Brooklyn: za wesoło, za romantycznie, zbyt optymistycznie! DOBRA powieść a adaptacja

brooklyn-collage

Irlandzki Aniołek przyniósł mi pod choinkę Brooklyn Colma Tóibína (pierwsze wyd: 2009). W ostatnie wieczory (i ranki) 2015 pożarłam ją z wielkim apetytem. Jest to cudowny, poetycko-melancholijny portret Eilis (czyta się, rzecz jasna, EJ-liśsz), młodej Irlandki z niedużej miejscowości, której siostra załatwia pracę w tytułowej dzielnicy Nowego Jorku. Śledzimy jej losy i bogate życie wewnętrzne, dzielimy jej rozterki i rozważamy nad jej dylematami. To książka o samotności, rodzinie, dojrzewaniu, pokonywaniu przeciwności losu, porusza też różne problemy społeczne lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Z zaciekawieniem i pewnym niepokojem wyglądałam adaptacji. Już ze zwiastunu widać, że skupiono się na – w książce pojawiającym się dopiero za połową – wątku miłosnym. Z jednej strony gadatliwy nowojorczyk włoskiego pochodzenia, z drugiej: mrukliwy Irlandczyk z twarzą pewnego generała Nowego Porządku, który został niegdyś pogryziony przez wilkołaka. No trudno, to się sprzedaje, choć w książce oba wątki miłosne są stosunkowo mało romantyczne. W trakcie i po seansie jednak mieszane uczucia i coś mi strasznie nie pasowało. Po chwili zrozumiałam – ku mojemu przerażeniu – że nie pasuje mi to, co zwykle mi się bardzo podoba…

(Minimalne spoilery co do książki – dotyczą raczej uczuć niż wydarzeń; co do filmu: nie piszę nic, czego nie ma w zwiastunie)

Czytaj dalej

DOBRY festiwal o Azji w Polsce: Pięć Smaków

Ostatnio było o tym, co wynika, jak Japończycy zabierają się za filmy w Malezji. Tym razem będą też Japończycy (i nie tylko!), ale w Polsce. Festiwal Pięć Smaków podał pierwsze informacje dotyczące programu dziewiątej edycji, która odbędzie się w dniach 12-19 listopada br. Impreza jak się wydaje idealna dla Autorów tego bloga, bo każdy znajdzie coś dla siebie: będzie feminizm (dla Współautorki) i Azjatki (dla Współautora), czyli kobiece kino z Japonii.

Żarty na bok, ale fala feminizmu to nadchodzący trend w dalej silnie zmaskulinizowanym światku filmowym. Będzie okazja zobaczyć, jak to się robi na końcu świata. A poza tym pewnie moc innych atrakcji i kolejna garść horrorów z Tajlandii.

Szczegóły imprezy tutaj.

DOBRY: Pitch Perfect 2

Za: assets-s3.usmagazine.com

Za: assets-s3.usmagazine.com

Do ostatniej chwili walczyłem, żeby zmienić film. „Ej, wiem, że już wybraliście, ale może wybralibyśmy się na „Agentkę” (tyt. org. „Szpieg”, czemu nie można było PRZETŁUMACZYĆ PO BOŻEMU?)? Wiecie, Melissa McCarthy, Jude Law, Statham, szpiedzy, żarty, może w końcu dobra komedia o szpiegach…?” Nie. Film wybrany, bilety kupione, towarzysze sensu chcą musical, amen. Jedynki nie widziałem, zwiastun w stylu silnie sfeminizowanej fabularnej odpowiedzi na serial „Glee” nie zachęcał, więc postawiłem na tym piątkowym wieczorze krzyżyk… A tymczasem…

Czytaj dalej

DOBRY film: In a World… (Własnym głosem)

źródło: aauw.com

źródło: aauw.com

Niedługo rozpoczyna się kolejna edycja festiwalu kina niezależnego Sundance. Aby to uczcić, postanowiłam przypomnieć zdobywcę nagrody za najlepszy scenariusz w 2013 roku. „In a World”, to reżyserski i scenopisarski debiut Lake Bell, która (poza tym, że nazywa się jakby była postacią z Doctora Who, może kolejną reinkarnacją Melody Pond/River Song?) zagrała też w nim główną rolę. Jest to historia kobiety, która postanawia zaistnieć na zdominowanym przez mężczyzn (i jej ojca) rynku voice-overów do zwiastunów filmowych.  Czytaj dalej

DOBRY film: Ani słowa więcej

źródło: salon.com

źródło: salon.com

Enough Said

USA 2013

reż. i scen. Nicole Holofcener

wyk. Julia Louis-Dreyfus, James Gandolfini

Są filmy, które chce się obejrzeć jak tylko się dowie kto w nich gra, jeszcze zanim zna się zarys fabuły. Tak miałam, jak tylko usłyszałam, że w „Ani słowa więcej” gra Julia Louis-Dreyfus, czyli kobieta o imponującym zapleczu min, a do tego, że towarzyszy jej śp. James Gandolfini (który w tym filmie — na szczęście dla wszystkich bohaterów — nie przypomina Toniego Soprano). Wyciągnęłam więc kuzynkę z ciepłego domku w piątek trzynastego i przegnałam przez wietrzny i śmierdzący spalonym gołąbkiem (tym kapuścianym), zakiermaszony Rynek do kina, gdzie siedziałyśmy w trzynastym rzędzie.

Gdzieś czytałam, że „Ani słowa więcej” to komedia romantyczna. Na pewnej imprezie masażystka Eva (Dreyfus) poznaje Alberta z którym zaczyna się spotykać. Oboje są rodzicami córek, które zaraz mają wyjechać na studia, oboje przeżywają zbliżającą się rozłąkę. Na tym samym przyjęciu Eve poznaje poetkę Marianne (Keener), którą masuje i z którą się zaprzyjaźnia, a raczej staje się wysłuchiwaczką wyrzekań na byłego męża. Oczywiście łatwo się domyślić, kto okazuje się tym byłym mężem.

Czytaj dalej

ZŁY film: Don Jon

źródło: digital spy

Don Jon

USA 2013

reż. i scen. Joseph Gordon-Levitt

wyk: Joseph Gordon-Levitt, Scarlett Johansson, Julianne Moore

Nie wiem, czy wiecie, ale recenzję Współautora na temat drugiej części Thora skomentował sam Loki, przysyłając jeszcze laurkę Współautorce. Jesteśmy bardzo wdzięczni, że wybaczył nam  drobne niedociagnięcia, a ja dziękuję też Współautorowi, że napisał, że to DOBRY film, cały czas drżę co by było w przeciwnym razie. Jednyne, co możemy zrobić w podzięce zarówno Lokiemu, jak i pozostałym naszym wiernym czytelnikom, to ostrzec przed zmarnowaniem cennego czasu na oglądaniu ZŁEGO filmu. 

Tak, to DOBRA laurka:)

Tak, to DOBRA laurka:)

Ok, przejdźmy do filmu.

Lubię Josepha Gordon-Levitta jako aktora, jednak reżysersko-scenarzystowski debiut mu się nie udał. Miał dużo pomysłów, chyba aż za dużo. Film oglada się jak dwa filmy niezdarnie pozszywane ze sobą.

Najpierw chciał pokazać w cyniczny sposób jak to kobiety, egoistyczne księżniczki, bezmyślnie wierzą komediom romantycznym oraz mężczyźni — te wstrętne oblechy — nie potrafią zbudować prawdziwej relacji poprzez idealizowanie rzeczywistości, na swój własny sposób. Potem uznał, że fajnie byłoby jednak zaznaczyć, że coś w rodzaju prawdziwej miłości może pomiędzy nimi zaistnieć, choć tylko jak się znajdzie „odpowiedznią osobę”. Niestety, zamierzony cynizm pierwszej części zginął, zasłodzony na śmierć.

Czytaj dalej

DOBRE przedstawienie: „Frankenstein”

Frankie-2-Image-Text

źródło: sharmillfilms

Frankenstein (Royal National Theatre)

Wielka Brytania, 2011

reż. Danny Boyle, scen. Nick Dear (na podstawie powieści Mary Shelley)

wyk. Benedict Cumberbatch, Jonny Lee Miller, Naomie Harris

Rok 1963 to był ważny rok: urodzili się moi rodzice i Quentin Tarantino, zabito Kennediego, BBC nadało pierwszy odcinek serialu Doctor Who, a w Londynie powstał National Theatre. Z okazji pięćdziesięciolecia tego ostatniego wydarzenia w kinach całego świata można zobaczyć niektóre z ich nagranych spektakli, w tym „Makbeta” i „Frankensteina”. Rzecz jasna przedstawienie oglądane na dużym ekranie to nie to samo, co na żywo na scenie, jednak skoro nie pojawiła się u mnie (na razie) niebieska budka telefoniczna, która zawiozłaby mnie do Londynu gdzieś między lutym a majem roku 2011, z radością zadowoliłam się możliwością* oglądnięcia transmisji w krakowskim kinie Mikro (grają to jeszcze 8.12! Rezerwujcie bilety póki są!).

Choć zwykle nie piszemy tu o sztukach, ja skorzystam z faktu, że bądź co bądź to przedstawienie widziałam w kinie oraz z tego, że Współautor już pewnie śpi lub znowu imprezuje na jakimś malezyjskim wieżowcu i nie może mnie pilnować. Najpierw kilka ciekawostek. To przedstawienie istnieje w dwóch wersjach** — w jednej w Stworzenie wciela się łysy Jonny Lee Miller, a w Wiktora Frankensteina naturalnie ryży Benedict Cumberbatch, w drugim jest na odwrót. Ja widziałam „pierwszą” wersję. Koleżanka, która obejrzała obie wersje zarzeka się, że ta jest lepsza, więc jej wierzę. Nie oznacza to oczywiście, że przy najbliższej sposobności nie popędzę zobaczyć drugiej! Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie opisała kolejnej ciekawostki związanej z wymienionymi aktorami: obaj zdolni panowie grają obecnie Sherlocka Holmesa w dwóch różnych — acz w obu DOBRYCH — serialowych modernizacjach opowieści Arthura Conan Doyle’a. 

Czytaj dalej

DOBRY film: Ida

źródło: filmweb

źródło: filmweb

„Ida”

Polska, Dania 2013

reż. Paweł Pawlikowski

scen. Paweł Pawlikowski i Rebecca Lenkiewicz

wyk. Agata Trzebuchowska, Agata Kulesza, Dawid Ogrodnik

Gdy w latach sześćdziesiątych „Rękopis znaleziony w Saragossie” Jerzego Hasa stał się na chwilę popularny wśród bohemy San Francisco, chwalono jego twórców za to, że podczas gdy w Hollywood kręcono już filmy w kolorze, oni zdecydowali się zastosować piękną biel i czerń. Sam reżyser przyznał potem, że to nie estetyka, lecz finanse pokierowały tym wyborem. Współcześnie oczywiście finanse nie grają już (w tym przypadku) takiej roli. „Odkolorowanie” filmu jest już świadomym wyborem artystycznej strategii, która może dodawać całości uroku (jak np. w „Zakochani widzą słonie” czy w tegorocznej „Frances Ha„) lub sprowadzić film głębiej w otchłań kinematograficznej pretensjonalności (stali czytelnicy tego bloga dobrze wiedzą o co nam chodzi). W przypadku „Idy” na szczęście nastąpiło to pierwsze.

Dlaczego pisząc o nowym filmie Pawła Pawlikowskiego napominam o „Zakochanych widzących słonie” i o „Rękopisie znalezionym w Saragossie”? Nie tylko dlatego, że ten pierwszy ma w tytule ulubione zwierzę Współautora, ani dlatego, że według mnie „Rękopis…” to film tak DOBRY, że jeśli go nie widzieliście, to powinniście rzucić wszystko i go NATYCHMIAST obejrzeć. Wpominam o tym głównie dlatego, że polsko-duńska „Ida” jest świetnym połączeniem estetyki polskiej szkoły filmowej z duńskimi filmami w których się mało mówi. Piękne kadry. Świetne połączenie wewnętrznych dramatów ze szlagierami typu „Rudy, rudy rydz”. No i przede wszystkim świetna rola Agaty Kuleszy w roli Wandy Gruz, która kradnie każdą scenę w której jest (zwłaszcza jedną — ci z Was którzy widzieli wiedzą o którą mi chodzi, ci którzy to mają przed sobą to z łatwością rozpoznają ją w kinie).

Czytaj dalej

ZŁY film: Koneser

La migliore offerta/The best offer

Włochy 2013

reż. i scen. Giuseppe Tornatore

Geoffrey Rush, Jim Sturgess, Sylvia Hoeks , Donald Sutherland

Włoski film po angielsku. Najciekawsze w tym jest to, że akcja dzieje się w nieokreślonym świecie pełnym pięknych antyków. Film kręcono m.in. w Rzymie, we Wiedniu*,  w Mediolanie, w Trieście, w Parmie i w Pradze, i tylko Praga „grała siebie”. Reszta  grała jedno, anglojęzyczne, składające sięz samych zabytków i muzeów miasto. Willa głównej bohaterki była niepodważalnie włoska, koneser-licytator oglądał widok z klubu czy z biura na bazylikę Świętego Piotra, dookoła jeździły auta na wiedeńskich tablicach, warsztat Strugessa mieścił się w typowo północnowłoskich podcieniach. A wszędzie, nawet w Pradze-Pradze mówili z pięknym brytyjskim akcentem, nawet Rush (Australijczyk) i mająca w filmie angielski paszport bohaterka grana przez Holenderkę. Ludzie znający te miasta (i rozpoznający tablice rejestracyjne) mogą być nieźle zdezorientowani, ale uważam ten dziwny anglojęzyczny świat zabytków za ciekawy pomysł reżysera. Takie omamienie było chyba celowe**.

Czytaj dalej

DOBRY film: Frances Ha

Na ten film chciałam już iść od dawna. Nie posłuchałam ostrzeżenia koleżanki, która wczoraj na facebooku napisała, że po wyjściu z  „Frances Ha” chciała iść do najbliższego  supermarketu po flaszkę wina by ją wypić w samotności i pogrążyć się w rozpaczy. Choć rozumiem, dlaczego (spora) część filmu mogła wprowadzić w taki nastrój, według mnie przesłanie tego filmu (i zakończenie) nastraja bardziej pozytywnie, nawet jeśli jest to pozytywniejszy-realizm niż wybuchany optymizm*.

Czytaj dalej