Zły film: Hitman. Agent 47

Za: foxmovies.com

Za: foxmovies.com

Nie żebym po “Hitmanie” spodziewał się nie wiadomo czego, ale mając w pamięci grę komputerową o tym samym tytule, liczyłem, na więcej weny i fantazji. Jak pamiętają fani, w grze Hitman chodziło nie o robienie szumu ale wręcz przeciwnie — jak najcichsze wykonywanie zadania, jakimi było oczywiście hurtowe trzebienie populacji ludzi. Dodatkowo intrygowała obsada, składająca się z relatywnie mało znanych twarzy. Z gry została jedynie stylizacja i bohaterowie, majstrzy od efektów specjalnych wzięli nadgodziny, aktorzy zrobili swoje i oto co powstało.

Czytaj dalej

Dobry film: Uznany za fundamentalistę

Źródło: o.canada.com

Źródło: o.canada.com

The Reluctant Fundamentalist

USA, Wielka Brytania, Katar, 2012

reż. Mira Nair

scen. Ami Boghani, Mohsin Hamid, William Wheeler

wyk. Riz Ahmed, Liev Schreiber, Kate Hudson

Lahore, Pakistan, 2011 rok. Bobby Lincoln (Liev Schreiber), amerykański pisarz, ma do obgadania sprawę z wykładowcą miejscowego uniwersytetu — Changezem Khanem (Riz Ahmed). Khan pracował na jednej uczelni z amerykańskim profesorem, Anse Rainierem porwanym zeszłej nocy. Bobby jest przekonany, że Khan pomoże mu odnaleźć zgubę, tym bardziej, iż uniwersytet na którym pracuje przyciąga element — nazwijmy to — patriotyczny.

Changez nie jest głupkiem i szybko orientuje się o co tak naprawdę chodzi. Lincoln pracuje dla C.I.A. Niewinna z początku rozmowa, staje się dla Khana okazją, by jasno określić swój skomplikowany stosunek wobec Ameryki, co sprowadza się do dłuższej opowieści o jego pobycie w USA. W miarę upływu czasu sytuacja robi się jednak coraz bardziej napięta. Przed kafeją, w której rozmawiają Amerykanin i Pakistańczyk zbiera się tłum, zaś C.I.A. coraz bardziej naciska na Bobbiego, by ten w końcu wyciągnął od Khana jakieś informacje…

Czytaj dalej

DOBRY film: Chce się żyć

Chce się żyć

Polska, 2013

reż. i scen. Maciej Pieprzyca

wyk. Dawid Ogrodnik, Kamil Tkacz

Siedzieliśmy w dobrze nam znanej sali w Kinie pod Baranami. Dziś była bardzo zatłoczona, zwłaszcza jak na czwartek — widocznie schronienie znaleźli tu zbiedzy z Festiwalu Conrada. Zaczęło się i byliśmy zachwyceni. Do czasu. Ale pozwólcie, że pochwalę zanim powybrzydzam.

Jak zapewne wiecie, film oparty jest na prawdziwej historii chłopaka z czterokończynowym porażeniem mózgowym, któremu po wielu latach udaje się udowodnić, że rozumie co się dookoła niego dzieje i “nie jest jarzyną”. Tyle wiemy z zapowiedzi. Na filmwebie złowieszczo zaetykietowano go “dramatem”, choć przez dużą (lepszą) część “Chce się żyć” jest komedią. No, dobra, komediodramatem. Jest pięknie nakręcony, estetyka taka trochę “sundanceowa”, ma świetnie dobraną muzykę, nie mówiąc już o wspaniałym aktorstwie. Dorota Kolak  i Arkadiusz Jakubik bardzo dobrze grają rodziców głównego bohatera, w którego mistrzowsko wcielili się Dawid Ogrodnik oraz jedenastoletni Kamil Tkacz. Co tu dużo mówić — odwalili kawał dobrej roboty i choćby dla nich dwóch warto się wybrać do kina.

Historia opowiedziana jest bez zbędnego patosu, świetnie łączy poważny temat z komizmem. Śmialiśmy się, wzruszaliśmy, a gdyby nie moje groźne spojrzenia w ciemnej sali to Współautor pewnie w kilku miejscach  wstałby i zacząłby klaskać. Choć zwykle jestem sceptycznie nastawiona do narracji w postaci głosu z offu w filmach, tutaj ta strategia sprawdziła się doskonale: podkreślała kontrast pomiędzy tym, jak widzą Mateusza inni, a jego ciekawymi — i zupełnie “normalnymi” — przemyśleniami, które mógłby mieć każdy z nas. Łączy się to z naszym głównym zastrzeżeniem do “Chce się żyć”. Przez pierwsze trzy czwarte swojej długości  jest to film bardzo uniwersalny — opowiada o problemach z wyrażeniem swoich myśli, o tym jak trudno zrozumieć, co siedzi w głowie bliźniego. Pod koniec niestety zaczyna się podkreślać “prawdziwość” tej historii, jakby widz już nie słyszał we wszystkich mediach, że to “film oparty na faktach”. Wydawało się, że nakręcono go, bo to historia ciekawego człowieka, jedak pod koniec okazuje się, że nakręcono go, bo to historia “celebryty”, konkretnego człowieka o którym napisano w gazecie

Czytaj dalej

Zły Film: Rewers

Źródło: itv.movie.eu

Nawet Bronisław ziewa na “Rewersie”. Źródło: itv.movie.eu

“Rewers”

Polska, 2009

reż. Borys Lankosz, scen. Andrzej Bart,

wyk. Agata Buzek, Marcin Dorociński, Krystyna Janda

Przyjrzyj mu się. Ale bezstronnie!

Mamy na tym blogu dziwną kategorię – “Formative Films”. Zawsze się trochę bałem tej etykietki, bo budziła ona we mnie lęk, że w pewnym momencie – gdy wylądujemy ze Współautorką na bezrobociu i zabraknie kasy na chodzenie do kina – blog stanie się takim kolejnym filmwebem czy IMDB; miejscem, gdzie będziemy pisać jedynie o starociach, tak żeby się wydawało, że impreza dalej trwa. Oczywiście, to tak pół-żartem pół-serio. Niedawno nastąpiła okoliczność, która pozwala mi zrobić wpis do tej właśnie specjalnej kategorii, stworzonej dla nienajnowszych filmów. “Formative Films” z założenia jest formą oddania czci tym produkcjom, które nas filmowo wychowały i ukształtowały nasz gust. Myliłby się jednak ktoś, gdyby sądził, że będą trafiać tu jedynie DOBRE filmy…

Wróćmy do tych specjalnych okoliczności. W jednym z niedawnych postów, poużywałem sobie trochę na drewniane dialogi w “AmbaSSadzie” czego najdobitniejszym wyrazem dla mnie był tekst: “pokiełbasiło cię?!”. Przez internety przetoczyła się fala oburzenia, która spowodowała, że ponad 70 proc. uprawnionych do głosowania Warszawiaków wolała zostać w domu i wdać się z nami w poważną dyskusję na pewnym portalu społecznościowym.

Wyjaśniając: OK – mea culpa, są ludzie, którzy wciąż mówią “pokiełbasić się” (podobno nawet Współautorka, ale nie wiem, czy należy ją traktować jako reprezentatywną próbę badawczą…), a i ja nie wyjaśniłem dostatecznie jasno, że problemem dialogów w najnowszym filmie Machulskiego są tyleż suche żarty, co zła gra aktorska i brak wyczucia jak się teraz mówi. Słowem – może i to “pokiełbasić” siadłoby, gdyby nie kontekst.

Wracając do awantury na fejsie – czara goryczy się przelała i autorowi poprzedniej recenzji dostało się za wszystkie grzechy, w tym za poprzednie, kontrowersyjne sądy o paru filmach, które zdaniem społeczności internetowej są DOBRE. No i wywołano wilka z lasu, bo padł tytuł “Rewers”, uznawany symbolicznie za moment założycielski tego bloga. Symbolicznie, bo choć nie ma recenzji tego filmu na naszym blogu, to jest to produkcja, która zdaniem autorów tego bloga zasługuje na miano jednej z najbardziej przecenionej w III RP. Pora nadrobić zaległość i jasno wyjaśnić, co naszym zdaniem zasługuje na taką etykietę.

Czytaj dalej

Dobry Film: W Cieniu

416155.1

Ve stínu koně

Czechy, Polska, Słowacja, 2013

reż. David Ondříček

wyk. Ivan Trojan, Sebastian Koch

Widzisz plakat filmowy. Pierwsze wrażenie – dobre. Podchodzisz, ogarniasz obsadę, reżysera; szczęściem dystrybutor przypomni Ci co reżyser wcześniej zrobił i wiesz, że to jest ten film, na który MUSISZ iść, nawet jak jesteś kompletnie i absolutnie spłukany. Dzień sprzyjał, pogoda paskudna, lało i było z 13 stopni. Ta listopadowa aura doskonale nastrajała do spędzenia wieczoru w kinie na zapowiadanym jako porządny, czarny kryminał z Czeskiej Republiki i to toczący się w latach 50.! “Rewers” w wykonaniu naszych południowych sąsiadów? Koniecznie!

Spodziewałem się czegoś powalającego. Tym bardziej, że dzieło zmontował sam David Ondříček – ten od “Samotnych” – moim zdaniem kwintesencji wszystkiego tego, z czym nam się kojarzy  czeskie kino – absurdalnego i nieco autystycznego humoru, podszytego egzystencjonalnym niepokojem i zagubieniem. W “Samotnych” jedną z głównych ról gra Ivan Trojan, który w dziele Ondříčka sprzed 13 lat wcielił się w postać Ondrieja – poważnego  i szanowanego lekarza, głowy rodziny, który popada w delikatną fiksację spotykając – niekoniecznie przypadkowo – na ulicy swoją dawną, niespełnioną miłość. Inną doskonałą kreacją aktora jest Stary Karamazow w “Braciach Karamazowa” Zelenki – kolejny doskonały czeski film, gdzie fabułę Dostojewskiego opleciono historią pewnej trupy teatralnej, a całość wciśnięto w postindustrialne przestrzenie Nowej Huty. Brzmi świetnie, jeszcze lepiej wygląda.

Trojan we “W cieniu” wcielił się z kolei w postać dedektywa Hakla. Rzecz dzieje się w Pradze w latach 50. Komuna szaleje już na całego, bezpieka roztacza macki kontroli i terroru, a wszyscy szykują się do reformy monetarnej, która ma ratować kulejącą gospodarkę nakazową, przy okazji pozbawiając szarych obywateli oszczędności życia. W takich okolicznościach Hakl musi rozwiązać zagadkę pewnego napadu rabunkowego. Szybko i sprawnie, jak po sznurku, dociera do szajki Syjonistów, która miała zamiar przekazać pieniądze Ameryce i Izraelowi. Jak to jednak bywa w dobrych kryminałach, okazuje się że sprawa p0szła trochę za łatwo i sprytny Hakl zaczyna węszyć. W trakcie prowadzonego na własną rękę śledztwa trafia na majora z NRD z podejrzanymi tatuażami, który nie do końca wiadomo w co i z kim gra; Urząd Ochrony Państwa, który nie wiedzieć czemu wpieprza się w sprawę kryminalną bynajmniej nie posuwając sprawy do przodu, oraz  całą większą kabałę, która w pewnym momencie zmusza do podjęcia dramatycznej decyzji…

I tak – pierwsza niespodzianka – nie jest to żaden “Rewers”, reżyser w żaden sposób nie kombinuje z formą, żadnych katastrofalnych czarno-białych taśm, Agaty Buzek i fabuły Andrzeja Barta (czy my kiedyś pisaliśmy na tym blogu, że “Rewers” jest ZŁY?). Trochę deszczu, prochowce i lata 50. na modłę demoludów, do tego cwany detektyw, coraz bardziej popadający w samotność i zanurzający się w mroczny świat na styku przestępstwa i polityki (choć w tamtym czasie to było prawie jedno i to samo). Brzmi znajomo? Tak, kino noir po czesku. Jednak Ondříček odarł film z wszelkich kombinacji formalnych, nie ma żadnej zabawy konwencją, klisz i schematów, ale kawał porządnego kina.

Jednak ku mojemu zaskoczeniu, Ondříček odarł film nawet z tego, co czyniło czeskie filmy czeskimi. Nie mamy tutaj dialogów, przy których nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać, próżno szukać postaci komicznych, czy też jakiegokolwiek absurdu. (Dobra, jest jeden moment – w trakcie rozmowy bohaterów na chwilę znikają polskie napis. To jedno czeskie zdanie jest w pełni zrozumiałe dla Polaków, ale umówmy się, jest to już żarcik tłumacza, a nie reżysera.) Jest twarda i ponura rzeczywistość czechosłowackiego stalinizmu.

Powiem tak – to jest najbardziej polski film, jaki powstał w Czechach. Nawet ten egzystancjonalny, silnie zaznaczony moralny aspekt całej historii jest taki nadwiślański, prosty i łopatologiczny. Oczywiście, opowiada dramatyczną historię, ale nie ma tutaj miejsca na większą rozkminę. Bohater toczy konflikt wewnętrzny, ale widz nie ma wątpliwości co do jego postępowania. Rozumiemy jego rozterki, jednak sami wychodząc z kina nie myślimy za wiele o nich, bo wiemy, że doprowadziły go one do słusznej i chwalebnej decyzji. Informacja na końcu filmu utwierdza nas w przekonaniu, że film jest formą hołdu-laurki.

Niezwykle mnie to zdziwiło. Dotychczas czeskie kino to żarty i psoty, “Jedna ręka nie klaszcze”, samotność w życiu i takie tam. A to już drugi film w ciągu ostatnich lat od naszych sąsiadów, który dotyczy komunizmu. Poprzednim był “Czeski błąd”, gdzie fabuła zasadzała się na problemach z lustracją uznanego opozycjonisty.

Odnoszę wrażenie, że trochę zamieniliśmy się z Czechami* rolami. U nas komuna była dość istotnym tematem dla filmowców, od “Psów” Pasikowskiego, przez “Rewers”, będący próbą lżejszego potraktowania tematyki, po wyniesione na inny poziom robienia filmów kino Smarzowskiego (“Różyczka”, “Dom Zły”). Mieliśmy do wyboru w Polsce dłuższy czas dramaty z przeszłości, albo głupie komedie romantyczne. Powoli odkrywa się, że żyjemy w kraju, w którym są inne problemy niż lustracja czy mroki przeszłości i uczymy się robić po prostu filmy o życiu. Czesi z kolei na odwrót – po przeszło dwudziestu latach stają się dostrzec, że mają problem z komunizmem i z rozliczeniem się z niego. Są bardziej pragmatyczni, niewierzący i może sceptycznie zdystansowani do świata, co owocowało takimi inteligentymi, ale dotykającymi jednak bieżących spraw filmami. No, wyjątkiem trzymającym się jednak konwencji był “Kola” z 1996 r.My z kolei, ogólnie jako naród, staramy przykładamy duże znaczenie do historii, co dobrze było i dalej widać w naszej dotychczasowej kinematografii (też nie możecie się doczekać Więckiewiczka w roli Wałęsy czy czekacie na sequel “Katynia” “Katyń II. Smoleńsk”?).

Dla fanów czeskiej kinematografii ten film będzie może być rozczarowaniem. Jest to DOBRY film, jednak sączącą się w sercu gorycz zostawiam dla siebie, a was zapraszam do kina. Gdzieś dokopałem się do info, że bedzie to mocny kandydat do Oskara.

Słoń

*Przypis Ryby korzystającej z tego, że Współautor błąka się gdzieś bez internetu: część filmu –te wstrętne, zapyziałe, ciemne “praskie” uliczki kręcone były… w Łodzi! Po prostu Praga (jak większość czeskich miasteczek obecnie) jest tak ślicznie odnowiona, że wstrętnych zaułków trzeba szukać u nas…