Dobry Film: W Cieniu

416155.1

Ve stínu koně

Czechy, Polska, Słowacja, 2013

reż. David Ondříček

wyk. Ivan Trojan, Sebastian Koch

Widzisz plakat filmowy. Pierwsze wrażenie – dobre. Podchodzisz, ogarniasz obsadę, reżysera; szczęściem dystrybutor przypomni Ci co reżyser wcześniej zrobił i wiesz, że to jest ten film, na który MUSISZ iść, nawet jak jesteś kompletnie i absolutnie spłukany. Dzień sprzyjał, pogoda paskudna, lało i było z 13 stopni. Ta listopadowa aura doskonale nastrajała do spędzenia wieczoru w kinie na zapowiadanym jako porządny, czarny kryminał z Czeskiej Republiki i to toczący się w latach 50.! “Rewers” w wykonaniu naszych południowych sąsiadów? Koniecznie!

Spodziewałem się czegoś powalającego. Tym bardziej, że dzieło zmontował sam David Ondříček – ten od “Samotnych” – moim zdaniem kwintesencji wszystkiego tego, z czym nam się kojarzy  czeskie kino – absurdalnego i nieco autystycznego humoru, podszytego egzystencjonalnym niepokojem i zagubieniem. W “Samotnych” jedną z głównych ról gra Ivan Trojan, który w dziele Ondříčka sprzed 13 lat wcielił się w postać Ondrieja – poważnego  i szanowanego lekarza, głowy rodziny, który popada w delikatną fiksację spotykając – niekoniecznie przypadkowo – na ulicy swoją dawną, niespełnioną miłość. Inną doskonałą kreacją aktora jest Stary Karamazow w “Braciach Karamazowa” Zelenki – kolejny doskonały czeski film, gdzie fabułę Dostojewskiego opleciono historią pewnej trupy teatralnej, a całość wciśnięto w postindustrialne przestrzenie Nowej Huty. Brzmi świetnie, jeszcze lepiej wygląda.

Trojan we “W cieniu” wcielił się z kolei w postać dedektywa Hakla. Rzecz dzieje się w Pradze w latach 50. Komuna szaleje już na całego, bezpieka roztacza macki kontroli i terroru, a wszyscy szykują się do reformy monetarnej, która ma ratować kulejącą gospodarkę nakazową, przy okazji pozbawiając szarych obywateli oszczędności życia. W takich okolicznościach Hakl musi rozwiązać zagadkę pewnego napadu rabunkowego. Szybko i sprawnie, jak po sznurku, dociera do szajki Syjonistów, która miała zamiar przekazać pieniądze Ameryce i Izraelowi. Jak to jednak bywa w dobrych kryminałach, okazuje się że sprawa p0szła trochę za łatwo i sprytny Hakl zaczyna węszyć. W trakcie prowadzonego na własną rękę śledztwa trafia na majora z NRD z podejrzanymi tatuażami, który nie do końca wiadomo w co i z kim gra; Urząd Ochrony Państwa, który nie wiedzieć czemu wpieprza się w sprawę kryminalną bynajmniej nie posuwając sprawy do przodu, oraz  całą większą kabałę, która w pewnym momencie zmusza do podjęcia dramatycznej decyzji…

I tak – pierwsza niespodzianka – nie jest to żaden “Rewers”, reżyser w żaden sposób nie kombinuje z formą, żadnych katastrofalnych czarno-białych taśm, Agaty Buzek i fabuły Andrzeja Barta (czy my kiedyś pisaliśmy na tym blogu, że “Rewers” jest ZŁY?). Trochę deszczu, prochowce i lata 50. na modłę demoludów, do tego cwany detektyw, coraz bardziej popadający w samotność i zanurzający się w mroczny świat na styku przestępstwa i polityki (choć w tamtym czasie to było prawie jedno i to samo). Brzmi znajomo? Tak, kino noir po czesku. Jednak Ondříček odarł film z wszelkich kombinacji formalnych, nie ma żadnej zabawy konwencją, klisz i schematów, ale kawał porządnego kina.

Jednak ku mojemu zaskoczeniu, Ondříček odarł film nawet z tego, co czyniło czeskie filmy czeskimi. Nie mamy tutaj dialogów, przy których nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać, próżno szukać postaci komicznych, czy też jakiegokolwiek absurdu. (Dobra, jest jeden moment – w trakcie rozmowy bohaterów na chwilę znikają polskie napis. To jedno czeskie zdanie jest w pełni zrozumiałe dla Polaków, ale umówmy się, jest to już żarcik tłumacza, a nie reżysera.) Jest twarda i ponura rzeczywistość czechosłowackiego stalinizmu.

Powiem tak – to jest najbardziej polski film, jaki powstał w Czechach. Nawet ten egzystancjonalny, silnie zaznaczony moralny aspekt całej historii jest taki nadwiślański, prosty i łopatologiczny. Oczywiście, opowiada dramatyczną historię, ale nie ma tutaj miejsca na większą rozkminę. Bohater toczy konflikt wewnętrzny, ale widz nie ma wątpliwości co do jego postępowania. Rozumiemy jego rozterki, jednak sami wychodząc z kina nie myślimy za wiele o nich, bo wiemy, że doprowadziły go one do słusznej i chwalebnej decyzji. Informacja na końcu filmu utwierdza nas w przekonaniu, że film jest formą hołdu-laurki.

Niezwykle mnie to zdziwiło. Dotychczas czeskie kino to żarty i psoty, “Jedna ręka nie klaszcze”, samotność w życiu i takie tam. A to już drugi film w ciągu ostatnich lat od naszych sąsiadów, który dotyczy komunizmu. Poprzednim był “Czeski błąd”, gdzie fabuła zasadzała się na problemach z lustracją uznanego opozycjonisty.

Odnoszę wrażenie, że trochę zamieniliśmy się z Czechami* rolami. U nas komuna była dość istotnym tematem dla filmowców, od “Psów” Pasikowskiego, przez “Rewers”, będący próbą lżejszego potraktowania tematyki, po wyniesione na inny poziom robienia filmów kino Smarzowskiego (“Różyczka”, “Dom Zły”). Mieliśmy do wyboru w Polsce dłuższy czas dramaty z przeszłości, albo głupie komedie romantyczne. Powoli odkrywa się, że żyjemy w kraju, w którym są inne problemy niż lustracja czy mroki przeszłości i uczymy się robić po prostu filmy o życiu. Czesi z kolei na odwrót – po przeszło dwudziestu latach stają się dostrzec, że mają problem z komunizmem i z rozliczeniem się z niego. Są bardziej pragmatyczni, niewierzący i może sceptycznie zdystansowani do świata, co owocowało takimi inteligentymi, ale dotykającymi jednak bieżących spraw filmami. No, wyjątkiem trzymającym się jednak konwencji był “Kola” z 1996 r.My z kolei, ogólnie jako naród, staramy przykładamy duże znaczenie do historii, co dobrze było i dalej widać w naszej dotychczasowej kinematografii (też nie możecie się doczekać Więckiewiczka w roli Wałęsy czy czekacie na sequel “Katynia” “Katyń II. Smoleńsk”?).

Dla fanów czeskiej kinematografii ten film będzie może być rozczarowaniem. Jest to DOBRY film, jednak sączącą się w sercu gorycz zostawiam dla siebie, a was zapraszam do kina. Gdzieś dokopałem się do info, że bedzie to mocny kandydat do Oskara.

Słoń

*Przypis Ryby korzystającej z tego, że Współautor błąka się gdzieś bez internetu: część filmu –te wstrętne, zapyziałe, ciemne “praskie” uliczki kręcone były… w Łodzi! Po prostu Praga (jak większość czeskich miasteczek obecnie) jest tak ślicznie odnowiona, że wstrętnych zaułków trzeba szukać u nas…

Dobry Film: Imagine

imagine

“Imagine”

Francja, Polska, Portugalia, Wielka Brytania, 2013

reż.  Andrzej Jakimowski

wyk. Edward Hogg, Alexandra Maria Lara

“Imagine it. Then you’ll see it”

IanStod

Cholera, chyba się starzeję. Stałem jak głupi przed wejściem do kina i gapiłem się na repertuar. Był piękny wiosenny wieczór (tak, mieliśmy takie tego roku), kończyłem jeść lody bakaliowe od Sycylijczyka i czekałem na jakiś znak od niebios, bo nijak nie potrafiłem podjąć decyzji na co iść. Byłem sam, tak że nawet nie mogłem na nikogo zcedować odpowiedzialności za podjęcie decyzji. Do wyboru był film o zakochanych niewidomych alboszwedzkich lesbijkach w ramach festiwalu “O miłości między innymi”. I – naprawdę, chyba się starzeję – ku swojemu zaskoczeniu poszedłem na… zakochanych niewidomych.

Reżyser “Imagine” znany jest nam ze “Sztuczek”. Dobry i ładny film, ale go nie widziałem. (Tak, nie wstydzę się tego, chcecie normalne recenzje filmowe kupcie se “Film”, tutaj mamy inne atrakcje i nie mniej erudycyjne wywody, choć mniej piszemy o posthumanizmie, antropologii strukturalnej i egzystencjonalizmie). Urzekł mnie jednak plakat do tego filmu.

Plakat_B1_Imagine

On, Ona i błękit nieba. I taki jest ten film. Kamera koncentruje się przede wszystkim na naszych bohaterach. Przestrzeń pokazana jest w absolutnie minimalny i konieczny do zrozumienia filmu sposób. Kiedy bohaterowie dyskutują o tym co się dookoła dzieje, nie jesteśmy postawieni jako widzowie w roli cwaniackich wszechwiedzących, którzy widzą i mogą natychmiast rozsądzić spór o to, czy ulicą idzie kobieta czy mężczyzna, albo czy z kawiarni widać ogromny statek stojący w porcie. Fakt, niekiedy wiemy ciut więcej, ale jednak udało się reżyserowi osiągnąć niezwykle trudny do osiągnięcia kompromis między oddaniem rzeczywistości, w jakiej żyją nasi bohaterowie, a komfortem oglądania filmu. Choć są oczywiście i tak radosne filmy jak “Liban” z 2009 r., gdzie przez cały czas siedziemy w czołgu i widzimy tyle co te izraelskie Gustliki.

Fajnie było się przejść na “Imagine” po “Stokerze“. Oba dzieła bazują w dużej mierze na doznaniach słuchowych. O ile jednak w thrillerze Park Chan-wooka dźwięk budował napięcie, tak u Jakimowskiego pełni zupełnie inną rolę – wprowadza nas właśnie w ten niedostępny widzącym świat osób niewidomych. Jest to absolutnie fantastyczne dla oglądającego doświadczenie, gdy ma naprawdę to głębokie poczucie jedności między światem widzianym i słyszanym.

Żeby było jasne – nie jest to jedynie film o walce ze swoją ułomnością. Cała fabuła i sposób obrazowania jest podporządkowany właśnie tej perspektywie, ale jest to historia o wiele bardziej ogólna, uniwersalna. Mamy miłość i pytanie o to, na ile można pobajerować (czytaj – pooszukiwać) kobietę, by ją zdobyć. Mamy relację uczeń-mistrz i kwestię zaufania, budowania autorytetu, odpowiedzialności za wykształcenie i rozwój podopiecznego. Wątków w  “Imagine” jest trochę, wszystkie są zbalansowane, sensownie poukładane i logicznie z siebie wypływają. Mamy intrygę i zagwozdkę niemal do końca filmu, czy stosujący nowatorskie metody nauczyciel niewidomych Ian (Edward Hogg) jest naprawdę tak dobry, jak się wydaje, czy jedynie zaczarowuje rzeczywistość, żeby tchnąć w młodych podopiecznych wiarę w swoje możliwości. No i wątek miłosny… Ale to już zapraszam do kin.

DOBRY film. Szczególnie na tę paskudną pogodę. Akcja toczy się w końcu w słonecznej Portugalii, świeci słońce, zero deszczu, czyli tak, jak będzie będzie u nas w całym kraju (z wyjątkiem morza) już za parę dni.

Słoń