colony i niestety nie płaci nam za reklamę. 

Ale przejdźmy do pierwszego filmu, który obejrzałam dzięki „Kolonii”, po który sięgnęłam głównie ze względu na Olivię Colman, za którą już tęsknię, mimo, że „Broadchurch” dopiero niedawno się skończyło. Kiedy zobaczyłam trailer i zaczęłam domyślać się o co w tej krótkometrażówce chodzi, wiedziałam, że muszę to zobaczyć.

Czytaj dalej

DOBRY film: In a World… (Własnym głosem)

źródło: aauw.com

źródło: aauw.com

Niedługo rozpoczyna się kolejna edycja festiwalu kina niezależnego Sundance. Aby to uczcić, postanowiłam przypomnieć zdobywcę nagrody za najlepszy scenariusz w 2013 roku. „In a World”, to reżyserski i scenopisarski debiut Lake Bell, która (poza tym, że nazywa się jakby była postacią z Doctora Who, może kolejną reinkarnacją Melody Pond/River Song?) zagrała też w nim główną rolę. Jest to historia kobiety, która postanawia zaistnieć na zdominowanym przez mężczyzn (i jej ojca) rynku voice-overów do zwiastunów filmowych.  Czytaj dalej

DOBRY „krypny” film: „The One I Love”

Raz na jakiś czas dystrybutorzy uraczają nas wyjątkowo nieudanymi tytułami, które na blogu bojkotujemy. W tym przypadku uważam, że oficjalne nazwanie tego filmu „Czworo do pary” jest wręcz chamskie, bo — nieznacznie, ale jednak — może zdradzić fabułę. 

źródło: thetalkhouse.com

źródło: thetalkhouse.com

The One I Love

USA 2014

reż. Charlie McDowell; scen. Justin Lader

wyk. Elizabeth Moss, Mark Duplass

Przed obejrzeniem tego filmu czytałam, że jest to „komedia romantyczna”. Cóż, jeśli na siłę chcemy to gdzieś sklasyfikować, to raczej jest to śmieszny thriller romantyczny, czy romantyczny dreszczowiec komediowy. Po obejrzeniu zwiastunu (w dalszej części artykułu) dalej niezbyt wiadomo o co chodzi: złowroga muzyka, dużo ujęć jak Moss i Duplass (dalej mnie to nazwisko śmieszy) trzaskają drzwiami. Tyle.

Ethan (Duplass) i Sophie (Moss) są małżeństwem z problemami. Aby je rozwiązać, wyjeżdżają na weekend w „miejsce odosobnienia” — widzimy ładną okolicę z przestronnym domem, basenem i uroczym gościnnym domkiem w ogrodzie. I tu zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Tu wielu recenzentów kończy się wymądrzać, twierdząc, że najlepsze w odbiorze tego filmu jest zaskoczenie. Ja jednak chciałabym móc conieco o „The One I Love” więcej napisać, więc jeśli chcecie koniecznie być zaskoczeni, to nie czytajcie po trailerze. Jeśli film już widzieliście, lub lekkie „zepsucie” (nie będę zdradzać wszystkich szczegółów, obiecuję) Wam nie straszne — czytajcie dalej. Nieczytających zapewniam: warto, zwłaszcza jeśli lubicie mroczne komedie.

Czytaj dalej

DOBRE spotkanie z średnio DOBRYM filmem, czyli „Little Favour” na Offie i spotkanie z twórcami

źródło: solarmovie.tl

źródło: solarmovie.tl

Little Favour

Wielka Brytania 2013

reż. i scen. Patrick Victor Monroe

wyk. Benedict Cumberbatch, Paris Monroe, Nick Moran , Colin Salmon

I co tu począć z filmem, który przez pierwsze siedemnaście z dwudziestu dwóch minut przypomina brutalną reklamę Land Rovera lub gangsterskie spoty z „Ryśkiem z Klanu” przeciw znęcaniu się nad zwierzętami, zdaje się grać samymi kliszami thrillerów (zły Rusek, bicie po mordzie, opiekowanie się zagrożonym dzieckiem, błyszczące bryki itd.), po czym w ostatnich pięciu minutach robi taki plot twist, że miło?

Czytaj dalej

DOBRY film: Trzecia gwiazda

źródło: Filmweb

źródło: Filmweb

Third Star

Wielka Brytania 2010

reż. Hattie Dalton, scen. Vaughan Sivell

wyk. Benedict Cumberbatch, JJ Feild, Tom Burke, Adam Robertson

Przygotujcie chusteczki, nawet jeśli zwykle nie płaczecie w kinie czy przed telewizorem.

Czego się można spodziewać po filmie, w którego pierwszej minucie bohater mówi „Dziś są moje dwudzieste dziewiąte urodziny. Nie zobaczę trzydziestych”? Cóż, wielu rzeczy, ale niekoniecznie tak DOBREGO, pięknego, śmiesznego choć też bardzo smutnego i poruszającego filmu.

Czytaj dalej

DOBRY film: Austenland

źródło: atthecinema

źródło: atthecinema.com

Austenland

USA, Wielka Brytania 2013

reż. Jerusha Hess, scen. Jerusha Hess i Shannon Hale (na podstawie książki tej ostatniej)

wyk. Keri Russell, JJ Feild, Jennifer Coolidge, Jane Seymour

Czytelnicy czytający tego bloga półregularnie mogli się już zorientować, że bardzo lubię książki (i adaptacje) Jane Austen. Ci z pośród nich, co znają mnie osobiście, a co gorsza są ze mną spokrewnieni, tym bardziej. Jak podczas „Tygodnia w kostiumie” na zaprzyjaźnionym blogu Pulpozaur Joanna Kucharska wspomniała o filmie Austenland, wiedziałam, że muszę to zobaczyć. Zwłaszcza, że dawno, dawno temu (chyba zamiast się uczyć do matury…) przeczytałam książkę, na której opiera się reżyserski debiut Jerushy Hess. W skrócie: fanka prozy Jane Austen jak i — przede wszystkim — adaptacji BBC z Colinem Firthem wydaje wszystkie oszczędności, by spędzić kilka tygodni w ośrodku, który ma do złudzenia przypominać świat z czasów Autorki. To mogło być ZŁE, a wyszedł uroczy eskapistyczny (pozornie)anty-eskapistyczny film.

Czytaj dalej

DOBRY film krótkometrażowy: I’m here

źródło: filmweb

źródło: filmweb

I’m Here

USA 2010

reż. i scen. Spike Jonze

wyk. Andrew Garfield, Sienna Guillory

Jeśli czytaliście nasze prognozy noworoczne to wiecie, że czekamy z niecierpliwością na „Her”, czyli opowieść o smutnym mężczyźnie, który zakochał się w  systemie operacyjnym swojego komputera. „Ona” wchodzi do polskich kin w walentynki, a ja jestem niecierpliwa, więc postanowiłam urozmaicić sobie czekanie krótkometrażowym filmie tego samego twórcy, też o miłości wśród technologii.

„I’m Here” to urocza opowieść o dwóch zakochanych robotach żyjących w Los Angeles w świecie, w którym roboty i ludzie żyją obok siebie, choć roboty są uważane (zwłaszcza przez starszych homo sapiens) za trochę gorszych osobników, którym wmawia się, że nie mogą śnić. Zarówno grany przez Andrew Garfielda Sheldon (nazwany na cześć pisarza Shela Silversteina, autora m.in. książki  Drzewo, które umiało dawać na której luźno oparty jest ten film), jak i Francesca (znana z serialu Luther Sienna Guillory) to dość antropomorficzne roboty, choć on to trochę starszy model — jego głowa przypomina staroświeckie pudło stacjonarnego komputera, podczas gdy robotka mogłaby grać w  filmach o konieczności zapinania pasów w samochodach.

Czytaj dalej

DOBRE Filmy z Warszawskiego Festiwalu Filmowego

Chyba się zaraziłem. Wiecie jak to jest?

Najpierw człowiek jedzie na duży i popularny festiwal. I odkrywa zupełnie nowy świat. Zostaje pochłonięty przez niesamowitą atmosferę, poznaje od groma nowych ludzi, którzy podobnie jak on, potrafią pomimo narastającego zmęczenia siedzieć cały dzien w kinie, tak by pod wieczór mieć w głowie jeden wielki misz-masz wszystkich obrazów, jakie się widziało. Do tego dochodzą drzemki w trakcie seansów, jakie na początku wydają się być młodemu kinomaniakowi grzechem najcięższym, a dopiero po jakimś czasie okazują się być nieodłączną częścią festiwalowego przeżycia. Etap drugi przynosi narastające rozczarowanie ulubionym festiwalem. Nabite punkty expa (ze slangu RPG – doświadczenia) budzą w człowieku odruchy zrzędzącego na wszystko konserwatysty (grumpy conservative, haha, nie jest to fachowy termin politologiczny, żeby nie było:D), że kiedyś to były filmy, atmosfera i ludzie, a teraz uzbrojona w iPhony gimbaza rości sobie prawa do bycia prawdziwym festiwalowiczem. No i przychodzi etap trzeci – odkrycie, że jest życie i fun poza naszą oazą, słowem – inne festiwale. Nerwowe szukanie dookoła jakichś większych eventów.

I tak dochodzimy do sposób radzenia sobie z jesienną depresją, powiosennym głodem kulturalnych imprez zaczynanych z rana piwem i odliczaniem czasu do ukochanego festiwalu. Nie ukrywam, po latach jeżdżenia na Kosakowe Pole i do Wrocławia postanowiłem zobaczyć, jak to robią inni. Wprawdzie Warszawa nie jest wcale tak blisko, ale za dużo czytałem ostatnio o Warszawskim Festiwalu Filmowym, by nie skorzystać. Jestem niestudiującym studentem (tzn. obroniłem się w czerwcu, ale do konca października br. korzystam z przywilejów studenckich), dlatego postanowiłem wybrać się na jeden dzień do powracającej do normalnego życia po gorączce referendum stolicy i sprawdzić, cóż tam puszczają.

Czytaj dalej

DOBRY film: What Maisie Knew

„What Maisie Knew”

USA 2012

reż. Scott McGehee, David Siegel

 sc. Nancy Doyle, Carroll Cartwright (na podst. powieści Henry’ego Jamesa)

wyk. Onata Aprile, Julianne Moore, Alexander Skarsgård, Joanna Vanderham, Steve
Coogan

Pozdrawiam Was z Włoch. Być może do miejsca mojego pobytu bardziej pasowałaby recenzja „Pokoju z widokiem”, jednak modernizacja powieści (czy raczej części powieści) Henry’ego Jamesa poniekąd też jest aktualna — w końcu to Italię pisarz ten stawiał za przykład europejskiego zepsucia. 

Ale nie w „What Maisie Knew”: książka opisuje dzieje dziecka postawionego pomiędzy dwójką nie mogących się dogadać rodziców, będącego nawet nie stawką, ale narzędziem w grze „kto komu zrobi bardziej na złość” — łatwiej jest to sobie wyobrazić jako coś napisanego nie tak dawno, a nie w 1897 roku. Henry James był jednym z pierwszych pisarzy, którzy zwrócili uwagę na sytuację dziecka w przypadku rozwodu rodziców, był prekursorem tych wszystkich wszystkich Kramerów i Baumbachów.

Twórcy filmu nie mieli wielu problemów z modernizacją — wycieli jedną ważną bohaterkę, przenieśli akcję z Londynu do Nowego Jorku, zakończyli film tam, gdzie książka robi się nudna. Zakończenie jest równie nieprzewidywalne, choć — w związku ze zmianami — inne (świadomość tego, co będzie może sprawić, że ci co mają lekturę za sobą trochę inaczej odbiorą film). Sam szkielet historii jest bardzo Jamesowski, zachowany jest punkt widzenia dziecka, a moim zdaniem sami rodzice są lepiej zarysowani niż w oryginale. Tu matka (Julianne Moore) jest starzejącą się rockmanką (rockwomanką?), która kocha córkę, choć za diabła nie wie, jak się nią zająć i zapłaci każdą cenę, by wskrzesić karierę, a zabiegany papa (Steve Coogan — człowiek posiadający fisjognomię która sama prosi  by go obsadzić w roli pacana) trochę się dziecka boi a raczej ucieka jak może przed odpowiedzialnością i radzi sobie z nim równie źle jak matka, ale jakoś mu na Maisie zależy. Książkowi rodzice mają małą gdzieś, głównie się nienawidzą i cudzołożą z kim popadnie (James z jakiegoś powodu strasznie potępia cudzołożników). Filmowi rodzice też się nienawidzą, jednak kochają dziecko — na swój sposób. Potem na arenę wkracza nowa macocha (Joanna Vanderham) oraz wysoki blond ojczym (Alexander Skarsgård, który tu wcale nie jest wampirem). 

Autorka nie zazdrości bohaterce sytuacji rodzinnej, jednak chciałaby mieć tak wypasione ciuchy jak Maisie. Też chcę mieć sukienkę w ryby!

Utrzymany z punktu widzenia małej dziewczynki, film w ciekawy sposób ukazuje historię dziecka, które jakoś dobrze sobie radzi w ciągle zmieniającym się, chaotycznym życiu nieznoszących się rodziców, lecz które potrzebuje ciepła i miłości. Coś, co mogło być ckliwym wyciskaczem łez wyszło niebanalnie, z bardzo dobrym wyczuciem i równowagą tego co smutne,  tego co urocze, co śmieszne i co okropne, a różne relacje Maisie z poszczególnymi dorosłymi, jej dostosowywanie się do sytuacji i nastrojów zostały świetnie oddane przez małą (siedmioletnią?) Onatę Aprile.

Polecam, niezależnie czy się czytało powieść czy nie. No dobra, zawsze radzę przeczytać książkę, ale tym razem równie dobrze można to zrobić po obejrzeniu filmu.

Ryba

A, wsadzam i zwiastun:

DOBRY film: Królowie lata

Niby dla mnie wakacje się jeszcze nie kończą, jednak mój organizm chyba przyzwyczaił się, że jakoś teraz coś się kończy, lato odchodzi, nawłoć żółknie, zaraz na plantach trzeba będzie chodzić z parasolem w obawie nie przed gołębiami, lecz przed kasztanami. Akurat tak się złożyło, że Współautor wrócił znad jednego morza, ja znad innego, więc przed ponownym rozjechaniem się w przeciwne strony Europy, udaliśmy się na seans na pożegnanie lata. „Królowie lata” byli świetnym wyborem.

Czytaj dalej