DOBRY “Laggies” i ZŁY “1 Night”: czyli dwa filmy o wspominaniu balu maturalnego

laggies-0226.jpg

Twórcom “Laggies” udało się przedstawić nastolatki, które wyglądają i zachowują się na swój wiek, a nie są przy tym niezwykle irytujące

W filmach amerykańskich strasznie dużo dzieje się na balu maturalnym. Albo ktoś wyznaje ci miłość, albo łamie serce. Niekiedy ktoś zaczyna rodzić, można zostać oblanym wiadrem świńskiej krwi;  zdarza się, że na scenie podskakuje twój przyszły syn grając muzykę z przyszłości. Czasem imprezę przerywa nawet atak zombie. Jeśli dorośli już bohaterowie wspominają go, to tylko skrajnie: albo był to najlepszy dzień w ich życiu, albo najgorszy. Ja studniówkę wspominam bardzo dobrze, choć na szczęście byłam i na lepszych imprezach. Nie prześladuje mnie żadne mroczne wspomnienie — jestem nawet zadowolona z tego, jak wyglądałam, może tylko jednak upięłabym włosy, żeby podczas cha-chy się nie zaplątać lokami w guzik od mankietu kolegi. Znacznie więcej dramy było na komersie na koniec gimnazjum, podczas którego jakaś zupełnie nieznana mi dziewczyna  niespodziewanie mnie spoliczkowała. Nawet to jednak nie popsuło mi zabawy i koniec końców uważam wieczór za dość udany. 

Tak się złożyło, że niedawno oglądałam dwa filmy, w których jakimś punktem wyjścia jest właśnie bal maturalny czy jego wspomnienie. “Laggies “(a.k.a. Życie nie gryzie) okazał się niespodziewanie DOBRY, “1 Night” natomiast zaskakująco ZŁY.

Czytaj dalej

ZŁY film, na którym DOBRZE się bawiłem: “Bez Litości”

Za: www.indyweek.com

Za: www.indyweek.com

The Equalizer

USA, 2014

reż. Antoine Fuqua, scen. Richard Wenk

wyk. Denzel Washington, Marton Csokas

Będący adaptacją serialu z lat 1985-1989, najnowszy thriller z Denzelem Washingtonem, choć odstrasza fatalnym polskim tłumaczeniem (angielski “Equalizer” jest znacznie bardziej intrygujący), to od pierwszych scen budzi w nas bardzo duże nadzieje. Starannie budowany klimat, nastrój tajemniczości spowijający głównego bohatera, wyjęte żywcem z obrazów Hoppera puste bary w środku nocy gdzieś w Ameryce, a potem świetnie zmontowana, acz zbyt brutalna jak na zwykłe sensacyjne nawalanki scena w rosyjskiej restauracji, każą nam sądzić, że nie będziemy mieć do czynienia jedynie z historią pewnej krwawej, prywatnej vendetty. Niestety, twórcy nie zdecydowali się na zaserwowanie nam głębszej, bardziej skomplikowanej historii, poprzestali w pół drodze. Nie miałbym z tym większego problemu, gdyby w zamian zaoferowano nam naprawdę wybuchowy finał. Albo dokładniej sprawę ujmując — nie miałbym z tym filmem problemu jako bloger. Bo w momencie gdy zdałem sobie sprawę, z czym tak naprawdę się to je, z lubością oddałem się kolejnym absurdom fabularnym, doskonałemu montażowi i świetnej muzyce. Nie zmienia to jednak faktu, że zarówno ci, którzy spodziewali się inteligentniejszej rozrywki, jak i ci, co po prostu chcieli oglądać porządną łupaninę, mogą się poczuć rozczarowani.

Czytaj dalej