Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć: rzeczywiście “przynajmniej niezły” film

fb-1200x675

Gdy na początku tego roku przewidywałam “dobroć” czekających nas w nim nowości, obstawiłam niepewnie, że będzie “DOBRY?”. Z jednej strony miałam wątpliwości, czy kolejne odcinanie kuponów od Harry’ego Pottera może być dobre, z drugiej sam pomysł i obecność Edka Czerwonej-Grzywy napełniło mnie nadzieją, że nawet jeśli nie będzie to bardzo DOBRE, to “może przynajmniej [będzie to] nieZŁE”. I tu rzeczywiście się nie pomyliłam: mam dużo zastrzeżeń, ale na samym seansie bawiłam się dobrze (tym lepiej, że po średnich recenzjach nastawiałam się na coś gorszego).

Wybrałam się na to z bratem, którego po drodze zadręczałam nostalgicznymi wynurzeniami, że właśnie w tym kinie (tj. w kinie Kijów) byłam  z mamą na pierwszym “Harrym Potterze”, kiedy on (mój brat, nie Harry Potter) dopiero uczył się korzystać z nocnika. Równocześnie po raz kolejny załamałam się, że jest ode mnie już wyższy, nawet jak mam obcasy. W ogóle kino Kijów kojarzy się nam obojgu z wyjściami szkolnymi — zanim w Krakowie multipleksy wległy do centrum, to właśnie tam chodziło się ze szkołą. Tam byłam z klasą na “Powrocie Króla”, na wszystkich “Papieżach, którzy zostali Karolami”, na “Starej Baśni” (oj, to było ZŁE), na (jak to mówiła moja wychowawczyni z gimnazjum) “Dwunastce oceana”. Z miłymi wspomnieniami dawnych seansów, zasiedliśmy w prawie pustej, wielkiej sali i próbowaliśmy nałożyć okulary 3D na nasze optyczne…

(bez spoilerów, na końcu bezspoilerowe pytania dla tych, co widzieli)

Czytaj dalej

Znowu oceniamy filmy po zwiastunie, czyli Współautorka wróży co nas czeka w 2016

2A8E891900000578-0-image-m-9_1436974125435

Nowy Rok! Po co myśleć o dość DOBRYM roku poprzednim, skoro czekają nas nowe filmy (nawet, jeśli z 2015). Jak co roku oceniamy co nas czeka w przyszłym roku po zwiastunach (lub nawet samych tytułach!). 

Styczeń:

Joy (8.01)

[youtube https://www.youtube.com/watch?v=SN4MLMHET7w&w=560&h=315]

reż. i scen. David O Russel

wyk. Jennifer Lawrence, Bradley Cooper, Robert de Niro

O czym? [opis z Filmwebu]: Joy Mangano jest samotną matką z Long Island, która wynajduje mopa i staje się milionerką.

Werdykt: DOBRY

Dlaczego: Widzieliśmy już dwa filmy tego reżysera z praktycznie tą samą obsadą, Poradnik poztywnego myślenia, który był w sumie DOBRY oraz American Hustle, który Współautorowi się bardzo podobał, a mnie trochę znudził. Biedny de Niro zasługuje ostatnio na zagranie w DOBRYM filmie, tak samo jak nieszczęsny Cooper. Podejrzewam, że będzie to ciut pretensjonalny, lecz w sumie DOBRY film, idealny na zimowe wygrzewanie się w kinie.

Luty:

Brooklyn (19.02)

[youtube https://www.youtube.com/watch?v=15syDwC000k&w=560&h=315]

reż. John Crowley, scen. Nick Hornby (powieść: Colm Tóibín)

wyk. Saoirse Ronan, Domhnall Gleeson, Emory Cohen

O czym? Lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku. Eilis Lacey, młoda Irlandka, musi wybrać pomiędzy życiem w rodzinnej wiosce a życiem “na Brooklynie”. Ale tak naprawdę, to nie ma żadnego wyboru.

Werdykt: ZŁA adaptacja DOBREJ książki.

Dlaczego: Książka jest DOBRA, acz przygnębiająca, jak cholera. Jest to powieść o tęsknocie, smutku i braku kontroli nad własnym losem: Eilis tak naprawdę nie ma wyboru, o wszystkim w jej życiu decydują inni. Jak w końcu musi podjąć jakąś decyzje, to stoi przed dwoma równie trudnymi i tragicznymi w skutkach konsekwencjami decyzji, które podjęli inni. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić, jak można dobrze zekranizować powieść, której siła i “dobroć” polega na życiu wewnętrznym bohaterki. Film wygląda, jak ckliwy melodramat nostalgizujący lata pięćdziesiąte, idealizujący “trójkąt” miłosny, “wybór” między dwoma burakami, który w książce stanowi wątek bardzo poboczny.

Czytaj dalej

Ledwo DOBRY film (ale czy oni kiedyś dobiegną?): “Więzień labiryntu: Próby Ognia”

Za: s3.foxfilm.com

Za: s3.foxfilm.com

Kolejny niezły film, ale pokazujący po raz n-ty, że albo jest coś nie tak z literaturą młodzieżową, albo z adaptacyjnymi umiejętnościami przemysłu filmowego. Druga część sagi o gimbazie zamkniętej w postapokaliptycznej przestrzeni, gdzie nikt nie wie o co chodzi, poza tym, że raz po raz trzeba brać nogi za pas, zawiera z cztery linijki scenariusza, przykrytego mniej lub bardziej porywającymi scenami akcji. Dostajemy nie najgorsze dzieło, jakim zachwycą się jedynie fani książki, odkrywając kolejne znane z kart opowieści wątki i bohaterów, ale reszta opuści kino raczej bez entuzjazmu. Choć jednocześnie nie ma co sobie rwać włosów z głowy.

Czytaj dalej

Amatorzy adaptacji #1: Wiele hałasu o nic (1993), czyli DOBRY początek cyklu

źródło: faustineisgone.com

źródło: faustineisgone.com

Zaczynamy nowy cykl pt. “Amatorzy adaptacji”, żeby jedno z nas miało wymówkę do obsesyjnego oglądania ekranizacji ulubionych książek. W ramach niego będziemy omawiać i porównywać kilka(naście?) adaptacji jednego dzieła literackiego. W ramach niego będziemy omawiać i porównywać kilka(naście?) adaptacji jednego dzieła literackiego.Raz na jakiś czas omawiamy jedną klasyczną (tj. korzystającą w miarę dosłownie z tekstu oryginalnej sztuki) adaptację, a później zajmiemy się modernizacjami (czyli wersjami, w których nie tylko realia, ale i język są dostosowywane do współczesnych norm).  Na pierwszy ogień idzie szekspirowska komedia “Wiele hałasu o nic”. 

borg

źródło: borg.com

Much Ado About Nothing

Wielka Brytania/USA 1993

reż. i scen. Kenneth Branagh (na podstawie sztuki Williama Szekspira)

wyk. Emma Thompson, Kenneth Branagh, Kate Beckinsale, Robert Sean Leonard (i cała stała Branaghowska zgraja )

Na początek co nieco o samej sztuce. Jest to chyba obok “Snu nocy letniej” moja ulubiona komedia Szekspira, w której występuje w jedna z moich ukochanych bohaterek literackich, czyli Beatrice (w którymś ze starszych polskich tłumaczeń Beatryx, czy też Beatrycze). Jest błyskotliwa, niezależna, cięta i cudownie złośliwa (zwłaszcza wobec niejakiego Benedicka — nie Benedicta). Moim zdaniem dostają jej się najlepsze kwestie, np. Ten co ma brodę nie jest już młodzieńcem, a ten bez brody jeszcze nie mężczyzną. Gdy już nie młodzian, to mąż już nie dla mnie; gdy nie mężczyzna jeszcze, to ja nie dla niego (wybaczcie podłe tłumaczenie, nie mam polskiego przekładu pod ręką).

Czytaj dalej

ZŁY film: Iluzja

NYSM

Now You See Me

USA 2013

reż. Louis Leterrier sc. Boaz Yakin, Edward Ricourt, Ed Solomon

wyk. Jesse Eisenberg, Mark Ruffalo, Woody Harrelson, Isla Fisher, Dave Franco, Mélanie Laurent, Morgan Freeman, Michael Caine

Niezobowiązująco, wakacyjnie, z wielką intrygą, mnóstwem pościgów i doborową obsadą? A pewnie! “Iluzja” od początku wyglądała na radosne kino klasy B, akuratne na koniec wakacji i miłe rozpoczęcie dnia. Takie, przy którym można spokojnie wyłączyć mózg i popijając piwo delektować się przepięknie nakręconym rozpieprzem, pościgami i wdziękami znanej z “Bękartów Wojny” Mélanie Laurent.

Pomysł jest i to całkiem niezły. Najpierw zbieranie ekipy. W tym przypadku nie jest to jednak parszywa dwunastka, ale czterech jeźdźców iluzjonistycznej apokalipsy: Mark Zuckenberg (Jessie Eisenberg), Nastoletnie Ciacho z “21st Jump Street” (Dave Franco),  Sierżant Keck z “Cienkiej czerwonej linii” (Woody Harrelson) i bliżej nieznana młódka (Isla Fisher), której kreację nasza pamięć kasuje natychmiast po wyjściu z kina. Każdy z nich jest specjalistą w swojej dziedzinie, dlatego mamy miecz Gimliego, łuk Orlano Blooma i pierścienie, z połączenia których nie otrzymujemy Kapitana Planety, ale – przy delikatnej inspiracji Tajemniczego Organizatora Całego Przedsięwzięcia – kwartet magików, zajmujący się się okradaniem banków w czasie pełnych rozmachu pokazów. Ich ofiarą pada m. in. milioner Arthur Tressler (Miachel Cane, czyli Alfred z Batmana Nolana), którego konta bankowe – jak się gdzieś wyzłośliwiano w necie – są chronione jak poczta na onecie. Ich sztuczki stara się rozgryźć sfrustrowany i łasy na kasę były-magik Theodorre (Morgan Freeman). Z kolei wszystkich – z różnym skutkiem, ale efektywność nadrabiają efektownością – ściga amerykańsko-francuski duet policjantów grany przez Mélanie Laurent i Marka Ruffalo (znanego z roli pomocnika Leonardo z “Shutter Island”).

Rozmachu filmowi nie brakuje, oj nie! Wodze niszczycielskiej fantazji zostają spuszczone z łańcucha i się dzieje, jak na wysokobudżetówkę przystało. Każdy kolejny show magików jest coraz większy, tak by osiągnąć finał, przy którym londyńska promocja Nokii Lumia deadmau5a, wygląda jak machanie migającą latarką pod kołdrą do dźwięków chili-zet. Do tego niezliczone pościgi samochodowe, wybuchy i eksplozje oraz kaskada – powiem to – świetnych efektów specjalnych. Wszystko to filmowane jest z fantazją i rozmachem iście hollywoodzkim, operator naprawdę daje z siebie i z kamery wszystko.

Całość ma być trzymającą w napięciu intrygą rodem z “Ocean’s 11” z wielką ilością trotylu i bajerancko-abrakadabrowym lukrem prosto z Harrego Pottera. Wątki się piętrzą, plączą, pełno ci tu zwrotów akcji i zaskoczeń. Policja cały czas ściga występujących w miejscach publicznych artystów-magików-złodziei, aż w końcu mamy wrażenie, że sami nie wiedzą za czym tak gonią. Fabuła gęstnieje, by potem odpuścić i znowu zewrzeć się, tak by przynieść w finale – a jakże – najmniej spodziewane, ale piękne, paryskie zakończenie. Na szczęście po “Koneserze” wiem już, że im mniej coś się klei, tym bardziej szokująca będzie próba utrzymania całości w kupie pod sam koniec.

I co z tego wyszło? No ZŁY nie jestem, bo wiedziałem z co się pakuję, jednak zdecydowanie przekroczono ustawowe normy niewiarygodności filmowej i zbyt daleko przesunięto granice szleństwa. W pewenym momencie robi się fantastycznie i ezoterycznie, a szkoda, bo samą intrygę z magikami-złodziejami by się świetnie oglądało. Mój mózg mimowolnie zaczął pracować, każąc mi liczyć kolejne fantazmaty reżysera, ale gwoździem do trumny jest fabuła, zakończenie, oraz fakt, że trzeba się z tym użerać prawie dwie godziny. Nie jest to jakiś koszmarek, ale ja chyba za mało piwa wypiłem na projekcji i nie chcę być odpowiedzialny, za ogłoszenie, że jest to DOBRY, relaksacyjny film na koniec wakacji.