Dobry, krypny film na Halloween: Lista Płatnych Zleceń

Za: wonderfulcinemaposters.files.wordpress.com

Za: wonderfulcinemaposters.files.wordpress.com

Jak grzyby po deszczu popojawiały się listy najlepszych filmów na Halloween. Można nadrobić zaległości i sięgnąć po klasyki, albo pokopać głębiej, na przykład poczesać naszego blogaska (gdzie są recenzje niezależnego “Coś za mną chodzi” czy gimbazowo-skajpowego “Cybernatural”), albo bardziej specjalistyczne blogi jak Filmy, Które Ryją Banię Zbyt Mocno czy “mentalne ochujenie” (jak można swobodnie przetłumaczyć tytuł tego bloga). Filmów dziwnych jest wiele, swobodnie można poszukać tych mocno poruszających nasze poczucie dobrego smaku (o recenzję “Serbskiego Filmu” postaram się niedługo). Na ten rok proponuję jednak produkcję, po której mój rodziciel oświadczył, że to ostatni raz gdy wybieram film na rodzinny wieczór, ja zaś miałem kłopoty z zaśnięciem.

Czytaj dalej

DOBRY rosyjski film: Geograf przepił globus

Za: vaspress.com

Za: vaspress.com

Geograf globus propil

Rosja, 2013

reż. Aleksandr Veledinsky,

scen. Rauf Kubayev, Aleksandr Veledinsky, Walery Todorovsky,

wyk. Konstanty Khabensky, Elena Lyadova

Znalezienie w sieci, nawet rosyjskojęzycznej, hasła “rosyjska nowa fala” jest trudne. Kompleksowy spis podany przez Aloszę Bezhumanova na portalu mubi.com zawiera filmy powstające jeszcze pod koniec lat 90. (“Brat” z fenomenalną ścieżką dźwiękową) po najnowsze produkcje, w tym recenzowane na tym blogu dawno temu “Niebiańskie żony łąkowych maryjczyków”. Jeśli wierzyć Alosze, nawet wśród krytyków rosyjskich nie ma zgody na to, czy rzeczywiście można mówić o tak uwielbianej przez filmowych geografów nowej fali. Wydaje się, że po prostu od jakiegoś czasu w Rosji zaczęły powstawać DOBRE filmy, różnorodne, dotykające wielu tematów i wymykające się próbom wrzucenia do jednego worka. Jakiej metki byśmy nie przydali “Geografowi, który przepił globus”, mamy tutaj do czynienia z DOBRYM dramatem zza wschodniej granicy.

Czytaj dalej

DOBRE Filmy z Warszawskiego Festiwalu Filmowego

Chyba się zaraziłem. Wiecie jak to jest?

Najpierw człowiek jedzie na duży i popularny festiwal. I odkrywa zupełnie nowy świat. Zostaje pochłonięty przez niesamowitą atmosferę, poznaje od groma nowych ludzi, którzy podobnie jak on, potrafią pomimo narastającego zmęczenia siedzieć cały dzien w kinie, tak by pod wieczór mieć w głowie jeden wielki misz-masz wszystkich obrazów, jakie się widziało. Do tego dochodzą drzemki w trakcie seansów, jakie na początku wydają się być młodemu kinomaniakowi grzechem najcięższym, a dopiero po jakimś czasie okazują się być nieodłączną częścią festiwalowego przeżycia. Etap drugi przynosi narastające rozczarowanie ulubionym festiwalem. Nabite punkty expa (ze slangu RPG – doświadczenia) budzą w człowieku odruchy zrzędzącego na wszystko konserwatysty (grumpy conservative, haha, nie jest to fachowy termin politologiczny, żeby nie było:D), że kiedyś to były filmy, atmosfera i ludzie, a teraz uzbrojona w iPhony gimbaza rości sobie prawa do bycia prawdziwym festiwalowiczem. No i przychodzi etap trzeci – odkrycie, że jest życie i fun poza naszą oazą, słowem – inne festiwale. Nerwowe szukanie dookoła jakichś większych eventów.

I tak dochodzimy do sposób radzenia sobie z jesienną depresją, powiosennym głodem kulturalnych imprez zaczynanych z rana piwem i odliczaniem czasu do ukochanego festiwalu. Nie ukrywam, po latach jeżdżenia na Kosakowe Pole i do Wrocławia postanowiłem zobaczyć, jak to robią inni. Wprawdzie Warszawa nie jest wcale tak blisko, ale za dużo czytałem ostatnio o Warszawskim Festiwalu Filmowym, by nie skorzystać. Jestem niestudiującym studentem (tzn. obroniłem się w czerwcu, ale do konca października br. korzystam z przywilejów studenckich), dlatego postanowiłem wybrać się na jeden dzień do powracającej do normalnego życia po gorączce referendum stolicy i sprawdzić, cóż tam puszczają.

Czytaj dalej