DOBRY film: System

Za:cdn.hitfix.com

Za:cdn.hitfix.com

Ostatnio Współautorka pisała o irańskim filmie zrobionym przez Amerykanów, to i teraz utrzymujemy się w multikulturowej i konfundującej konwencji — (anty)rosyjski obraz, nakręcony też przez Jankesów, na podstawie brytyjskiego bestsellera. Co od razu godne odnotowania: „System” osadzony jest w paskudnych latach 50. w ZSRR. Ku mojej radości, z duża dozą realizmu oddano realia tamtych czasów, a wartka i emocjonująca akcja, pozwalają wybaczyć radosne próby nadania wszystkiemu większej autentyczności, za pomocą ryzykownego manewru by Tom Hardy i Gary Oldman mówili z silnym akcentem wschodnioeuropejskim.

Czytaj dalej

ZŁY malezyjski film zrobiony przez Japończyków: NOTA

Za: i.ytimg.com

Za: i.ytimg.com

W trakcie festiwalu AIFFA na Kuchingu poznałem małżeństwo Tanaka, Japończyków, stających za „Notą” (właściwie należałoby powiedzieć „Notatką”, bo o to się cała rzecz w filmie rozgrywa, niemniej w poście trzymam się oryginalnego tytułu). Na prelekcję Yasu trochę się spóźniłem, ale zdążyłem zarejestrować, że opowiadał on o scenariuszach, właśnie w kontekście nadchodzącej premiery „Noty”. W kraju, którego toczą te same filmowe zgryzoty, jakie znamy z rodzimego podwórka — sztuka kontra biznes, naśladownictwo za Hollywoodem przy braku środków i umiejętności, do tego (już lokalna specyfika) czyli wredna cenzura — wydawało się, że przyłożenie szczególnej uwagi do historii da przynajmniej dobre widowisko. Tymczasem mam wrażenie, że pierwszy lepszy reżyser dałby w zęby każdemu, kto przyszedłby do niego i w paru słowach zreferował pomysł na scenariusz, jaki zrealizowano w „Nocie”.

Czytaj dalej

Bardzo Dobry ale Bardzo Długi Film o Filmie: The Story of Film. An Odyssey

The Story of Film. An Odyssey.

Wielka Brytania, 2011

reż. Mark Cousins

Niniejsza recenzja pierwotnie została opublikowana 09/2013 na zaprzyjaźnionym portalu pulpozaur.pl w ramach tzw. występów gościnnych, praktykowanych przez Autorów tego bloga. Z niewielkimi zmianami tekst ten ukazuje się dzisiaj na naszych łamach. 

Jak pisał wybitny historyk sztuki: „Czy nam się to podoba czy nie, kino – bardziej niż jakakolwiek inna siła – ukształtowało opinie, smak, język, stroje, zachowanie, a nawet fizyczny wygląd publiczności”. Jak dodaje dalej: „Gdyby prawo zmusiło wszystkich poważnych poetów lirycznych, kompozytorów, malarzy i rzeźbiarzy do zaniechania swej działalności – uświadomiłaby to sobie niewielka część szerokiej publiczności. […] Lecz gdyby to samo stało się z kinem, konsekwencje społeczne byłby katastrofalne”.

W samym 2012 r. filmy zarobiły prawie 35 mld dolarów na całym świecie. Wiadomo, że liderem jeśli chodzi o produkcje są Indie (1325 filmów w ostatnim roku), potem Nigeria (826), brąz dla USA (520). Ogólnie trochę tego jest, jeśli do tego dodamy pozostałe kraje, w tym Polskę z radosnymi czterdziestoma produkcjami. Żaden z tych filmów – co jasne – nie powstaje w próżni, każdy z nich jest osadzony w jakiejś kulturze, tradycji, zmontowany został w konkretnym kraju, ale zarazem nawiązuje do światowej tradycji kinowej. Uniwersalność języka „ruchomych obrazków” jest niezaprzeczalna.

Źródło: Karlove Vary International Film Festival

W tym momencie rodzi się pytanie: jak w takiej sytuacji zrealizować zadanie opisania ponad 120 lat tej niezwykle popularnej sztuki? Jak się nie pogubić w gąszczu coraz to nowych produkcji? Czy da się znaleźć jakieś wzory, schematy, połączyć dzieła klasyczne z tym, co się dzieje we współczesnym kinie? I zrobić to tak, by nie powstało liczące tysiąc godzin dzieło, gubiące w natłoku informacji sedno, jakim jest próba ogarnięcia tego, co się działo z kinematografią od jej początków po dzień dzisiejszy?

Cóż – da się. Facet, który tego dokonał, nazywa się Mark Cousins. Jest północnoirlandzkim krytykiem filmowym i potrzebował dokładnie dziewięciuset minut, by tego dokonać.

Panie i Panowie, przed nami – że oddam głos samemu reżyserowi – „epicka opowieść o innowacji, poprzez dwanaście dekad historii, sześć kontynentów i tysiąc filmów” – The Story of Film. An Odyssey

Czytaj dalej

ZŁY Film: JOBS

steve-jobs-movie-jobs2013-poster-ashton-kutcher-jobs-movie-official-movie-poster-jobs-movie-pictures-jobs-2013-movie-stills

„Jobs”

USA, 2013

reż. Joshua Michael Stern, sc. Matt Whiteley

wyk. Ashton Kutcher, Josh Gad,

Kinowe adaptacje historii wielkich osobowości to ciężka sprawa. Wiadomo – na wstępie poprzeczka podniesiona jest nieco wyżej, bo zawsze będziemy oczekiwać, że film swoją jakością zbliży się do formatu postaci, o której traktuje. Trzeba jakoś w miarę wiernie odtworzyć fakty, ale fajnie by było jeszcze wykazać się jakąś artystyczną inwencją, jeśli nie chcemy kręcić fabularyzowanych dokumentów, które ogląda młodzież na lekcjach historii w gimnazjum .

Takie filmy można zrealizować na dwa sposoby. Albo bierzemy na tapetę jedno wydarzenie z życia naszego bohatera i wokół tego konstruujemy całą fabułę, wzbogacając o jakieś elementy z przeszłości. Tak zrobił Besson z opowiastką o Aung San Suu Kyi („Lady”), gdzie punktem wyjścia do ukazania legendy birmańskiej opozycji były wydarzenia polityczne sprzed parudziesięciu lat i dramat, jakim była niemożność wzięcia udziału w pogrzebie męża. W przypadku oskarowego „Lincolna” wielkość najfajniejszego prezydenta USA pokazana została poprzez jego starania o zakończenie wojny secesyjnej i równoczesne przepchnięcie XIII poprawki do konstytucji.

Z drugiej strony można próbować ugryźć sprawę nieco bardziej (wybaczcie, magistra politologii mam, to się powyżywam) holistycznie. Pojście takie może dać niezłe rezultaty, szczególnie jak dodamy jeszcze takie szaleństwo, jak odgrywanie postaci głównego bohatera przez kilku aktorów, co przetestowano w biografii filmowej Dylana, granego przez Cate Blanchett (!), Heatha Ledgera i paru innych w „I’m not there”. Przy zakreśleniu sobie tak szerokiego tematu może jednak uciec od meritum. W natłoku wydarzeń zagubimy osobowość i uwikłamy ją w serię może i spektakularnych, ale zbyt licznych wydarzeń, z których w sumie nic nie wynika i bynajmniej nie łączą się w jakąś logiczną całość. A na pewno nie mamy wrażenia, że się czegoś dowiedzieliśmy bądź zrozumieliśmy. Klasycznym przykładem jest tutaj dla mnie iście katastrofalna „Żelazna Dama” – seria fantastycznych i spektakularnych dokonań, które wyciskają łzy prawicy na całym świecie („och, kto tak zajadle będzie teraz tępił związki zawodowe, nierobów i oszołmskich argentyńskich nacjonalistów z drugiego końca planety?”), ale poza tym nic więcej. I niewiele pomaga wybitna Maryl Streep.

Dokładnie ten sam błąd popełniono z „Jobsem”. Tylko tutaj akurat niewiele przeszkadza Ashton Kutcher.

Chłopak się akurat niemało stara no i trzeba mu przyznać – nie wychodzi to mu najgorzej. Według niektórych jest to jego „najlepsza rola ever”, no ale biorąc poprawkę na to, w jakich produkcjach na razie występował (ja go znam z „Amerykańskiego Ciacha”, gdzie poza pływaniem w basenie i uprawianiem seksu z kolejnymi utrzymankami musiał niewiele robić i tak głupiej i bezsensownej, że aż DOBREJ komedii „Stary gdzie moja bryka?”) to nie wiem, czy należy taką opinię traktować jako komplement. Sprawiedliwości trzeba oddać, że widać, iż solidnie przygotował się do roli, a i fizycznego podobieństwa nie odmówimy. Są to jednak lata świetlne od tego co wyczyniał Daniel Day-Lewis w „Lincolnie”. Fakt, że pod wieloma względami mniej znamy Lincolna (w końcu żył dwa wieki temu) niż współczesnego nam Jobsa, ale i tak różnicę między Kutsherem, a Day-Lewisem liczyć należy w latach świetlnych.

Jak jednak zaznaczyłem – największym problemem „Jobsa” jest ta kuriozalna chęć pokazania wszystkiego. Po co? Nie ma czasu na próbę zrozumienia bądź wyjaśnienia fenomenu do niedawna jednego z najbardziej wpływowych ludzi na świecie. Skaczemy od jednego znanego z gazet/biografii Jobsa wydarzenia do drugiego. Od czasu do czasu nasz bohater wykaże się sprytem, inwencją twórczą, kreatywnością, bezczelnością, albo powie taką kwestię, że wiemy, że jest geniuszem, który zmieni świat. Raz jest zamyślonym i nieco socjopatycznym Einsteinem, raz psychopatą, kiedy indziej kochanym ojcem (a czasem mniej kochanym ojcem:), ale te wszystkie obrazy właściwie niewiele łączy i nic z nich nie wynika. Spod tego wszystkiego wyziera niestety dramatyczny brak koncepcji na to, o czym właściwie ma być ten film. O Jobsie (jak sugeruje tytuł), Apple’u, a może najbliższym współpracowniku tytułowego bohatera – Wozniaku? Który – przy okazji – jest najbardziej wyrazistą i intrygującą postacią filmu. Złośliwy – urzeczeni kreacją Josha Gada – komentowali, że woleli, by film nosił tytuł „Woz” i przyglądnął się jednej z najważniejszych postaci odpowiedzialnej za sukces Apple’a.

first-jobs-trailer

– Co robicie w tym garażu?
                                                 – Zmieniamy świat…
                                                  Źródło: media.idownloadblog.com

Twórcy dosyć często ratują się naiwnym tryumfalizmem i entuzjazem zbudowanym na pięknie tego, co robił i tworzył Jobs. Mam jednak wrażenie, że jest to bezczelne granie naszą świadomością – to nie film nas wzrusza, ale nasza świadomość, że facet był naprawdę osobowością na miarę największych innowatorów w historii (a przynajmniej tak się nam na razie wydaje. Za parę lat, kiedy zamkną internety, miejsce największych kłamców w historii (Freuda, Marksa i Nietzschego) zajmie cyfrowa trójca (Gates, Jobs, Zuckerberg) i nikt nawet nie będzie pamiętał o takich niszczących naszą psyche badziewiu jak smartfon czy facebook. Zobaczycie, tak będzie!).

Chciałoby się oczywiście powiedzieć, że jasne, jest jak jest, ale przynajmniej dobrze się to ogląda, a i muzyka jest fantastyczna. No, niestety – nie jest. Długaśne to przeraźliwie, co gorsza ścieżka dźwiękowa jest dosyć nachalna i jednak mało – co mnie bardzo zaskoczyło – inwencyjna. Jak cały film – pustka i dętka, którą jak najszybciej będziemy chcieli wywalić z pamięci.

Potwierdza się niestety, że czasem to życie pisze najbardziej pasjonujące historie.

Sorry Ashton. Ale się starałeś:)

Słoń

ZŁY film: Iluzja

NYSM

Now You See Me

USA 2013

reż. Louis Leterrier sc. Boaz Yakin, Edward Ricourt, Ed Solomon

wyk. Jesse Eisenberg, Mark Ruffalo, Woody Harrelson, Isla Fisher, Dave Franco, Mélanie Laurent, Morgan Freeman, Michael Caine

Niezobowiązująco, wakacyjnie, z wielką intrygą, mnóstwem pościgów i doborową obsadą? A pewnie! „Iluzja” od początku wyglądała na radosne kino klasy B, akuratne na koniec wakacji i miłe rozpoczęcie dnia. Takie, przy którym można spokojnie wyłączyć mózg i popijając piwo delektować się przepięknie nakręconym rozpieprzem, pościgami i wdziękami znanej z „Bękartów Wojny” Mélanie Laurent.

Pomysł jest i to całkiem niezły. Najpierw zbieranie ekipy. W tym przypadku nie jest to jednak parszywa dwunastka, ale czterech jeźdźców iluzjonistycznej apokalipsy: Mark Zuckenberg (Jessie Eisenberg), Nastoletnie Ciacho z „21st Jump Street” (Dave Franco),  Sierżant Keck z „Cienkiej czerwonej linii” (Woody Harrelson) i bliżej nieznana młódka (Isla Fisher), której kreację nasza pamięć kasuje natychmiast po wyjściu z kina. Każdy z nich jest specjalistą w swojej dziedzinie, dlatego mamy miecz Gimliego, łuk Orlano Blooma i pierścienie, z połączenia których nie otrzymujemy Kapitana Planety, ale – przy delikatnej inspiracji Tajemniczego Organizatora Całego Przedsięwzięcia – kwartet magików, zajmujący się się okradaniem banków w czasie pełnych rozmachu pokazów. Ich ofiarą pada m. in. milioner Arthur Tressler (Miachel Cane, czyli Alfred z Batmana Nolana), którego konta bankowe – jak się gdzieś wyzłośliwiano w necie – są chronione jak poczta na onecie. Ich sztuczki stara się rozgryźć sfrustrowany i łasy na kasę były-magik Theodorre (Morgan Freeman). Z kolei wszystkich – z różnym skutkiem, ale efektywność nadrabiają efektownością – ściga amerykańsko-francuski duet policjantów grany przez Mélanie Laurent i Marka Ruffalo (znanego z roli pomocnika Leonardo z „Shutter Island”).

Rozmachu filmowi nie brakuje, oj nie! Wodze niszczycielskiej fantazji zostają spuszczone z łańcucha i się dzieje, jak na wysokobudżetówkę przystało. Każdy kolejny show magików jest coraz większy, tak by osiągnąć finał, przy którym londyńska promocja Nokii Lumia deadmau5a, wygląda jak machanie migającą latarką pod kołdrą do dźwięków chili-zet. Do tego niezliczone pościgi samochodowe, wybuchy i eksplozje oraz kaskada – powiem to – świetnych efektów specjalnych. Wszystko to filmowane jest z fantazją i rozmachem iście hollywoodzkim, operator naprawdę daje z siebie i z kamery wszystko.

Całość ma być trzymającą w napięciu intrygą rodem z „Ocean’s 11” z wielką ilością trotylu i bajerancko-abrakadabrowym lukrem prosto z Harrego Pottera. Wątki się piętrzą, plączą, pełno ci tu zwrotów akcji i zaskoczeń. Policja cały czas ściga występujących w miejscach publicznych artystów-magików-złodziei, aż w końcu mamy wrażenie, że sami nie wiedzą za czym tak gonią. Fabuła gęstnieje, by potem odpuścić i znowu zewrzeć się, tak by przynieść w finale – a jakże – najmniej spodziewane, ale piękne, paryskie zakończenie. Na szczęście po „Koneserze” wiem już, że im mniej coś się klei, tym bardziej szokująca będzie próba utrzymania całości w kupie pod sam koniec.

I co z tego wyszło? No ZŁY nie jestem, bo wiedziałem z co się pakuję, jednak zdecydowanie przekroczono ustawowe normy niewiarygodności filmowej i zbyt daleko przesunięto granice szleństwa. W pewenym momencie robi się fantastycznie i ezoterycznie, a szkoda, bo samą intrygę z magikami-złodziejami by się świetnie oglądało. Mój mózg mimowolnie zaczął pracować, każąc mi liczyć kolejne fantazmaty reżysera, ale gwoździem do trumny jest fabuła, zakończenie, oraz fakt, że trzeba się z tym użerać prawie dwie godziny. Nie jest to jakiś koszmarek, ale ja chyba za mało piwa wypiłem na projekcji i nie chcę być odpowiedzialny, za ogłoszenie, że jest to DOBRY, relaksacyjny film na koniec wakacji.

ZŁY film: Bling Ring

The Bling Ring

USA 2013

reż. i scen.: Sofia Coppola

wyk. Israel Broussard, Katie Chang, Emma Watson

Nastawialiśmy się na ten film. Może to nas zgubiło. Trailer zapowiadał coś DOBREGO.  Nigdy (a do kina oboje chodzimy długo i często), nigdy nie wyszliśmy tak po prostu zmęczeni.

Początek (jak zwykle u Sofii Coppoli) świetny. Temat ciekawy, w dodatku oparty na prawdziwej historii (a właściwie na artykule w „Vanity Fair”). Gromada nastolatków z Los Angeles z łatwością okrada rezydencje Hollywoodzkich celebrytów i chwali się tym na facebooku. W dodatku film kręcono w prawdziwych domach takich sław jak Paris Hilton, Orlando Bloom, czy Megan Fox. Bohaterami tej opowieści są postacie tak głupie i próżne, że to, że ich pierwowzory żyją i właśnie kończą odbywać wyrok, jest w sumie dość smutne.

To mógł być DOBRY film. Właśnie głównie przez ten niewykorzystany potencjał uznaliśmy, że jednak jest to film ZŁY. Ten film tak skupia się na pokazaniu próżności, głupoty i chorej fascynacji „sławą”, że sam staje się, cóż, próżny i głupi. Hermiona świetnie bawi się parodiując głupią kalifornijską dziewuchę, jest kilka fajnych humorystycznych akcentów… Ale po piętnastu minutach zauważamy, że powtarzają się właściwie te same ujęcia: smutne twarze, nocny klub, paradokumentalny wkręt, wciąganie czegośtam przez nos, włażenie do rezydencji, przymiarka butów, super ciuchy, piesek, skarbonka. I tyle. Mogło być napięcie (w końcu wiemy, że ich w końcu złapią, było w gazecie), ale rozciąga się jak nudny jak flaki z rosołem „Somewhere”. Pięć minut (liczyłam) mizdrzenia się przed lustrem. Sześć dwuminutowych „tańców” w nocnym klubie. I tyle. I tyle. I tyle.  Do tego na siłę wrzucony smrodek pedagogiczny (jakże smutno kroczyć w pomarańczowym kombinezonie nie od Versace).

Zmarnowana szansa i wynagrodzenie przestępców, którzy stali się celebrytami, jak ci, których okradali.

Ryba

Hitchcock: DOBRY film

„Hitchcock”

USA 2012

reż. Sasha Gervasi

Anthony Hopkins, Helen Mirren, Scarlet Johanson

Jak robi się film o jednym z najlepszych i najsławniejszych reżyserówświatowego kina trzeba się liczyć z tym, że będzie on porównywany z dziełami Mistrza. Sasha Gervasi poradził sobie bardzo dobrze. Nie imituje nachalnie Hitchcockowego stylu, choć wielokrotnie nawiązuje do jego dzieł — zarówno poprzez charakterystyczne monologi Hitchcocka z „Alfred Hitchcock przedstawia” jak i poprzez ukryte cytaty i aluzje w dialogach. Samym tonem film bardziej nawiązuje do Hitchcockowskiego poczucia humoruniżdo elementu „dreszczowca” – nie traktuje się zbyt serio, raczej pokazuje burzliwą historię powstawania jednego z najbardziej przerażających filmów z przymrużeniem oka. Podkreśla często niedostrzeganą rolę Almy Reville, scenarzystki, montażystki, asystentki reżysera i, co gorsza, żony Sir Alfreda, która nie dość, że miała z nimstały kontakt na planie, to jeszcze musiała go wytrzymywać w domu*. W rolę Almy(niestety, mi to imię zawsze będzie się kojarzyło z supermarketem, przepraszam, z delikatesami) wcieliła się Helen Mirren, w jej męża zaś cudownie pogrubiony Hannibal Lecter ten lokaj  Anthony Hopkins.

Który jest który?

Film zaczyna się tuż po premierze jednego z moich ulubionych (w końcu jest tam Cary Grant) filmów, „Północ, północny zachód”. Sześćdziesięcioletni reżyser już jest trochę znudzony własnym stylem i poszukuje czegoś nowego. Chce znowu zaskoczyć widzów, którzy zdążyli przywyknąć do jego „chwytów”. Co robi? Postanawia nakręcić horror, któryto gatunek, zwłaszcza pod koniec lat pięćdziesiątych, nie był przez nikogo traktowany poważnie (=a na pewno nie przez kogokolwiek kto by chciał wyłożyć  na to złamanego centa). Przyglądamy się, jak państwo Hitchcockowie radzili sobie z „Psychozą” (i kto tej psychozy dostawał).

Cóż mogę więcej napisać — przyjemny film na sobotni wieczór. Z czystym sercem polecam, a jeszcze bardziej — filmy samego Sir Alfreda (choć może nie wszystkie tak na noc…).

Rybka

*Bardzo podobała mi się „zdrada” w wykonaniu „Hitcha” i Almy: ona pisze dla kogoś innego, on wyżera z lodówki pasztet po nocy. Sceny Hitchcockowego podżerania są bardzo, bardzo realistyczne.