Bardzo DOBRY film: To tylko koniec świata

Oglądamy dużo filmów, ale już dawno nie wyszliśmy z kina tak zachwyceni — ja ostatnio tak miałam latem po Nienasyconych, zresztą też widzianych w Agrafce. Tym razem w mroźny lecz tani poniedziałek widzieliśmy nowy film Dolana (reżyser, nasz rówieśnik, niezmiennie wpędza nas w kompleksy), który kolejny raz wygrał Grand Prix w Cannes. Z mroźnej Polski przenieśliśmy się w upalne frankofońskie „Gdzieś”, gdzie słońce razi, lecz słychać już grzmoty nadciągającej burzy.

Czytaj dalej

O słoniach, więc DOBRY, ale ostrożnie: Pieśń Słonia

Za: pmcvariety.files.wordpress.com

Za: pmcvariety.files.wordpress.com

BuzzFeed opublikował kiedyś artykuł o ministrze spraw zagranicznych Austrii, który w dniu nominacji liczył 25 lat. Radosne memy, ukazujące żółtodzioba w rozmowach ze światowymi przywódcami, zakończone były retorycznym pytaniem: „A ty co zrobiłeś ze swoim życiem?” Podobne wyrzuty sumienia mam, gdy śledzę karierę Xaviera Dolana — Kanadyjczyk w wieku 20 lat stał się sensacją festiwalu w Cannes za film „Zabiłem moją matkę”, by przed 25. urodzinami mieć na koncie pięć obrazów. Choć nie wiem, gdzie w swoim życiu popełniłem błąd (ok, jest parę tropów), to wiem że „Pieśń Słonia” nie jest najbardziej porywającym dramatem. Choć na usprawiedliwienie, tym razem ograniczył się do odegrania głównej roli, co wyszło mu znakomicie.

Czytaj dalej

DOBRE filmy w Chinach, cz. I: Hawajskie dżender w Szanghaju

Za: leiculture.com

Za: leiculture.com

Najpierw Współautorka opuściła Europę (i komputer), by otrzeźwić płuca i umysł w rześkim powietrzu Ameryki Północnej, gdzie roślinność lasu deszczowego strefy umiarkowanej jest tak obfita, że człowiek stojąc obok wznoszących się na dwa metry krzaków ostrężyn czuje się jak — zacytujmy Współautorkę — „hobbit, tyci krasnoludek”. Zaraz potem ja sam rozstałem się ze swim komputerem, by udać się tam, gdzie — fakt — też jest zjawiskowa przyroda, ale przede wszystkim cholernie zadymiona smogiem dumna cywilizacja, wschodząca potęga światowa twardo opierająca się facebookom i googlom, czyli Chiny. I tak oto na parę dni wyłączyliśmy się z obiegu internetowego. Pora nadrobić zaległości i szybciutko, w pierwszej części filmowej relacji z Chin, napisać o DOBRYM szanghajskim festiwalu i pewnym filmie nurtu LGBT z Hawajów.

Czytaj dalej

Niedzielny misz-masz: film, krótki metraż i festiwal.

Z cyklu  „Coś innego”. Dzisiaj pokrótce o pewnym filmie z Malezji (w końcu wypadałoby się zaznajomić z lokalną kinematografią); krótkim metrażu z Kanady, jaki koleżanka z Filipin poleciła na kaca oraz o intrygującym i DOBRYM festiwalu dokumentów, jaki startuje na dniach w Polsce. 

Czytaj dalej

DOBRY film z intrygującą potrawą, czyli „What if”

Co jakiś czas trafiamy na film, którgo polski tytuł jest tak durnie dobrany, że go bojkotujemy. Oto jeden z takich przypadków. U nas w kinach to się nazywa „Słowo na M”., prawdopodobnie dlatego, że w niektórych anglojęzycznych krajach reklamowano ten film jako „The F Word” (chodzi oczywiście o FRIENDSHIP). Niestety zamiast „Słowa na P” (jak PRZYJAŹŃ) mamy generyczny tytuł, który mógłby nosić jakikolwiek film. 

źródło: radiotimes.com

źródło: radiotimes.com | Grają DOBRY film!

What if/The F Word

Kanada, Irlandia 2013

reż. Michael Dowse

scen. Elan Mastai (na podst. sztuki T.J. Dawe’a i Michaela Rinaldiego)

wyk. Zoe Kazan, Daniel Radcliffe, Adam Driver, Mackenzie Davis

Lato się chyba naprawdę skończyło. Jest wstrętnie, zimno, czasem siąpi. Brr. Trzeba owinąć się kocykiem i obejrzeć coś uroczego. Ten film jest i uroczy, i DOBRY. A na dodatek inspiruje kulinarnie (o tym później). Strzał w dziesiątkę.

Gdzieś już to widzieliśmy: Wallace (Radcliffe) i Chantry (Kazan) poznają się na imprezie, gdzie dobrze im się gada przy lodówce z fajnymi magnesami. On jest sfrustrowany, ona ma chłopaka. Zostają przyjaciółmi. Czy tylko to ich łączy? Co by było gdyby…?

Jak zobaczyłam zwiastun pomyślałam: „O nie! Kolejny przewidywalny film, w którym się udowadnia, że kobieta i facet niby nie mogą się  przyjaźnić, a tym razem jeszcze  trzeba oglądać tą parszywą mordę Radcliffe’a. Ale było z niego ładne dziecko, a teraz co?”. Tak pomyślałam, nic na to nie poradzę. Na szczęście film mnie pozytywnie zaskoczył, a nawet szczegóły zakończenia mnie trochę zdziwiły (pozytywnie). Oczywiście, nie trudno domyśleć się, jak to się skończy (kto z kim itd.), ale „What if” pokazuje, że kobieta i mężczyzna MOGĄ się przyjaźnić, nawet jeśli potem ta przyjaźń może się przerodzić w coś bardziej romantycznego. A nawet Radcliffe nie dość, że mnie tym razem nie denerwował, to był całkiem w porządku, zwłaszcza, że jest bardzo dobrze zgrany z Zoe Kazan, która jest tu świetna.

Czytaj dalej

ZŁY film: Wróg

Za: geeknation.com

Za: geeknation.com

„Enemy”

Hiszpania, Kanada, 2014

reś. Denis Villeneuve, scen. Javier Gullón

wyk. Jake Gyllenhaal, Mélanie Laurent

Intrygujący plakat (na samym dole tej recenzji) z miastem wyrastającym z głowy zarośniętego Jake Gyllenhaala zobaczyłem jeszcze w Amsterdamie, więc z radością i niecierpliwością czekałem na seans. Półtoragodzinny thriller, dziejący się w przymglonym Toronto. Niepokojący od pierwszych minut, z trzeszczączą wywołującą gęsią skórkę muzyką, niedopowiedzeniami, świetną pracą kamery, no i trzymającym jak zawsze klasę Jakem Gyllenhaalem. Do tego Mélanie Laurent („Bękarty Wojny”) i epizodycznie Isabella Rosselini (m. in „Blue Velvet” i nieco mniej znana, ale cholernie dobra „Najsmutniejsza muzyka świata” Guy’a Maddina). Za wszystkim stać miał Denis Villeneuve, który DOBRYM „Labiryntem”, (gdzie wykorzystał już talenty Gyllenhaala), pokazał, że potrafi zmontować trzymający w napięciu thriller, posługując się minimum środków artystycznego wyrazu. Wszystko to w oparciu o prozę Nobilisty, Jose Saramango, jakiego poprzednie dzieła też już zostały przeniesione na duży ekran. Niestety, tak jak mnie mnie niezbyt przekonało „Miasto Ślepców”, tak i teraz „Wróg” okazał się być dużym rozczarowaniem. Ale w zupełnie innym tego słowa znaczeniu.

Czytaj dalej

Dobry film dokumentalny: Historie rodzinne

źródło: rogerogreen

źródło: rogerogreen

Stories We Tell

Kanada 2012

reż. i scen. Sarah Polley

Zawsze uwielbiałam oglądać stare zdjęcia rodzinne i męczyć krewnych by opowiadali mi liczne historie z ich życia, czy życia tych protoplastów, których nie dane mi było pamiętać. Zdjęcia są różnorakie: kilkuletni dziadziuś w góralskim kubraczku, prababcia z kotem w tatrzańskim schronisku, nobliwe ciotki uchwycone jeszcze jako śliniące się, nagie bobasy. Jest też wiele rodzajów opowieści rodzinnych: te śmieszne (np. o tym, jak sędziwy prapradziadek Apolinary wyskakiwał z tramwaju na zakręcie), te smutne, te zabawne anegdotki, które wydają się fascynujące i lubimy je opowiadać tylko dlatego, że zdażyły się dawno temu i nie dotyczą nas bezpośrednio. Są też historie tajemnicze, o których dowiadujemy się pobierznie, lub których możemy się tylko domyślać. Jakieś podejrzane zdjęcie nieznanego dziecka czy kogoś w nie tym mundurze, znaleziony list, kartka pocztowa podpisana nie tymi inicjałami. Historie, które nigdy już nie zostaną wyjaśnione, ponieważ nie ma już tych, co mogliby wypełnić luki i rozwiać wątpliwości w rodzinnych legendach.

Parę lat temu Sarah Polley (aktorka i reżyserka o której już pisaliśmy: tu i tu) postanowiła  — póki to możliwe — sprawdzić, ile prawdy jest w żartach jej rodzeństwa o tym, że jej ojcem nie jest ich tata, a przy okazji dowiedzieć się więcej o swojej matce, która zmarła, gdy Polley miała jedenaście lat. Parę lat po dokonaniu ciekawych i zaskakujących odkryć, reżyserka, pod pozorem tworzenia filmu o tym, w jaki sposób opowiadamy o swojej przeszłości i kształtujemy wspomnienia swoje i innych, opowiada poruszającą historię swojej rodziny, jak również dzieje odkrywania szczegółów tej historii.

Czytaj dalej

DOBRE Filmy z Warszawskiego Festiwalu Filmowego

Chyba się zaraziłem. Wiecie jak to jest?

Najpierw człowiek jedzie na duży i popularny festiwal. I odkrywa zupełnie nowy świat. Zostaje pochłonięty przez niesamowitą atmosferę, poznaje od groma nowych ludzi, którzy podobnie jak on, potrafią pomimo narastającego zmęczenia siedzieć cały dzien w kinie, tak by pod wieczór mieć w głowie jeden wielki misz-masz wszystkich obrazów, jakie się widziało. Do tego dochodzą drzemki w trakcie seansów, jakie na początku wydają się być młodemu kinomaniakowi grzechem najcięższym, a dopiero po jakimś czasie okazują się być nieodłączną częścią festiwalowego przeżycia. Etap drugi przynosi narastające rozczarowanie ulubionym festiwalem. Nabite punkty expa (ze slangu RPG – doświadczenia) budzą w człowieku odruchy zrzędzącego na wszystko konserwatysty (grumpy conservative, haha, nie jest to fachowy termin politologiczny, żeby nie było:D), że kiedyś to były filmy, atmosfera i ludzie, a teraz uzbrojona w iPhony gimbaza rości sobie prawa do bycia prawdziwym festiwalowiczem. No i przychodzi etap trzeci – odkrycie, że jest życie i fun poza naszą oazą, słowem – inne festiwale. Nerwowe szukanie dookoła jakichś większych eventów.

I tak dochodzimy do sposób radzenia sobie z jesienną depresją, powiosennym głodem kulturalnych imprez zaczynanych z rana piwem i odliczaniem czasu do ukochanego festiwalu. Nie ukrywam, po latach jeżdżenia na Kosakowe Pole i do Wrocławia postanowiłem zobaczyć, jak to robią inni. Wprawdzie Warszawa nie jest wcale tak blisko, ale za dużo czytałem ostatnio o Warszawskim Festiwalu Filmowym, by nie skorzystać. Jestem niestudiującym studentem (tzn. obroniłem się w czerwcu, ale do konca października br. korzystam z przywilejów studenckich), dlatego postanowiłem wybrać się na jeden dzień do powracającej do normalnego życia po gorączce referendum stolicy i sprawdzić, cóż tam puszczają.

Czytaj dalej

DOBRY film: Daleko od niej

„Don’t worry, darling. I expect I’m just loosing my mind.”

Away from her

Kanada 2006

reż. i scen.Sarah Polley, na podstawie opowiadania Alice Munro „The Bear Came Over The Mountain”

wyk. Julie Christie, Gordon Pinsent

Pierwsze opowiadanie z tomiku Alice Munro „Hateship, friendship, courtship, loveship, marriage” (polski tytuł „Kocha, lubi, szanuje”) to historia o psikusie który dwie nastolatki robią pomocy domowej. Ostatnie, „The Bear Came Over the Mountain” (za diabła nie wiem jak to przetłumaczyli), opowiada o małżeństwie z ponad czterdziestoletnim stażem, Grancie i Fionie, oraz ich wspólnych zmaganiach gdy Fiona zapada na chorobę Alzheimera.

Właśnie zaczynałam czytać to opowiadanie, kiedy dowiedziałam się, że Alice Munro dostała (bardzo zasłużonego) Nobla. Wiedziałam, że Sarah Polley („Take this waltz„) wyreżyserowała adaptację tego opowiadania, więc zbieg okoliczności polegający na tym, że właśnie je czytałam podczas ogłoszenia tegorocznej Noblistki uznałam za znak z Niebios by zobaczyć „Away from her” i, rzecz jasna, moje wrażenia Wam opisać.

Tak samo jak w wielu swoich opowiadaniach Munro bawi się chronologią wydarzeń, tak samo Polley skacze z jednego wydarzenia w drugie. Mamy srogą kanadyjską zimę, mamy krótką wiosnę i lilie, mamy młodość, mamy starość, mamy wspomnienia. Czytając zastanawiałam się, jak została przeniesiona na ekran mowa pozornie zależna stanowiąca ważny element opowiadania. Polley w mistrzowski sposób wcieliła przemyślenia bohaterów i rozważania narratora w dialogi. W ogóle film jest bardzo wierny oryginałowi, nie tylko jeśli chodzi o akcję i dialogi, ale i o oddanie — w tym przypadku przy pomocy muzyki i pięknych zdjęć — słodko-gorzkiej atmosfery całości. Julie Christie wspaniale poradziła sobie z rolą Fiony — te jej przebłyski świadomości, te momenty zakłopotania i te chwile, kiedy nie rozpoznaje swojego męża są świetnie zagrane i naprawdę wzruszają. Grający Granta Cordon Pinsent przekonująco gra męża który widzi, jak jego ukochana żona się zmienia, który sam już nie wie, kim ona jest i czy to, co ich łączyło się liczy.

Trudno pisać o tym bez zdradzania i spłaszczania fabuły. I opowiadanie, i film, to piękna i smutna historia miłości takiej, o której raczej się mało mówi i to w sytuacjach, o których raczej nie chcemy myśleć, choć prawdopodobnie wielu z nas się w nich znajdzie. Dlatego radzę, byście w wolnej chwili sięgneli po twórczość tegorocznej Noblistki oraz po ten film, który zdecydowanie jest DOBRY.

Rybka

Ciekawoska: Głos Gordona Pinsenta znany jest dzieciom anglojęzycznym jako głos Słonia Barbara. Ta informacja nie ma wiele wspólnego z filmem, ale mnie zaciekawiła.

DOBRY FILM: Take This Waltz

 

Take this Waltz

Kanada 2011

reż. Sarah Polley

wyk. Michelle Williams, Seth Riogen, Luke Kirby

Jakiś czas temu nasza czytelniczka Agata podesłała na naszą stronę linka do informacji o tym filmie na filmwebie, żebyśmy obczaili (swoją drogą, nie wierzcie opisom na filmwebie! wprowadzają w błąd!). Dzięki, Agato!

A teraz do rzeczy.

Po obejrzeniu zwiastuna i plakatu (nie tego zalinkowanego powyżej) spodziewałam się dobrej komedii romantycznej plus kilku niesmacznych żartów od Setha Riogena. Oj, jak się myliłam… Prawdę mówiąc, dalej nie wiem co to jest za film. Jest śmiesznie, jest romantycznie, ale to nie jest komedia romantyczna. Jest smutno, jest romantycznie, miałam chwilami łzy w oczach (a to, z ust spod klawiatury takiego cynika jak ja dużo mówi), ale nie jest to wyciskacz łez à la Nicolas Sparks. Są długie spojrzenia, jest deszcz, jest zachód słońca, jest jezioro, jest sikanie do wody, ale nie wywołuje to mdłości i znudzenia.

Z wielu względów ten film nie powinien mi się podobać. Zwykle nie lubię filmów w których ludzie nie mogą się zdecydować  — a tu mamy mężatkę z sześcioletnim stażem, która ma kochającego męża i czarującego sąsiada i nie wie co robić, i patrzy w dal, i ma minę jakby miała problemy żołądkowe. ALE JEDNAK MI SIĘ PODOBA. Dlaczego?

Nie tylko dlatego, że Seth Riogen (który już w „50/50” pokazał, że potrafi połączyć aktorstwo komediowe z dramatycznym, a tutaj pokazał, że potrafi grać subtelnie) jest autorem książek kucharskich i ciągle gotuje kurczaka — przez co ślinka ścieka po brodzie. Nie tylko dlatego, że film świetnie wykorzystuje jedną z moich ulubionych piosenek (przekomiczny teledysk zamieszczam poniżej, radzę uważnie obejrzeć całość).

Nie tylko dlatego, że ujęcia są śliczne. Nie tylko dlatego, że zdaje test Bechdel (hurra!). Dlatego również, że Sarah Polley — którą pewnie kojarzycie z dziecięcej roli Sary Stanley w „Drodze do Avonlea” — świetnie to wyreżyserowała . Kto by pomyślał, że mała blondwłosa sierota z serialu na podstawie L.M. Montgomery wyrośnie na całkiem dobrą reżyserkę, która potrafi w jednym filmie połączyć sceny czułe, śmieszne, urocze i łamiące serce. Udało jej się tak pokazać bohaterów, że widz ich obserwuje, może się utożsamić, widzi wady i zalety i może sam ocenić postacie. Nie mamy narzuconych poglądów w stylu: „o, on jest złym, nieczułym chamem, a ta tam to zimna suka”, sami możemy wyrobić sobie zdanie. I, mimo, że balansuje na krawędzi różnych tropów i klisz, udaje się Polley uniknąć zbytniej cukierkowatości, w chwilach zagrożenia przesłodzeniem i zachłyśnięcia się pozorną sielanką (ups… przesadziłam z tym obrazem mentalnym) wylewa nam dzbanek zimnej wody na głowę i doprawia kurczaka gorczycą (czy gorczyca jest gorzka?).

Więcej nie powiem, bo nieusilnie próbuję uniknąć spoilerów, a element zaskoczenia jest najlepszy. Więc tak jak ja zaufajcie czytelniczce Agacie i obejrzyjcie ten film!

Rybka

PS. Jakby ktoś z Was chciał przeczytać recenzję filmu,czy to ZŁEGO, czy DOBREGO, niech podrzuci nam w komentarzu do posta lub przez fb.