Oceniamy filmy po zwiastunie część 1, czyli noworoczne prognozy Współautorki

źródło: static.guim

źródło: static.guim

Stary rok się kończy, więc pora popatrzeć w przyszłość, zobaczyć, jakie filmy na nas czekają. Dziś moje wyliczenia, niedługo swoje typy wyjawi Współautor. W celach rozrywkowo — oceniających postanowiliśmy zrobić coś, czego robić nie należy, mianowicie ocenić, czy film jest DOBRY czy ZŁY nie widząc go, opierając się na zwiastunach, ewentualnie na opisie i liście płac z imdb lub filmwebu, a głównie na intuicji. W ciągu roku będziemy sprawdzać, czy nasze prognozy się sprawdzą.

Poniżej 10 filmów, na które czekamy lub których się boimy, w dowolnej kolejności:

Sierpień w hrabstwie Osage (August:Osage County)

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=4VBEZrkCT8Q]

reż. John Watts, scen. Tracy Letts, wyk: tyle sław, że się nie da zliczyć, patrz: zwiastun.

Premiera w Polsce: 24.01.

O czym: Adaptacja sztuki Lettsa; śmierć w rodzinie sprowadza pod ten sam dach okropną rodzinkę. Plus oklahomski akcent.

ocena: DOBRY

Dlaczego: Jeśli z taką obsadą film miałby się nie udać, byłoby naprawdę ŹLE.

Blended/Familymoon 

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=_BtGeSaGodY]

reż. Frank Coraci, scen. Ivan Menchell, Clare Sera; wyk: Adam Sandler, Drew Barrymore.

Premiera w Polsce: 4.07

O czym: Barrymore i Sandler tym razem są samotnymi rodzicami, którzy na pierwszej randce bardzo nieprzypadli sobie do gustu. Los chciał, żeby te dwie nielubiące się rodziny pojechały razem do Parku Rozrywki Białego Człowieka, czyli do Afryki. Oj, ciekawe, co będzie dalej.

ocena: ZŁE

Dlaczego: Węszę podłe łączenie dawnych zestawień ekranowych “par” w celach wyłącznie zarobkowych (por. dno dna, czyli “Nie cierpię walentynek” z parą z “Wielkiego greckiego wesela”, czyli film na którym nawet ja nie wytrzymałam), z dodatkowymi imperialistycznymi uogólnieniami i powielaniem stereotypów dotyczących Afryki oraz kilkunastoma niesmacznymi żartami.

Czytaj dalej

Dobry film: Blue Jasmine

Blue Jasmine

USA 2013

reż. i scen. Woody Allen

wyk: Cate Blanchett, Sally Hawkins

Film zaczęliśmy oglądać z pewnym niepokojem. Jak już weszliśmy do sali kinowej okazało się, że choć zwykle mamy  dość podobny gust (do tego stopnia, że tego dnia byliśmy przypadkiem ubrani TAK SAMO), to Współautor nie przepada za Woodym Allenem, podczas gdy Współautorka bardzo jego filmy i opowiadania lubi. Co gorsza, Współautor zaczął wyrzekać jakim to złym filmem jest “O północy w Paryżu”, na co Współautorka zasugerowała podle, że Współautor jest za mało oczytany by móc w pełni docenić ten DOBRY jej zdaniem film. Podczas reklam siedzieliśmy w tym naszym trzecim czy drugim rzędzie łypiąc na siebie złowrogo (podobieństwo stroju musiało dodać tej sytuacji śmieszności), a przyszłość tego bloga wisiała na włosku. Na szczęście wkrótce się zaczęło i znów zapanowała między nami zgoda — śmialiśmy się przez łzy, wymienialiśmy się spostrzeżeniami, docenialiśmy wspaniałą Sally Hawkins i nawet sceptyczny współautor mamrotał pochwały — film bardzo się podobał nam obojgu.

“Blue Jasmine” (litewski tytuł: “Dzesmina”) to coś pomiędzy absurdalnymi komediami Allena z lat sześćdziesiątych, społeczną krytyką amerykańskiego “upper-middle class” widzianą w większości jego “nowojorskich” dzieł, a nowszymi, bardziej czarnymi i poważnymi filmami jak “Sen Kasandry”. Przesłanie filmu jest, jak to określił udobruchany Współautor “strasznie lewackie”: zgniła amerykańska “elita” to grono dwulicowych, wyrzucających pieniądze w błoto egoistów, a prosty plebs może i jest głośny i mało dystyngowany, może wyrywa telefony ze ściany i urządza sceny w supermarkecie, ale ma większą szansę na znalezienie szczęścia i ma większe zasady moralne. Jak zwykle u Allena, bohaterowie (ze wszystkich “klas”) są tak uroczo neurotyczni, że nie można nie pałać do nich sympatią, mimo, że mają oni dużo, oj dużo wad.

Tym razem Woody Allen zostaje za kamerą, a jego rolę głównego neurotyka-egoisty przejmuje Cate Blanchett, która  w wspaniały sposób przez cały film powoli dostaje rozstroju psychicznego, przez co uśmiech zamiera nam na ustach, a jeśli się śmiejemy, to przez łzy. Blanchett gra tytułową Jasmine (a.k.a. Janette), rozpieszczoną byłą panią na salonach, która straciła fortunę jak przekręty finansowe jej męża-bogacza wyszły na jaw. Jej postać przypomina Blanche z “Tramwaju zwanego pożądaniem” — pozornie dystyngowana dama gardząca “nizinami społecznymi” (i szwagrami), mająca pewną rysę na charakterze. Jednak najlepiej się spisała Sally Hawkins*, która w mistrzowski sposób zagrała siostrę Jasmine, należącą do, powiedzmy, amerykańskiego “working class” (w wyobrażeniu artystycznych nowojorskich elit). Jej akcent, jej stroje, jej gra aktorska — Hawkins kradła każdą scenę w której występowała.

Co tu więcej pisać — DOBRY film, chyba mój ulubiony współczesny Allen od czasu “Whatever Works” (w Polsce znany jako “Co nas kręci, co nas podnieca”). Co prawda właśnie znika z kin, więc się pospieszcie. Jeśli nie zdążycie, to jak wyjdzie na DVD to możecie spokojnie umieścić “Blue Jasmine” w liście do Świętego Mikołaja.

Rybka

*Do której Współautorka się wreszcie przekonała po ZŁEJ adaptacji “Perswazji”, w której Hawkins była jedną ze stron w najmniej estetycznym pocałunku w historii brytyjskiej telewizji.

ZŁY Film: JOBS

steve-jobs-movie-jobs2013-poster-ashton-kutcher-jobs-movie-official-movie-poster-jobs-movie-pictures-jobs-2013-movie-stills

“Jobs”

USA, 2013

reż. Joshua Michael Stern, sc. Matt Whiteley

wyk. Ashton Kutcher, Josh Gad,

Kinowe adaptacje historii wielkich osobowości to ciężka sprawa. Wiadomo – na wstępie poprzeczka podniesiona jest nieco wyżej, bo zawsze będziemy oczekiwać, że film swoją jakością zbliży się do formatu postaci, o której traktuje. Trzeba jakoś w miarę wiernie odtworzyć fakty, ale fajnie by było jeszcze wykazać się jakąś artystyczną inwencją, jeśli nie chcemy kręcić fabularyzowanych dokumentów, które ogląda młodzież na lekcjach historii w gimnazjum .

Takie filmy można zrealizować na dwa sposoby. Albo bierzemy na tapetę jedno wydarzenie z życia naszego bohatera i wokół tego konstruujemy całą fabułę, wzbogacając o jakieś elementy z przeszłości. Tak zrobił Besson z opowiastką o Aung San Suu Kyi (“Lady”), gdzie punktem wyjścia do ukazania legendy birmańskiej opozycji były wydarzenia polityczne sprzed parudziesięciu lat i dramat, jakim była niemożność wzięcia udziału w pogrzebie męża. W przypadku oskarowego “Lincolna” wielkość najfajniejszego prezydenta USA pokazana została poprzez jego starania o zakończenie wojny secesyjnej i równoczesne przepchnięcie XIII poprawki do konstytucji.

Z drugiej strony można próbować ugryźć sprawę nieco bardziej (wybaczcie, magistra politologii mam, to się powyżywam) holistycznie. Pojście takie może dać niezłe rezultaty, szczególnie jak dodamy jeszcze takie szaleństwo, jak odgrywanie postaci głównego bohatera przez kilku aktorów, co przetestowano w biografii filmowej Dylana, granego przez Cate Blanchett (!), Heatha Ledgera i paru innych w “I’m not there”. Przy zakreśleniu sobie tak szerokiego tematu może jednak uciec od meritum. W natłoku wydarzeń zagubimy osobowość i uwikłamy ją w serię może i spektakularnych, ale zbyt licznych wydarzeń, z których w sumie nic nie wynika i bynajmniej nie łączą się w jakąś logiczną całość. A na pewno nie mamy wrażenia, że się czegoś dowiedzieliśmy bądź zrozumieliśmy. Klasycznym przykładem jest tutaj dla mnie iście katastrofalna “Żelazna Dama” – seria fantastycznych i spektakularnych dokonań, które wyciskają łzy prawicy na całym świecie (“och, kto tak zajadle będzie teraz tępił związki zawodowe, nierobów i oszołmskich argentyńskich nacjonalistów z drugiego końca planety?”), ale poza tym nic więcej. I niewiele pomaga wybitna Maryl Streep.

Dokładnie ten sam błąd popełniono z “Jobsem”. Tylko tutaj akurat niewiele przeszkadza Ashton Kutcher.

Chłopak się akurat niemało stara no i trzeba mu przyznać – nie wychodzi to mu najgorzej. Według niektórych jest to jego “najlepsza rola ever”, no ale biorąc poprawkę na to, w jakich produkcjach na razie występował (ja go znam z “Amerykańskiego Ciacha”, gdzie poza pływaniem w basenie i uprawianiem seksu z kolejnymi utrzymankami musiał niewiele robić i tak głupiej i bezsensownej, że aż DOBREJ komedii “Stary gdzie moja bryka?”) to nie wiem, czy należy taką opinię traktować jako komplement. Sprawiedliwości trzeba oddać, że widać, iż solidnie przygotował się do roli, a i fizycznego podobieństwa nie odmówimy. Są to jednak lata świetlne od tego co wyczyniał Daniel Day-Lewis w “Lincolnie”. Fakt, że pod wieloma względami mniej znamy Lincolna (w końcu żył dwa wieki temu) niż współczesnego nam Jobsa, ale i tak różnicę między Kutsherem, a Day-Lewisem liczyć należy w latach świetlnych.

Jak jednak zaznaczyłem – największym problemem “Jobsa” jest ta kuriozalna chęć pokazania wszystkiego. Po co? Nie ma czasu na próbę zrozumienia bądź wyjaśnienia fenomenu do niedawna jednego z najbardziej wpływowych ludzi na świecie. Skaczemy od jednego znanego z gazet/biografii Jobsa wydarzenia do drugiego. Od czasu do czasu nasz bohater wykaże się sprytem, inwencją twórczą, kreatywnością, bezczelnością, albo powie taką kwestię, że wiemy, że jest geniuszem, który zmieni świat. Raz jest zamyślonym i nieco socjopatycznym Einsteinem, raz psychopatą, kiedy indziej kochanym ojcem (a czasem mniej kochanym ojcem:), ale te wszystkie obrazy właściwie niewiele łączy i nic z nich nie wynika. Spod tego wszystkiego wyziera niestety dramatyczny brak koncepcji na to, o czym właściwie ma być ten film. O Jobsie (jak sugeruje tytuł), Apple’u, a może najbliższym współpracowniku tytułowego bohatera – Wozniaku? Który – przy okazji – jest najbardziej wyrazistą i intrygującą postacią filmu. Złośliwy – urzeczeni kreacją Josha Gada – komentowali, że woleli, by film nosił tytuł “Woz” i przyglądnął się jednej z najważniejszych postaci odpowiedzialnej za sukces Apple’a.

first-jobs-trailer

– Co robicie w tym garażu?
                                                 – Zmieniamy świat…
                                                  Źródło: media.idownloadblog.com

Twórcy dosyć często ratują się naiwnym tryumfalizmem i entuzjazem zbudowanym na pięknie tego, co robił i tworzył Jobs. Mam jednak wrażenie, że jest to bezczelne granie naszą świadomością – to nie film nas wzrusza, ale nasza świadomość, że facet był naprawdę osobowością na miarę największych innowatorów w historii (a przynajmniej tak się nam na razie wydaje. Za parę lat, kiedy zamkną internety, miejsce największych kłamców w historii (Freuda, Marksa i Nietzschego) zajmie cyfrowa trójca (Gates, Jobs, Zuckerberg) i nikt nawet nie będzie pamiętał o takich niszczących naszą psyche badziewiu jak smartfon czy facebook. Zobaczycie, tak będzie!).

Chciałoby się oczywiście powiedzieć, że jasne, jest jak jest, ale przynajmniej dobrze się to ogląda, a i muzyka jest fantastyczna. No, niestety – nie jest. Długaśne to przeraźliwie, co gorsza ścieżka dźwiękowa jest dosyć nachalna i jednak mało – co mnie bardzo zaskoczyło – inwencyjna. Jak cały film – pustka i dętka, którą jak najszybciej będziemy chcieli wywalić z pamięci.

Potwierdza się niestety, że czasem to życie pisze najbardziej pasjonujące historie.

Sorry Ashton. Ale się starałeś:)

Słoń