ZŁY film: Nieznany

maxresdefault.jpg

Carlos też zastanawia się, jak policja może być aż tak niekompetentna

Wreszcie! Ostatnio kilka razy zasiadałam do filmu, który okazywał się DOBRY, wreszcie — z okazji Tygodnia Kina Hiszpańskiego w kinie pod Baranami — udało mi się trafić na dzieło uroczo wręcz ZŁE, gdzie może całkiem niezły ogólny pomysł i piękne, budujące napięcie zdjęcia i muzyka bezskutecznie próbują odciągnąć od tak idiotycznego scenariusza i tak kretyńskich dialogów, że z naszego rzędu w kinie wciąż dobiegał chichot.

Czytaj dalej

DOBRY film na Nowy Rok: Stare grzechy mają długie cienie

isla-minima-cb27-bb1-300715.jpg

Koniec starego roku był podwójnie gwiezdnowojnowy, ten rok rozpoczęłam mrocznym hiszpańskim kryminałem, którego zwiastun widziałam przed pierwszym obejrzeniem Przebudzenia mocy. Zaciągnięta jednak w roli przyzwoitki w mroźny styczniowy wieczór, nie wiedziałam, że czeka mnie ponad półtorej godziny złowieszczego hiszpańskiego upału roztaczającego się nad mokradłami na przemian z nagłymi, oszałamiającymi ulewami. 

Czytaj dalej

ZŁY film: Wróg

Za: geeknation.com

Za: geeknation.com

“Enemy”

Hiszpania, Kanada, 2014

reś. Denis Villeneuve, scen. Javier Gullón

wyk. Jake Gyllenhaal, Mélanie Laurent

Intrygujący plakat (na samym dole tej recenzji) z miastem wyrastającym z głowy zarośniętego Jake Gyllenhaala zobaczyłem jeszcze w Amsterdamie, więc z radością i niecierpliwością czekałem na seans. Półtoragodzinny thriller, dziejący się w przymglonym Toronto. Niepokojący od pierwszych minut, z trzeszczączą wywołującą gęsią skórkę muzyką, niedopowiedzeniami, świetną pracą kamery, no i trzymającym jak zawsze klasę Jakem Gyllenhaalem. Do tego Mélanie Laurent (“Bękarty Wojny”) i epizodycznie Isabella Rosselini (m. in “Blue Velvet” i nieco mniej znana, ale cholernie dobra “Najsmutniejsza muzyka świata” Guy’a Maddina). Za wszystkim stać miał Denis Villeneuve, który DOBRYM “Labiryntem”, (gdzie wykorzystał już talenty Gyllenhaala), pokazał, że potrafi zmontować trzymający w napięciu thriller, posługując się minimum środków artystycznego wyrazu. Wszystko to w oparciu o prozę Nobilisty, Jose Saramango, jakiego poprzednie dzieła też już zostały przeniesione na duży ekran. Niestety, tak jak mnie mnie niezbyt przekonało “Miasto Ślepców”, tak i teraz “Wróg” okazał się być dużym rozczarowaniem. Ale w zupełnie innym tego słowa znaczeniu.

Czytaj dalej

Crebinsky: DOBRY film

creb1

Crebinsky

Hiszpania, 2011

reż. Enrique Otero

 wyk. Miguel De Lira, Sergio Zearreta

Kolejny rozdział księgi pt.”Szalone perypetie z drugą woją światową w tle”. Zatem nastawcie się na wielką intrygę, gdzie nie wiadomo kto, kogo i po co ściga;  główni adwersarze – Amerykanie i Niemcy – angażują radośnie wielkie środki goniąc – jak im się wydaje – strategicznie ważnego króliczka, który okazuje się być zagubioną przez dwuch wieśniaków krową. Wieśniacy oczywiście nie są pierwszymi lepszymi pastuchami, ale dwoma sierotami po matce Hiszpance (czy jakiejś tam nadmorskiej nacjonalistycznie nastawionej kastylijsko-baskijsko-andaluzyjsko-bądź-katalońskiej mniejszości, która chce opuścić Hiszpanię, ale tego nie zrobi, bo już widzę jak Madryt wpuszcza do UE separatystyczną republikę, która się wymigała od płacenia do wspólnej, acz poważnie nadwątlonej kryzysem kasy) i ojcu czerwonoarmiście, którzy zginęli w raczej komicznych okolicznościach. Gdyby Vladimir był postacią autentyczną na pewno zgarnąłby Nagrodę Darwina.

Jest właściwie wszystko. Kretyńska intryga – nie grzeszący intelektem wieśniacy gonią za ukochaną krową, a śledzący ich Niemcy są pewni, że nasi bohaterowie mają coś wspólnego z zaginięciem jednego z ich spadochroniarzy. No, mają, ale nie tak dużo, jak chcieliby tego Deutsche. W tle są jeszcze Amerykanie*, którzy ni to chcą zrobić desant, ni nie (uch, tak się chyba nie pisze po polsku…) ale mają poważne problemy z rozeznaniem terenu. Oprócz tego jest miłosna historia, podróż do źródeł i klamrowe zakończenie.

(jeszcze) szczęśliwa rosyjsko-hiszpańska rodzinka. W tle główna sprawczyni całej awantury.
                  (jeszcze) szczęśliwa rosyjsko-hiszpańska rodzinka. W tle główna sprawczyni całej awantury.

Brzmi to wszystko całkiem ładnie, ale powiedzmy sobie szczerze – humor jest jednak ciut przyciężkawy, brak filmowi polotu i lekkości, charakterystycznego dla tej konwencji. Niemniej, film jest DOBRY i tyle.

Więcej na tegorocznym Tygodniu Kina Hiszpańskiego nie wiedziałem, żałuję, że nie było w ofercie czegoś tak odjechanego jak zeszłoroczne Finisterrae – kataloński surreal o dwóch rosyjskojęzycznych duchach przemierzających szlak św. Jakuba z fińskim punkiem w tle. Może “Po co komu niedźwiedź?” był tym filmem, ale nie miałem akurat wolnego wieczoru, by się pofatygować do kina.

Wiem – jestem kijowym recenzentem filmowym.

Słoń

*Przypis Rybki: Ci Amerykanie są grani przez Hiszpanów i mówią po angielsku siląc się na amerykański akcent. Jednak anglistki nie oszukasz: zdradziły ich samogłoski oraz mylenie “v” z “b”!

Nieulotne – mimo wszystko ZŁY film

Trochę jak rodzeństwo, co nie?

“Nieulotne”

Polska, Hiszpania, 2012

reż. Jacek Borcuch

Jakub Gierszał, Magda Berus, Andrzej Chyra

Poszliśmy na “Nieulotne”  we dwójkę, nie wiedząc jeszcze, które z nas napisze  recenzję.  Już przed filmem nie wiedzieliśmy co myśleć – aktor i reżyser ci sami co w „Wszystko co kocham” (czyli że będzie dobry?), ale aktorka ta sama, co w „Bejbi blues”. Co myśleć? Jak żyć?

Pierwsza część filmu – słoneczna Hiszpańska winnica („drugie pod słońcem Toskanii?” zażartował Współautor).  Druga – niebieskoszarozielony Kraków(przede wszystkim Szkieletor), chwilę product placement gminy Kwidzyn.

Koniec seansu. Konsternacja. Co to, do licha, było? DOBRE to to, czyZŁE? Wyszliśmy z kina i nie wiedzieliśmy co myśleć.

Trzeba przyznać, że zdjęcia Michała Englerta są śliczne. Scenografia świetnie dobrana. Kolory super skomponowane. Hiszpański upał się czuje, kładka Bernatka świeci w przemykającej oddali, w wannie jest mokro i ponuro.

Pierwsza, „sielska”, część filmu jest ciekawie dwujęzyczna. Michał (Gierszał) jest w Hiszpanii nie po raz pierwszy, mówi po hiszpańsku biegle, ludzi zna, tłumaczy Karinie (Berus) o czym jest mowa przy stole.

Ale niedługo potem film milknie. Jeszcze okazuje się, ze dziadek, któremu lekarz zabronił pić mówi po polsku i coś tam pamięta. Co? Tego się nigdy nie dowiemy. Film pokazuje wybrane chwile bez komentarza, bez zbędnych (i niezbędnych) wyjaśnień, a wszystko cudownie skomponowane.

Ale co zostaje po odjęciu samej formy? Co (wybaczcie odwołanie do formalistów rosyjskich) ze sjużetem i fabułą?

Jak to podkreślił Współautor w recenzji Django, wszystko zostało powiedziane (czy też napisane, czy też nakręcone). Zostaje to, JAK to zostało opowiedziane. I fabuła, i  sjużet.  W „Nieulotnych” zarówno pierwsze, jak i, niestety, drugie, to nagromadzenie wszelkich możliwych stereotypowych rozwiązań , (nie znoszę tego słowa) „klisz”:

Sielanka zamieniająca się w koszmar? Jest. Bohaterka wychowywana przez biednego, ale kochającego ojca-taksówkarza? Jest (ojcem jest Chyra). Młoda dziewczyna bez matki? Jest nawet wzruszająca chwila na cmentarzu. Niechciana ciąża? Jest. Bohater-sportowiec? Jest. Osoba zastępująca matkę? Jest (pani profesor– mimo “ostrej” powierzchni troskliwa). Romantyczne spotkanie na dachu? Prawie jest. Bohater na motorze? Jest, przynajmniej w kasku. Dramatyczny pościg kończący się pojednaniem z ukochaną? Jest. Dyszenie? Jest. Myśli o aborcji, ale bez aborcji, bo jak to tak, w katolickim kraju? Są. Przyjaciółka dążąca do pojednania bohaterów? Jest. Scena zatracania się na imprezie, czy jak to młodzież mówi, na melanżu? Jest. Głęboki wykład starszego profesora w sztruksowej marynarce? Jest. Seks w plenerze? O, tak. Goły zadek? Niejeden. Wybieganie we łzach? Jest (swoją drogą –- z jakiej to krakowskiej knajpy wybiega bohaterka?). Bohater zanurzający się w wannie aby myśleć? Jest i był. Próba samobójcza? Chyba tak. Itd., itd.

Gdyby chociaż mniej było tego, gdyby ta lista była krótsza, to naprawdę byłoby lepiej.

Tak samo blond bohaterowie są dwuwymiarowi. Młodzi, albo są szczęśliwi, albo cierpią. Głównie cierpią. Czy poza tym, że on nurkuje, jest blondynem, mówi po hiszpańsku, cierpi na wyrzuty sumienia i gra w siatkówkę  w AZSie coś wiemy o Michale? Czy poza tym, że dorastała bez matki i pochodzi z Kwidzyna i studiuje coś (chyba) na UEKu to wiemy coś o Karinie? Jak się poznali? Dlaczego się kochają? Nie wiemy. I, niestety, w sumie nas to szybko przestaje obchodzić. Nieulotne ulatuje szybko.

I dialogi, o ile są, też do oryginalnych nie należą – z prób oddania naturalnej prostoty wypowiedzi wyszły same banały:  “życie mi zrujnowałeś!”, “nie mam Ci nic do powiedzenia”, “nie będzie w sumie tak źle zostać dziadkiem”, “kochasz go?”, “widzisz tę gwiazdę?” “masz mi coś do powiedzenia?”. Nie, nie mam.

Rybka

P.S. Mimo, że w końcu, po (to trzeba zaznaczyć) namyśle film widnieje w kategorii „ZŁY”, ma dla mnie jeden plus, który jednak niewiele ma wspólnego z jakością dzieła. Jeśli wybaczyliście mi formalistów rosyjskich, wybaczcie i feministyczne teorie filmoznawcze. Mianowicie „Nieulotne” jako, niestety, jeden z nielicznych nawet wśród współczesnych filmów (i, na razie chyba jedyny z recenzowanych przez nas na tym blogu) zdaje test Bechdel. O tym, co to jest, bardziej obszernie przy innej okazji. W skrócie: jest to „test” który bada obecność i rolę kobiet w kinie, składający się z trzech warunków: (1)w filmie są przynajmniej trzy „nazwane” kobiety, (2) które rozmawiają ze sobą (choć przez chwilę),(3) i to o czymś innym niż o mężczyźnie.