Kaszaniasto ZŁY Film: Świat w płomieniach

whd

“White House Down”

USA 2013,

reż. Roland Emmerich, sc. James Vanderbilt,

wyk. Ch. Tatum, J. Foxx, M. Gyllenhaal,  J. Clarke, J. King

Są filmy ZŁE, których beznadzieja ma pewną szczególną właściwość. Pomimo tego, iż są niewyobrażalnie źle zrobione, nieprzemyślane i naćkane nie mieszczącymi się w głowie absurdami, to z uporem nie chcą przekroczyć magicznej granicy, za którą stają się już DOBRE, wpadając tym samym do szlachetnej i zaszczytnej grupy tak ZŁYCH, że aż DOBRYCH. “Świat w Płomieniach” jako – cytat z kolegi M, który musiał ze mną wytrzymać oglądanie tego cuda –  “przeraźliwie zły film. Ale tak oporowo”, wyrywa nas ze złudnego przekonania, że ludzie, którzy mają dużo pieniędzy na robienie filmów, są choć w minimalnym stopniu racjonalni i mają przynajmniej odrobinę samokrytyki, by w porę zdać sobie, że zaczynają tonąć w lepkim bagnie śmieszności i błazenady. Powiem krótko, bo późno, ale emocje mnie zżerają z irytacji po tym co oglądałem, oraz faktem, że na wikipedii piszą, iż film dostał “mixed reviews” (czyli że ktoś to lubił!?) i zarobił do tej pory więcej niż wynosi całkowity roczny PKB Kiribati.

By ogarnąć poziom katastrofy, jaką się nam serwuje, streszczę scenariusz. Ale żeby unaocznić wam stężenie debilizmu zacznę od środka fabuły. Reszta niech będzie milczeniem.

Czytaj dalej

“Operacja Argo”: DOBRY FILM

Gdzie jest Wally? ee... Brodaty Ben?

Gdzie jest Wally? ee… Brodaty Ben?

“Argo”

USA 2012

reż. Ben Affleck,

Ben Affleck, Bryan Cranston, Alan Arkin, John Goodman

Do Oskarów zostało jedynie parę dni. Rybka już skrobnęła o “Poradniku pozytywnego myślenia”, ja w jednym z pierwszych postów na tym blogu podzieliłem się swoimi wrażeniami z “Django“, ale by wyczerpać temat nominacji do “Best Picture” zostało jeszcze trochę… Choć nie wyrobimy z wszystkim, mamy nadzieję, że uda nam się do 24 lutego napisać recenzję filmu, który dostanie Oscara. No chyba że nagroda, na przekór wszystkiemu i wszystkich powędruje do Haneke’go… Bo o “Miłości” pewnie napiszemy, ale chyba nie tak szybko, jak byśmy chcieli.

Jako dyżurny politolog tej strony spadł na mnie obowiązek recenzji “Operacji Argo”, co – nie ukrywam – czynię z niemałą satysfakcją. Filmu dziwnego, bo od fabuły wszyscy się bardziej podniecali powracającym z niebytu Benem Affleckiem. Nie chcę się zagłębiać w szczegóły perypetiów życia Pana Bena, bo ładnie zrobili to już w Newsweeku, gdzie – chyba jacyś żeglarscy zapaleńcy – napisali, że: “pokonał aktorskie flauty, sztorm wokół związku z Jennifer Lopez, tsunami prasowych złośliwości i wiry alkoholizmu.” A teraz pewnie zmierza po Oscara. Co z tego wyjdzie – zobaczymy. Ale faktem jest, że Affleck niespodziewanie wyrasta nam na jednego z ciekawszych i ambitniejszych reżyserów!

Mam kolegę dziennikarza. Kiedyś, jak mu się użalałem, że mam do napisania jakiśtam tekst, temat – absolutnie super, no ale nie idze, źle mi się pisze i nie mam wrażenia, że zmierzam ku dobremu. Kolega przyznał rację. Stwierdził, że on też tak ma – przy słabym temacie, człowiek staje na rzęsach i skupia całe siły, by formą nadrobić niedostatki treści. Z kolei na odwrót – kiedy ma się o czym pisać, nieraz zaniedbuje się “opakowanie” i efekt nie zawsze jest satysfakcjonujący.

Affleck mógł być doskonałym przykładem takiego paradoksu. Historia, jaką pokazał jest doskonała, jest wręcz gotowym scenariuszem na film. Oparta na faktach, a przy tym tak pełna napięcia i niewyobrażalna, że z zaskoczeniem czytamy na wiki, że oni naprawdę TO zrobili! Ale trzeba to jeszcze jakoś sensownie pokazać. I Affleckowi się udało. Nie powiem, że “Argo” jest filmem doskonałym, ale DOBRYM w pełni tego słowa znaczeniu.

argo2

“Argo, fuck yourself!”

Dobrze się to ogląda. Solidny warsztatowo, z ciekawą grą aktorską. Brodaty Ben Affleck, do tego świetny duet Alan Arkin – John Goodman, a dla fanów “Breaking Bad” w tle Bryan, do tego świetne dialogi. Fakt, byliśmy z Rybką jedynymi, którzy śmiali się z tekstu o Marksie (i na końcu prawie biliśmy brawo, jak zobaczyliśmy nad łóżkiem syna głównego bohatera figurki z “Gwiezdnych Wojen”, ale to nie znaczy, że jesteśmy dziwni!) I ten nieprzetłumaczalny kalambur na samym końcu:

– President says that you’re a true American…

– American what?

– He didn’t say…

Niektórzy kręcą nosem, że niby thriller, czekamy na wielki finał, ale koniec końców nie jest on aż tak szokujący. Spodziwamy się czegoś więcej i zostaje niedosyt. Nie zgadzam się. Nie ten film, nie te oczekiwania. Chcecie rozwałki to zobaczcie sobie indonezyjski “Raid”, reklamowany  jako “30 pięter chaosu”. Affleck bierze na tapetę prawdziwą historię, wiadomo – w jednym filmie nie nakreśli całego skomplikowanego konstekstu społeczno-politycznego, ale stara sie trzymać faktów.

Zatem: w Iranie wybuchła w 1979 r. rewolucja. Sytuacja – jak to w przypadku porządnej rewolucji – wymknęła się spod jakiejkolwiek kontroli, nastał chaos  i anarchia. W tym bezładnym szleństwie rewolucyjnego impetu pojawił się pomysł, by okupować amerykańską ambasadę. I to – jak się okazało – nie na tydzień czy miesiąc. Okupacja ambasady w Teheranie trwała aż 444 dni i przeszła do historii pod nazwą Iran hostage crisis.

[Nawias – koleżanka podrzuciła mi film “444” – irański dokument o pomysłodawcach całej akcji okupacji. Na samym początku pomysł przedstawiono m.in. Ahmadineżadowi, wówczas studentowi (obecnenie prezydent Iranu),który odrzucił go, uważająć, że raczej należy okupować ambasadę radzieckich ateistów. W końcu wygrała polityka – okupacja amerykańskiej ambasady była wyrazem gniewu Irańczyków na politykę USA, które wiernie wspierały krwawy reżim szaha.]

Przyznajcie sami – trochę głupia sprawa dla jednego z dwóch światowych mocarstw, by dać sobie zrobić taki afront. tym bardziej, że w Moskwie tylko czekają na taki akt słabości. Doskonały pretekst by ośmieszyć wroga, który nie potrafi się zaopiekować swoimi obywatelami. Oczywiście w USA  podjęto próbę uwolnienia zakładników. Carter zezwolił na posłanie sześciu helikopterów z komandosami, jednak jeden się rozbił po drodze, a w drugim padła hydraulika i trzeba było przerwać misję.

Argo, film of the week

“You did well, Ben!”

O tym w 1980 r. było wiadomo. Carter przyznał się do porażki, tym bardziej bolesnej, że była szansa na uratowanie prezydentury. A tak przegrał z przebojowym Republikaninem Reaganem. Tymczasem dopiero pod koniec lat 90., Clinton odtajnił akta dotyczące tego, o czym opowiada fabuła “Operacji Argo”. Okazało się bowiem, że sześciu pracowników ambasady zbiegło do placówki dyplomatycznej Kanady. Wiadomo było, że nie będą mogli się tam ukrywać wiecznie. I opracowano szleńczy plan uwolnienia. CIA wymyśliło, by sprzedać Irańczykom następującą bajkę: Hollywood kręci w Iranie film si-fi, przy którym pracuje kanadyjska ekipa (nasi ucieknierzy). Całą akcję trzeba było oczywiście misternie zaplanować, a zajął się tym agent Tony Mendes (Ben Affleck), który miał za zadane wyciągnąć dyplomatów z Iranu.

W całej historii najważniejszy jest mały epizod, który najpełniej rozwiązuje problem kontekstu, w jakim powstaje film. “Operacja Argo” łatwo mogłaby się bowiem stać elementem politycznej histerii – już nie wnikam w to, na ile słusznej – związanej z obecnymi posunięciami reżimu w Teheranie. Ot, przypomijmy światu, kto nim tak naprawdę rządzi (rządził) i wskażmy wroga. Jasne, po wyjściu z kina każdy zazdrości Amerykanom CIA, Bena Afflecka i “Gwiezdnych Wojen”, ale Affleckowi udaje się uniknąć jednostronności, nadmiernego patosu i moralizatorstwa.

W uwolnieniu zakładników, kluczową rolę gra młoda irańska dziewczyna, pokojówka w kanadyjskiej ambasadzie. Wie kim są “goście” ambasadora, ale decyduje się okłamać indagujących ją przedstawicieli władz rewolucyjnych. Dzięki jej dyskrecji i odwadze, cała akcja ma szansę się powieść. Choć pomysłodawcą i wykonawcą całej akcji był Tony Mendes, to bez jej milczenia nie byłoby mowy sukcesie. Gdy Amerykanie cieszą się na pokładzie samolotu, na którym można już spożywać alkohol, dziewczyna wraz z tłumem ucieknierów przekracza kranicę Iranu. Happy end z delikatną nutką goryczy, nie pozwalający zapomnieć, że świat nie jest czarno-biały. Kolejny powód, by Was bez wyrzutów sumienia wygonić do kina.

Reasumując – brawa dla Afflecka, DOBRY film, me gusta!

(Ale Oskar chyba jednak dla Spielberga…)

Słoń

Django – DOBRY film

django-unchained-2

“Django Unchained”

USA, 2012

reż. Quentin Tarantino

Jamie Foxx, Christoph Waltz, Leonardo Di Caprio, Samuel L. Jackson

„Bękarty wojny” po mnie… spłynęły. Jak „Quantium of Solace” – byłem, widziałem, kolejny krzyżyk w „Wielkiej Księdze Filmów, Które Zobaczyłem” dwie twarze zapamiętałem (ze zdziwieniem odnotowałem, że waltz po niemiecku nie znaczy „uśmiechnięty skurwiel z rozbrajającym uśmiechem”), wielka rozpierducha, ale bez jakiejś rewelacji. No dobra, trzeba przyznać, że zrobienie przez takiego reżysera komedii o Holocauście było czymś mocnym, ale chyba w kontekście tego filmu ważniejszy był właśnie kontekst. Ze zdziwieniem odnotowano, że na projekcjach doskonale bawili się Niemcy, co potraktowano jako ostateczne pogodzenie się naszych zachodnich sąsiadów z historią, która i tak będzie ich prześladować jeszcze latami. I chyba trochę tego się obawiałem w najnowszej produkcji Tarantino. Ale na szczęście moje obawy się nie spełniły. Dostałem to czego oczekiwałem.

Zatem ad rem: Klimat spaghetti-westernów kręconych w Jugosławii, z montażem i napisami z epoki, doskonałą muzyką z lat 70. – słowem, każdy, nawet bez magisterium z filmoznawstwa instynktownie czuje o co chodzi. Fabuła podobna konceptem do „Bękartów…”, gdzie Tarantino bawi się naszymi cywilizacyjnymi lękami i marzeniami. A niech teraz Ci, co latami byli prześladowani i gnębieni przez historię się zemszczą! Niech spełnią nasze szalone pragnienia, wyzwolą się z opresji i urządzą swoim oprawcom krwawą łaźnię, ale na tyle skąpaną w absurdzie, że nie będzie nam ich żal, ale wręcz przeciwnie – będziemy się świetnie bawić. W końcu o to chodzi w kinie, prawda?

Zatem tak i w „Django”, mamy reprezentanta uciśnionej mniejszości, czyli tytułowego bohatera, który dzięki pomocy elokwentnego łowcy głów, (Christopher Walz – w pełni zasłużył na Oscara za rolę drugoplanową!), mści się na białych panach, by odzyskać swoją ukochaną. Jest krwawo, absurdalnie i… zajebiście śmiesznie. Jako zagorzały germanofil, z rozmarzeniem na twarzy oddawałem się rozkoszy śledzenia wątku niemieckiego. Autoironiczne żarciki z pochodzenia Walza, czarna niewolnica Brunhilda z Mississippi, a wszystko to usprawiedliwione aluzją do filmów o Winnetou, z bohaterami latającymi po bezdrożach Jugosławii i krzyczących: „Hande Hoch”. Dyskusja bandy plantatorów-mścicieli na koniach przeradza się z deliberacji na temat strategii uśmiercenia głównych bohaterów, w kłótnię na temat wątpliwej jakość wykonanych nakryć na głowę, będących ułomną wersją gustownych kapturów Ku-Klux-Klanu. Scena, którą widzieliśmy przecież już w niezliczonej ilości komedii, choć mi i tak przypomniała dyskusję Galów o grzybach z albumu „Asteriks na igrzyskach olimpijskich”, a i tak bawi. Mistrzem jest jednak Samuel L. Jackson, grający oddanego lokaja , który wszystkich dookoła wyzywa od „czarnuchów”, a opowiastkę o murzyńskim gladiatorze kwituje rozbrajającym: „Negrokules”.

Film jest długi, trzy godziny bez kwadransa. Ale dobrze się to ogląda, fabuła jest dynamiczna, ładnie płynie, tak, że w sumie tylko raz rzuciłem okiem na zegarek. Od razu uwaga, dla niecierpliwych – „Django” trzeba oglądnąć DO KOŃCA. Tak, reżyser zostawił nam na deser żarcik, który pojawia się dopiero po napisach końcowych. Ale po zakończeniu projekcji miałem uczucie… spełnienia. To były dobrze spędzone dwie godziny i 45 minut. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się czułem po filmie.

Tu i tam czytałem o Tarantino oraz „Django” i dosyć często spotkałem się z uwagami, które dotykają problemu, jaki i ja – przyznam – mam z tym niewątpliwym geniuszem kina, który już dawno zapewnił sobie miejsce w historii. Zarzut jest – ostrzegam – meta filmoznawczy, może nawet filozoficzny, trochę w duchu antropologii poststrukturalnej naznaczonej preegzytencjalizmem Kirkegaarda, z łyżką fenomenologii Ingardena. Otóż Tarantino opiera cały swój koncept na filmy na tym, na czym stoi cała nasza kultura, o której ktoś mądry powiedział, że od jakiegoś czasu (najpóźniej ee… IV w.n.e.?) opiera się na naśladownictwie. Nic nowego pod słońcem, obrabiamy i przerabiamy znane motywy i konteksty, nadając im jedynie nową formę. Fabuły Tarantino to czysty FUN, zapakowany w pudełko starych, acz doskonale odtworzonych klisz. Nie ma tutaj uniwersalnych problemów, codziennych dramatów, prawdy o życiu i śmierci, ale świetne portrety bohaterów, genialne rzemiosło reżyserskie i aktorskie, no i ten wydumany „dialog z historią kina”. I dialogi, dialogi, dialogi!

Dlatego ze zdziwieniem przeczytałem, że jeden recenzent miał po filmie niedosyt. Ale na Boga, czego oczekujemy, jak słyszymy, że Tarantino zrobi film o ninja-zabójcach, drugiej wojnie światowej albo niewolnictwie? Psychoanalitycznej analizy, wiwisekcji poruszanej problematyki, czy dokładnie tego, co zobaczymy w „Django”? A jak ktoś chce mieć studium polityczno-społecznie niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych w latach 60. XIX w. to niech idzie na „Lincolna”. Tez DOBRY FILM, ale o tym niedługo. „Django” to znany i dobry Tarantino, z wszystkimi swoimi zaletami i wadami. Ja to kupuję i daję się wciągnąć w tę bezczelną gierkę. A skoro jeszcze skaczą przy tym endorfiny?

Słoń