DOBRY dokument: Miejski serwis randkowy

Za: ceskatelevize.cz

Za: ceskatelevize.cz

Dokument Eriki Hnikovej „Miejski Serwis Randkowy” (oryginalny „Nesvatbov” lepiej oddany w angielskim tłumaczeniu jako „Matchmaking Mayor”) to nic innego jak ukazanie tego, jak w pewnej słowackiej wiosce radzą sobie z problemem ukazanym w „Szwedzkiej Teorii Miłości”. Choć mieszkańcy tej mieściny nie najleżą do najbogatszych, to chodzi przecież o to samo — czemu lud nie chce się rozmnażać? Film prosty, bez fajerwerków, ale wsłuchując się w miłosne dramaty trzestoparoletnich gniazdowników widzimy większy, może nie tylko słowacki, problem…

Czytaj dalej

DOBRY film: Pokot

z21351515IH,Kadr-z-filmu-Pokot-fot-materialy-prasowe.jpg

W sumie warto ten film obejrzeć tylko dla przebieranego balu grzybiarza (zdj. Gazeta.pl).

Wyszliśmy z kina dość skonsternowani. Widzieliśmy film DOBRY, a do tego nagrodzony w Berlinie Srebrnym Niedźwiedziem. Niemniej nie mogliśmy się oprzeć wrażeniu, ze jest to dzieło nierówne. Ze scenami doprawdy wyśmienitymi, jak choćby Mandat w stroju Wilka tańcująca z Wiktorem Zborowskim w przebraniu czerwonego kapturka na corocznym balu grzybiarza, a jednocześnie z kilkoma zupełnie niepotrzebnymi,  napięcie raz budowano niczym w skandynawskim dreszczowcu (w końcu to koprodukcja z m.in. Szwecją), a raz rozpływało się niczym mgła nad przecudną Kotliną Kłodzką. Doszliśmy do wniosku, że to taki film, po którym żałujemy, że nasze poglądy nie są bardziej na prawo, bo moglibyśmy mieć wtedy spore używanie. Niemniej mimo kilku mankamentów, najnowszy film Holland jest naprawdę dobry.

Czytaj dalej

Socjalistyczny Zombie Mord czyli czeski wieczorek filmowy. Cz. I:”King Fury” i indyjska horror-komedia o zombie

Za: wtfbabe-files-wordpress-com

Za: wtfbabe-files-wordpress-com

Kiedy spotkałem V. okazało się, że na tej planecie jest więcej osób, które widziały takie zwyrodnialcze cuda kinematografii  jak japońską wersję człowieka z żelaza, czyli cyberpunkowy odlot „Tetsuo” z 1988 r. z jedną z najdziwniejszych scen seksu w historii kina (w końcu nieczęsto penis protagonisty zamienia się w dłuto wiertnicze), czy najkrwawszy film w historii kina, jakim jest  „Martwica Mózgu” Petera Jacksona (OK, to drugie jest bardziej mainstreamowe niż mi się wydawało;). Zorganizowanie wieczorku filmowego było kwestią czasu…

Czytaj dalej

DOBRY rosyjski film: Geograf przepił globus

Za: vaspress.com

Za: vaspress.com

Geograf globus propil

Rosja, 2013

reż. Aleksandr Veledinsky,

scen. Rauf Kubayev, Aleksandr Veledinsky, Walery Todorovsky,

wyk. Konstanty Khabensky, Elena Lyadova

Znalezienie w sieci, nawet rosyjskojęzycznej, hasła „rosyjska nowa fala” jest trudne. Kompleksowy spis podany przez Aloszę Bezhumanova na portalu mubi.com zawiera filmy powstające jeszcze pod koniec lat 90. („Brat” z fenomenalną ścieżką dźwiękową) po najnowsze produkcje, w tym recenzowane na tym blogu dawno temu „Niebiańskie żony łąkowych maryjczyków”. Jeśli wierzyć Alosze, nawet wśród krytyków rosyjskich nie ma zgody na to, czy rzeczywiście można mówić o tak uwielbianej przez filmowych geografów nowej fali. Wydaje się, że po prostu od jakiegoś czasu w Rosji zaczęły powstawać DOBRE filmy, różnorodne, dotykające wielu tematów i wymykające się próbom wrzucenia do jednego worka. Jakiej metki byśmy nie przydali „Geografowi, który przepił globus”, mamy tutaj do czynienia z DOBRYM dramatem zza wschodniej granicy.

Czytaj dalej

Dobry film: Oszuści

smejdi

„Šmejdi”

Czechy, 2013

reż. S. Dymakova

Parlament Europejski to super miejsce na staż! Mówię najzupełniej serio! Jadąc windą w pięć osób słyszysz sześć różnych języków, na spotkaniu za zamkniętymi drzwiami AFET (komisji do spraw zagraniczych) waży się przyszłość Ukrainy, na korytarzach spotykasz znanych i lubianych niegdysiejszych posłów zesłanych na wieczną emeryturę, czekających na powrót do wielkiej – czytaj: krajowej – polityki. Klimat Ci tam niesamowity: w tłumie sunącym przez szerokie przejścia na kluczowym – trzecim – piętrze w hektycznym wirze ludzkich ciał mijają się ze sobą MEPs (Member of European Parliament), dumni asystenci i zagubieni w całym tym zamieszniu stażysci, w zaaferowaniu szukający pokoju 17F243 sekcja A2 i gubiący przy tym wypadające z ręku papiery.

Miło tu staż robić, bo dzieje się mnóstwo rzeczy! Szczególnie popołudniami, kiedy to mają miejsce tak zwane eventy – różne i różniaste wydarzenia, w trakcie których, w mniej lub bardziej ciekawej formie, prezentowane są wszystkie możliwe zagadnienia, ważne dla Parlamentu Europejskiego. Od konferencji o wartościach odżywczych kinui, przez otwarcie wystawy dywanów z Bagdadu po różnej maści filmy, prelekcje, publiczne wystąpieniania, wizyty głów państw trzeciego świata itd. itp. Wczoraj akurat znalazłem projekcję filmową organizowaną przez czeskich socjalistów i demokratów (S&D). Koleżanki z Niemiec postanowiły się wybrać ze mną, więc połączyłem przyjemne z pożytecznym i we wtorkowe popołudnie wygodnie rozsiadłem się w arcywygodnych fotelach sali A45R13 piętro 23, sekcja G.

Na seansie było trochę sław, m. in. reżyserka, czescy MEPs oraz komisarz ds. ochrony konsumentów, Chorwat Neven Mimica.

„Šmejdi” jest dokumentem telewizyjnym. Choć wygląda jakby był nagrywany kalkulatorem, jest to produkcja, która głośnym echem odbija się obecnie u naszych południowych sąsiadów. W Czechach film wszedł do kin z kwietniem i wywołał trochę zamieszania. Swoją premierę miał w Karlovych Warach, a dosyć szybko zdołało oglądnąć go 60 tys. ludzi. O produkcji wspominały też czeskie tabloidy, film zostanie puszczony w godzinie szczytu w telewizji. Na Słowacji premiera jest zaplanowana na pierwszego października, a Dymakova ma już kalendarz zapełniony wywiadami i spotkaniami. (o szczegółach czytaj w przypisie na dole).

Reżyserka już po projekcji nie ukrywała, że nie potrzebowała wiele kasy, by zrobić „Smejdi”. Kapitałem, którego najbardziej potrzebowała był… czas. Dlatego też film przypomina niskobudżetowe produkcje dla „Uwagi” tefałenu. Ale zaznaczmy – właśnie ten nieodparty autentyzm i surowość formy doskonale koeresponduje z mroczną stroną czeskiej duszy i tym, co się tam wyprawia.

Czytaj dalej

Dobry Film: W Cieniu

416155.1

Ve stínu koně

Czechy, Polska, Słowacja, 2013

reż. David Ondříček

wyk. Ivan Trojan, Sebastian Koch

Widzisz plakat filmowy. Pierwsze wrażenie – dobre. Podchodzisz, ogarniasz obsadę, reżysera; szczęściem dystrybutor przypomni Ci co reżyser wcześniej zrobił i wiesz, że to jest ten film, na który MUSISZ iść, nawet jak jesteś kompletnie i absolutnie spłukany. Dzień sprzyjał, pogoda paskudna, lało i było z 13 stopni. Ta listopadowa aura doskonale nastrajała do spędzenia wieczoru w kinie na zapowiadanym jako porządny, czarny kryminał z Czeskiej Republiki i to toczący się w latach 50.! „Rewers” w wykonaniu naszych południowych sąsiadów? Koniecznie!

Spodziewałem się czegoś powalającego. Tym bardziej, że dzieło zmontował sam David Ondříček – ten od „Samotnych” – moim zdaniem kwintesencji wszystkiego tego, z czym nam się kojarzy  czeskie kino – absurdalnego i nieco autystycznego humoru, podszytego egzystencjonalnym niepokojem i zagubieniem. W „Samotnych” jedną z głównych ról gra Ivan Trojan, który w dziele Ondříčka sprzed 13 lat wcielił się w postać Ondrieja – poważnego  i szanowanego lekarza, głowy rodziny, który popada w delikatną fiksację spotykając – niekoniecznie przypadkowo – na ulicy swoją dawną, niespełnioną miłość. Inną doskonałą kreacją aktora jest Stary Karamazow w „Braciach Karamazowa” Zelenki – kolejny doskonały czeski film, gdzie fabułę Dostojewskiego opleciono historią pewnej trupy teatralnej, a całość wciśnięto w postindustrialne przestrzenie Nowej Huty. Brzmi świetnie, jeszcze lepiej wygląda.

Trojan we „W cieniu” wcielił się z kolei w postać dedektywa Hakla. Rzecz dzieje się w Pradze w latach 50. Komuna szaleje już na całego, bezpieka roztacza macki kontroli i terroru, a wszyscy szykują się do reformy monetarnej, która ma ratować kulejącą gospodarkę nakazową, przy okazji pozbawiając szarych obywateli oszczędności życia. W takich okolicznościach Hakl musi rozwiązać zagadkę pewnego napadu rabunkowego. Szybko i sprawnie, jak po sznurku, dociera do szajki Syjonistów, która miała zamiar przekazać pieniądze Ameryce i Izraelowi. Jak to jednak bywa w dobrych kryminałach, okazuje się że sprawa p0szła trochę za łatwo i sprytny Hakl zaczyna węszyć. W trakcie prowadzonego na własną rękę śledztwa trafia na majora z NRD z podejrzanymi tatuażami, który nie do końca wiadomo w co i z kim gra; Urząd Ochrony Państwa, który nie wiedzieć czemu wpieprza się w sprawę kryminalną bynajmniej nie posuwając sprawy do przodu, oraz  całą większą kabałę, która w pewnym momencie zmusza do podjęcia dramatycznej decyzji…

I tak – pierwsza niespodzianka – nie jest to żaden „Rewers”, reżyser w żaden sposób nie kombinuje z formą, żadnych katastrofalnych czarno-białych taśm, Agaty Buzek i fabuły Andrzeja Barta (czy my kiedyś pisaliśmy na tym blogu, że „Rewers” jest ZŁY?). Trochę deszczu, prochowce i lata 50. na modłę demoludów, do tego cwany detektyw, coraz bardziej popadający w samotność i zanurzający się w mroczny świat na styku przestępstwa i polityki (choć w tamtym czasie to było prawie jedno i to samo). Brzmi znajomo? Tak, kino noir po czesku. Jednak Ondříček odarł film z wszelkich kombinacji formalnych, nie ma żadnej zabawy konwencją, klisz i schematów, ale kawał porządnego kina.

Jednak ku mojemu zaskoczeniu, Ondříček odarł film nawet z tego, co czyniło czeskie filmy czeskimi. Nie mamy tutaj dialogów, przy których nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać, próżno szukać postaci komicznych, czy też jakiegokolwiek absurdu. (Dobra, jest jeden moment – w trakcie rozmowy bohaterów na chwilę znikają polskie napis. To jedno czeskie zdanie jest w pełni zrozumiałe dla Polaków, ale umówmy się, jest to już żarcik tłumacza, a nie reżysera.) Jest twarda i ponura rzeczywistość czechosłowackiego stalinizmu.

Powiem tak – to jest najbardziej polski film, jaki powstał w Czechach. Nawet ten egzystancjonalny, silnie zaznaczony moralny aspekt całej historii jest taki nadwiślański, prosty i łopatologiczny. Oczywiście, opowiada dramatyczną historię, ale nie ma tutaj miejsca na większą rozkminę. Bohater toczy konflikt wewnętrzny, ale widz nie ma wątpliwości co do jego postępowania. Rozumiemy jego rozterki, jednak sami wychodząc z kina nie myślimy za wiele o nich, bo wiemy, że doprowadziły go one do słusznej i chwalebnej decyzji. Informacja na końcu filmu utwierdza nas w przekonaniu, że film jest formą hołdu-laurki.

Niezwykle mnie to zdziwiło. Dotychczas czeskie kino to żarty i psoty, „Jedna ręka nie klaszcze”, samotność w życiu i takie tam. A to już drugi film w ciągu ostatnich lat od naszych sąsiadów, który dotyczy komunizmu. Poprzednim był „Czeski błąd”, gdzie fabuła zasadzała się na problemach z lustracją uznanego opozycjonisty.

Odnoszę wrażenie, że trochę zamieniliśmy się z Czechami* rolami. U nas komuna była dość istotnym tematem dla filmowców, od „Psów” Pasikowskiego, przez „Rewers”, będący próbą lżejszego potraktowania tematyki, po wyniesione na inny poziom robienia filmów kino Smarzowskiego („Różyczka”, „Dom Zły”). Mieliśmy do wyboru w Polsce dłuższy czas dramaty z przeszłości, albo głupie komedie romantyczne. Powoli odkrywa się, że żyjemy w kraju, w którym są inne problemy niż lustracja czy mroki przeszłości i uczymy się robić po prostu filmy o życiu. Czesi z kolei na odwrót – po przeszło dwudziestu latach stają się dostrzec, że mają problem z komunizmem i z rozliczeniem się z niego. Są bardziej pragmatyczni, niewierzący i może sceptycznie zdystansowani do świata, co owocowało takimi inteligentymi, ale dotykającymi jednak bieżących spraw filmami. No, wyjątkiem trzymającym się jednak konwencji był „Kola” z 1996 r.My z kolei, ogólnie jako naród, staramy przykładamy duże znaczenie do historii, co dobrze było i dalej widać w naszej dotychczasowej kinematografii (też nie możecie się doczekać Więckiewiczka w roli Wałęsy czy czekacie na sequel „Katynia” „Katyń II. Smoleńsk”?).

Dla fanów czeskiej kinematografii ten film będzie może być rozczarowaniem. Jest to DOBRY film, jednak sączącą się w sercu gorycz zostawiam dla siebie, a was zapraszam do kina. Gdzieś dokopałem się do info, że bedzie to mocny kandydat do Oskara.

Słoń

*Przypis Ryby korzystającej z tego, że Współautor błąka się gdzieś bez internetu: część filmu –te wstrętne, zapyziałe, ciemne „praskie” uliczki kręcone były… w Łodzi! Po prostu Praga (jak większość czeskich miasteczek obecnie) jest tak ślicznie odnowiona, że wstrętnych zaułków trzeba szukać u nas…