DOBRY film: Motyl Still Alice

rogerebert.com

rogerebert.com

Idąc na ten film planowałam (jak to ja) wybrzydzać w recenzji na tłumaczenie tytułu. Wróciłam jednak tak przygnębiona, że nawet nie mam ochoty się czepiać. Ostrzegam: jest to ciężki film, pokazujący to, czego się boimy (w stosunku do siebie czy bliskich). Z sali kinowej wszyscy wyszli pośnupując. 

W ciągu ostatnich kilku lat powstało dużo bardzo różnych filmów o ciężkich chorobach, czy też raczej filmów  o rodzinach zmagających się z pogarszającym się stanie bliźnich: od Miłości Hanekego, przez Gwiazd naszych winę, ,  Chce się żyć, Daleko od niej, czy dwie biografie Hawkinga. Still Alice, traktujący o pięćdziesięciolatce dotkniętej wczesnoujawniającą się, dziedziczną odmianą Altzheimera jest oparty na powieści autorstwa Lisy Genovy, która swoją drogą ma doktorat z neurobiologii.

Czytaj dalej

ZŁY film: Igrzyska śmierci. Kosogłos. Część I

Za: hdwallpapers.in

Za: hdwallpapers.in

The Hunger Games: Mockingjay Part 1

USA, 2014

reż. Francis Lawrence, scen. Danny Strong, Peter Craig

wyk. Jennifer Lawrence, Josh Hutcherson, Philip Seymour Hoffman

Znalazłem w Internecie recenzję, która — jak mi się wydawało — w sumie dosyć trafnie podsumowuje najnowszą część “Igrzysk Śmierci”. Przypomnijmy, “Kosogłos” jest pierwszą częścią trzeciej części trylogii opartej na bestsellerowej powieści dla młodzieży autorstwa Suzanne Collins. Na portalu foch.pl możemy przeczytać m. in. tak (podkreślenia moje):

Znowu premiera, z okazji której cały świat wstrzymał oddech? Co tym razem? Ach, kolejna część “Igrzysk śmierci”. Która to już, piętnasta? I co za tłumaczenie, przecież wszyscy wiedzą, że oryginał nazywa się “Igrzyska Głodu”, nie można było tak zostawić? I kto by tam sięgał po książkę, przecież została już prawie całkowicie zekranizowana!

Czytaj dalej

ZŁY film: Don Jon

źródło: digital spy

Don Jon

USA 2013

reż. i scen. Joseph Gordon-Levitt

wyk: Joseph Gordon-Levitt, Scarlett Johansson, Julianne Moore

Nie wiem, czy wiecie, ale recenzję Współautora na temat drugiej części Thora skomentował sam Loki, przysyłając jeszcze laurkę Współautorce. Jesteśmy bardzo wdzięczni, że wybaczył nam  drobne niedociagnięcia, a ja dziękuję też Współautorowi, że napisał, że to DOBRY film, cały czas drżę co by było w przeciwnym razie. Jednyne, co możemy zrobić w podzięce zarówno Lokiemu, jak i pozostałym naszym wiernym czytelnikom, to ostrzec przed zmarnowaniem cennego czasu na oglądaniu ZŁEGO filmu. 

Tak, to DOBRA laurka:)

Tak, to DOBRA laurka:)

Ok, przejdźmy do filmu.

Lubię Josepha Gordon-Levitta jako aktora, jednak reżysersko-scenarzystowski debiut mu się nie udał. Miał dużo pomysłów, chyba aż za dużo. Film oglada się jak dwa filmy niezdarnie pozszywane ze sobą.

Najpierw chciał pokazać w cyniczny sposób jak to kobiety, egoistyczne księżniczki, bezmyślnie wierzą komediom romantycznym oraz mężczyźni — te wstrętne oblechy — nie potrafią zbudować prawdziwej relacji poprzez idealizowanie rzeczywistości, na swój własny sposób. Potem uznał, że fajnie byłoby jednak zaznaczyć, że coś w rodzaju prawdziwej miłości może pomiędzy nimi zaistnieć, choć tylko jak się znajdzie “odpowiedznią osobę”. Niestety, zamierzony cynizm pierwszej części zginął, zasłodzony na śmierć.

Czytaj dalej

DOBRY film: What Maisie Knew

“What Maisie Knew”

USA 2012

reż. Scott McGehee, David Siegel

 sc. Nancy Doyle, Carroll Cartwright (na podst. powieści Henry’ego Jamesa)

wyk. Onata Aprile, Julianne Moore, Alexander Skarsgård, Joanna Vanderham, Steve
Coogan

Pozdrawiam Was z Włoch. Być może do miejsca mojego pobytu bardziej pasowałaby recenzja “Pokoju z widokiem”, jednak modernizacja powieści (czy raczej części powieści) Henry’ego Jamesa poniekąd też jest aktualna — w końcu to Italię pisarz ten stawiał za przykład europejskiego zepsucia. 

Ale nie w “What Maisie Knew”: książka opisuje dzieje dziecka postawionego pomiędzy dwójką nie mogących się dogadać rodziców, będącego nawet nie stawką, ale narzędziem w grze “kto komu zrobi bardziej na złość” — łatwiej jest to sobie wyobrazić jako coś napisanego nie tak dawno, a nie w 1897 roku. Henry James był jednym z pierwszych pisarzy, którzy zwrócili uwagę na sytuację dziecka w przypadku rozwodu rodziców, był prekursorem tych wszystkich wszystkich Kramerów i Baumbachów.

Twórcy filmu nie mieli wielu problemów z modernizacją — wycieli jedną ważną bohaterkę, przenieśli akcję z Londynu do Nowego Jorku, zakończyli film tam, gdzie książka robi się nudna. Zakończenie jest równie nieprzewidywalne, choć — w związku ze zmianami — inne (świadomość tego, co będzie może sprawić, że ci co mają lekturę za sobą trochę inaczej odbiorą film). Sam szkielet historii jest bardzo Jamesowski, zachowany jest punkt widzenia dziecka, a moim zdaniem sami rodzice są lepiej zarysowani niż w oryginale. Tu matka (Julianne Moore) jest starzejącą się rockmanką (rockwomanką?), która kocha córkę, choć za diabła nie wie, jak się nią zająć i zapłaci każdą cenę, by wskrzesić karierę, a zabiegany papa (Steve Coogan — człowiek posiadający fisjognomię która sama prosi  by go obsadzić w roli pacana) trochę się dziecka boi a raczej ucieka jak może przed odpowiedzialnością i radzi sobie z nim równie źle jak matka, ale jakoś mu na Maisie zależy. Książkowi rodzice mają małą gdzieś, głównie się nienawidzą i cudzołożą z kim popadnie (James z jakiegoś powodu strasznie potępia cudzołożników). Filmowi rodzice też się nienawidzą, jednak kochają dziecko — na swój sposób. Potem na arenę wkracza nowa macocha (Joanna Vanderham) oraz wysoki blond ojczym (Alexander Skarsgård, który tu wcale nie jest wampirem). 

Autorka nie zazdrości bohaterce sytuacji rodzinnej, jednak chciałaby mieć tak wypasione ciuchy jak Maisie. Też chcę mieć sukienkę w ryby!

Utrzymany z punktu widzenia małej dziewczynki, film w ciekawy sposób ukazuje historię dziecka, które jakoś dobrze sobie radzi w ciągle zmieniającym się, chaotycznym życiu nieznoszących się rodziców, lecz które potrzebuje ciepła i miłości. Coś, co mogło być ckliwym wyciskaczem łez wyszło niebanalnie, z bardzo dobrym wyczuciem i równowagą tego co smutne,  tego co urocze, co śmieszne i co okropne, a różne relacje Maisie z poszczególnymi dorosłymi, jej dostosowywanie się do sytuacji i nastrojów zostały świetnie oddane przez małą (siedmioletnią?) Onatę Aprile.

Polecam, niezależnie czy się czytało powieść czy nie. No dobra, zawsze radzę przeczytać książkę, ale tym razem równie dobrze można to zrobić po obejrzeniu filmu.

Ryba

A, wsadzam i zwiastun: