DobRRRy film: Szybcy i Wściekli 8

Za: cdn3.whatculture.com

Za: cdn3.whatculture.com

Kiedy oglądałem ostatnie filmy z serii, bohaterowie organizowali jeszcze nielegalne wyścigi na ulicach miast, a najważniejszą rozkminą było to, kto współpracuje z policją. Wiele podtlenku azotu przepłynęło jednak w tłokach — zmieniła się ekipa, która w znacznej mierze już wyłysiała, a amatorzy ostrej jazdy na ćwierć mili, nie ścigają się między sobą, ale z atomowymi łodziami podwodnymi i gonią wredych, choć seksownych, cyberterrorystów. Czy jest to DOBRE? Czy da się coś z tego zrozumieć nie oglądając ostatnich odsłon? Czy każdy bez żalu podkręci wynik rewelacyjnego otwarcia (ponad pół miliarda dolarów w pierwszych trzech dniach w Stanach)?

Czytaj dalej

DOBRY film: Nawłoć

_3ad9335e-d718-11e6-bfdf-9650955a20b7.jpg

Przecież każdy tak sobie wyobraża Cezarego Barykę!

Czasem zupełnie przez przypadek trafia się na prawdziwe perełki, i to z jaką obsadą: Tom Hiddleston, Olivia Coleman, Sam Riley, czy wreszcie Phoebe Waller-Bridge! Aż dziw bierze, że tak mało się mówi o tym filmie, zwłaszcza w Polsce  — w końcu to adaptacja jednej części Przedwiośnia Żeromskiego, czyli ulubionej lektury polskich licealistów. Telewizyjna adaptacja Johnstona i Etelby-Akepiluk przenosi akcję powieści z polskiego dworu  do angielskiej wiejskiej rezydencji, takie Downton Abbey, tylko bardziej wyrafinowanie.  

(SPOILERY DO PRZEDWIOŚNIA)

Czytaj dalej

„Pysznie toksyczny”: Zwierzęta Nocy

NOCTURNAL ANIMALSNie są „Nocne Zwierzęta” tak subtelne jak „Samotny Mężczyzna”  a i nie zgarnęły najwięcej nominacji do Złotych Globów A. D. 2017. Niemniej przeniesiona na filmowy ekran przez byłego dyrektora kreatywnego domów mody Gucci i YSL opowieść o nieszczęściu i utraconej miłości staje się estetyczną ekstazą, pełną napięcia, dramatu i psychologii. Ostatni film Toma Forda w wykonaniu Amy Adamas i Jake’a Gyllenhaala nie tylko trzyma nas w napięciu do ostatniej minuty, ale jest pedantycznie dopracowany w każdym szczególe. 

Czytaj dalej

Dobry film: Snajper

W grudniu 2006 r. przeprowadzono wśród Kalifornijczyków w wieku 16-22 sondaż, w którym zadano im proste i niewinne pytanie: „Jak myślisz, co będziesz robić za 10 lat od chwili obecnej”. Odpowiedzi były dosyć standardowe i mało zaskakujące: większość będzie pracować, 12 proc. będzie studiować, tyle samo mieć rodziny. Kwestionariusz miał charakter otwarty, można było wpisać cokolwiek. Tym bardziej zastanawia, że jeden procent wpisało, że chce być… snajperem. Nie, nie że chce być w wojsku, pojechać do Iraku czy coś. Po prostu — co setny młody Kalifornijczyk w 2016 r. chciałby być snajperem. Przy założeniu, że populacja w tej kohorcie wiekowej liczy ok. 2,8 mln ludzi, daje nam to siłę, która w trymiga odbiła by Krym i Dabalcewo. Ostatni film Clinta Eastwooda, który zgarnął sześć nominacji (w tym Najlepsza Rola Męska dla Bradleya Coopera) chyba dobrze tłumaczy fenomen tego zawodu wśród młodych Amerykanów z Zachodniego Wybrzeża. Choć powstał o co najmniej parę lat za późno.

Czytaj dalej

ZŁY film: Więzień labiryntu

Za: i.ytimg.com

Za: i.ytimg.com

Maze Runner

USA, 2014

reż. Wes Ball, scen. Noah Oppenheim, T.S. Nowlin, Grant Pierce Myers

wyk. Dylan O’Brien, Kaya Scodelario

ZŁE strony oglądania filmów w kinach w Azji Południowo-Wschodniej są dosyć oczywiste i chyba nieraz już o nich wspominałem: upierdliwa cenzura, nędzny wybór, bekanie i mlaskanie wokół, ot, żeby poprzestać na paru. Choć, ze zdziwnieniem odnotowuję, do wszystkiego można się przyzwyczaić. Wczoraj do repertuaru radosnych zagrywek dołożono kolejne: patriotyczną propagandę. Trzeba było zatem nie tylko zdzierżyć reklamówki kolorowych soczewek i słodkiej kukurydzy, ale oglądnąć parominutowy spot promujący Najpiękniejszy Kraj na Świecie, parominutowy spot wyprodukowany przez największą firmę w kraju, która ufundowała jego najpopularniejszy budynek (wieże Petronasu), plus odśpiewać na stojąco hymn narodowy (bo 57. rocznica niepodległości). Dobrze, że podali słowa, też pośpiewałem. DOBRĄ stroną chodzenia do kina tam, gdzie mieszkam, jest oczywiście to, że niektóre premiery mają miejsce wcześniej niż w Polsce. Jakie ma to jednak znacznie, gdy poszedłem na „Więźnia labiryntu”?!

Czytaj dalej

DOBRY film dla ośmiolatek: Czarownica

Źródło:  pop-verse-com

Źródło: pop-verse-com

Maleficent

USA, 2014

reż. Robert Stromberg, scen. Linda Woolverton, Charles Perrault

wyk. Angelina Jolie, Elle Fanning

— Widzieliście „Czarownicę”? — spytała siedząca za stołem B., głosem bardziej zmęczonym, niż przepitym. Choć impreza była już w stanie mocno zaawansowanym (mogło być chyba nawet po trzeciej w nocy, bo rozmowa miała miejsce chyba  jak szlag trafił stream meczu Holandia-Hiszpania) i z trudem dało się już znaleźć lód do drinków, to B. była zaskakująco trzeźwa. W przeciwieństwie do mnie — kolejne wysokie szklanki rumu z Colą trochę dawały się we znaki.

— Tak! Ale… — jako bloger filmowy poczułem się wywołany do tablicy.

— No! To tam najfajniesze było pokazanie tego, co jest świętą prawdą: na świecie nie ma prawdziwej miłości! — B. nie ukrywała goryczy w swoim głosie.

— Bullshit. — udało mi się skutecznie włączyć do rozmowy i sklecić parę sensownych zdań — Nie dość, że to co mówisz o miłości nie jest prawdą (<romantyk>), to cały film jest raczej pozbawioną większej treści apoteozą matczyno-lesbijskiej miłości… (<bloger>) — nieodparta chęć palnięcia czegoś cholernie głupiego zmieszana (nie wstrząśnięta) z pewną ilością nędznego rumu nie wróżyły niczego dobrego tej — jakby się wydawało — niewinnej pogawędce filmoznawczej. Na szczęście B. nie zwróciła uwagi na to, co powiedziałem i kontynowała wylewanie swoich gorzkich żali na to, że ciężko jest znaleźć w Iranie fajnego faceta.

Czytaj dalej

DOBRY film, choć dużo poniżej oczekiwań: Sąsiedzi

„Bad Neighbours”/”Neighbors”

USA, 2014

reż. Nicholas Stoller, scen. Andrew J. Cohen, Brendan O’Brien

wyk. Seth Rogen, Zack Efron, Rose Byrne

Zwiastun zapowiadał szaloną, pozbawioną hamulców komedię o nieustannej imprezie w chacie obok, z którą zmagać się muszą młodzi rodzice. Seth Rogen („Zack i Miri kręcą porno”, „50/50”), jako młody rodzic, został postawiony  po drugiej stronie barykady — ten, który dotychczas imprezował, odnaleźć się musiał w nowej sytuacji, jako odpowiedzialny ojciec i troskliwy mąż dbający o spokój nadpobudliwej mamusi (Rose Byrne). Wychodzi oczywiście z tego niewiele, a epickie party, jakie urządza mieszkające w sąsiedztwie bractwo studenckie, przypomina nie tak odległe czasy uniwersytetu, co budzi zrozumiałą nostalgię za tym, co już nie powróci. Brzmi obiecująco, źle nie jest, ale rozwleczona historia i nienajlotniejsze żarciki powodują, że na naszej recenzenckiej gablotce „Sąsiedzi” lądują obok „Millerów”, w kategorii DOBRYCH, ale mało świeżych komedii, które i tak są hitem.

Czytaj dalej

DOBRY (?) film o niewolnictwie: ZNIEWOLONY

Żródło: transitionvoice.com

Żródło: transitionvoice.com

12 Years a Slave

USA, Wielka Brytania, 2013

reż. Steve McQueen, scen. John Ridley

wyk. Chiwetel Ejifor, Michael Fassbender, Lupita Nyong’o, Benedict Cumberbath

Kurz i emocje po rozdaniu Oscarów opadły, policzki i poduszka Leonarda di Caprio załamanego brakiem nagrody już chyba wyschły, recenzenci i blogerzy mogą wrócić do normalności. Do końca nie wiadomo było kto wygra, ostatecznie siedem statuetek zgarnęła „Grawitacja”, jednak oprócz nagrody za reżyserię dla Alfonso Cuaróna w raczej tych — nie ukrywajmy — badziewiastych konkurencjach jak najlepsza muzyka, ścieżka dźwiękowa czy napisy końcowe (uch, dobra: jeszcze muzyka, zdjęcia, efekty specjalne, montaż, dźwięk, montaż dźwięku). I tak jak rok temu najwięcej statuatek zgarnął film, który również nie został uznany najlepszym obrazem roku („Życie Pi” z czterema Oscarami, a „Operacja Argo” najlepszym filmem), tak i teraz okazało się, że najlepszym sposobem na Oscara jest zrobenie filmu o niewolnikach. Bo, jak powiedziała koleżanka: „Hollywood loves slaves”.

Czytaj dalej

Zły Film: Rewers

Źródło: itv.movie.eu

Nawet Bronisław ziewa na „Rewersie”. Źródło: itv.movie.eu

„Rewers”

Polska, 2009

reż. Borys Lankosz, scen. Andrzej Bart,

wyk. Agata Buzek, Marcin Dorociński, Krystyna Janda

Przyjrzyj mu się. Ale bezstronnie!

Mamy na tym blogu dziwną kategorię – „Formative Films”. Zawsze się trochę bałem tej etykietki, bo budziła ona we mnie lęk, że w pewnym momencie – gdy wylądujemy ze Współautorką na bezrobociu i zabraknie kasy na chodzenie do kina – blog stanie się takim kolejnym filmwebem czy IMDB; miejscem, gdzie będziemy pisać jedynie o starociach, tak żeby się wydawało, że impreza dalej trwa. Oczywiście, to tak pół-żartem pół-serio. Niedawno nastąpiła okoliczność, która pozwala mi zrobić wpis do tej właśnie specjalnej kategorii, stworzonej dla nienajnowszych filmów. „Formative Films” z założenia jest formą oddania czci tym produkcjom, które nas filmowo wychowały i ukształtowały nasz gust. Myliłby się jednak ktoś, gdyby sądził, że będą trafiać tu jedynie DOBRE filmy…

Wróćmy do tych specjalnych okoliczności. W jednym z niedawnych postów, poużywałem sobie trochę na drewniane dialogi w „AmbaSSadzie” czego najdobitniejszym wyrazem dla mnie był tekst: „pokiełbasiło cię?!”. Przez internety przetoczyła się fala oburzenia, która spowodowała, że ponad 70 proc. uprawnionych do głosowania Warszawiaków wolała zostać w domu i wdać się z nami w poważną dyskusję na pewnym portalu społecznościowym.

Wyjaśniając: OK – mea culpa, są ludzie, którzy wciąż mówią „pokiełbasić się” (podobno nawet Współautorka, ale nie wiem, czy należy ją traktować jako reprezentatywną próbę badawczą…), a i ja nie wyjaśniłem dostatecznie jasno, że problemem dialogów w najnowszym filmie Machulskiego są tyleż suche żarty, co zła gra aktorska i brak wyczucia jak się teraz mówi. Słowem – może i to „pokiełbasić” siadłoby, gdyby nie kontekst.

Wracając do awantury na fejsie – czara goryczy się przelała i autorowi poprzedniej recenzji dostało się za wszystkie grzechy, w tym za poprzednie, kontrowersyjne sądy o paru filmach, które zdaniem społeczności internetowej są DOBRE. No i wywołano wilka z lasu, bo padł tytuł „Rewers”, uznawany symbolicznie za moment założycielski tego bloga. Symbolicznie, bo choć nie ma recenzji tego filmu na naszym blogu, to jest to produkcja, która zdaniem autorów tego bloga zasługuje na miano jednej z najbardziej przecenionej w III RP. Pora nadrobić zaległość i jasno wyjaśnić, co naszym zdaniem zasługuje na taką etykietę.

Czytaj dalej

Dobry Film: Nie

no

Za: itpworld.wordpress.com

„No”

Chile, Francja, USA, 2012

reż. P. Larraín, sc. P. Peirano

wyk. G. G. Bernal

1988 to był rok! Tyle się na świecie ważnych rzeczy wydarzyło! Podobno najstarszy orzeł bielik na świecie się urodził w tym roku. Wtedy też weszła w Polsce w życie tzw. ustawa Wilczka-Rakowskiego, która znacząco liberalizowała polską gospodarkę centralnie planowaną. Na świecie też się działo. Ten rok to początek demokratyzacji Chile. Konkretnie – piątego października (równo ćwierć wieku temu!) odbyło się referendum, w którym obywatele mieli się opowiedzieć, czy chcą przedłużenia o kolejne osiem lat prezydentury Augusto Pinocheta. Alternatywą miały by być wolne i demokratyczne wybory. Wynik wyborów nie był oczywisty. Pinochet był paskudnym dyktatorem, szacuje się, że za jego rządów  zaginięło  lub poniosło śmierć ponad 3 tysięcy ludzi. Jednak nie można mu odmówić liberalnych reform gospodarczych, w wyniku których PKB Chile w latach 73-80 wzrosło o 35 proc. (bezrobocie też wzrosło, ale niektórzy na libertariańskiej prawicy mają to tam, gdzie zdrowy rozsądek i serce). Dlatego też opozycja musiała trochę podziałać, żeby wygrać ten plebiscyt decydujący o przyszłości kraju.

Film jest o tyle ciekawy, że wpisuje się w serię DOBRYCH filmów chilijskich, jakie się ostatnio ukazywały. Bez bicia się przyznaję, nie nadążam za wszystkim co się w świecie kina dzieje i póki co zobaczyłem tylko „Nie” na ostatnich T-Mobile Nowych Horyzontach, ale chyba z blogerskiej powinności powienienem polecić to i owo. Komiediodramat „Służąca” (La Nana) Sebastiána Silvy od premiery w 2009 r. zdobył kilka nagród, m. in. na Sundance, a przewodnia piosenka (AyAyAyAy) walczyła o nagrodę na najlepszą nutę w 83. rozdaniu Nagród Akademii. Rok później ukazał się dokument „Nostalgia za światłem” (Nostalgia de la Luz), w którym przyrównano pracę grzebiących w przeszłości gwiazd astronomów do matek, próbujących dowiedzieć się czegoś o losie swoich dzieci, które zaginęły w trakcie rządów Pinocheta (uch, tytuł prawie tak dobry jak pomysł i plakat! – patrz niżej). W 2011 r. hitem była produkcja „Violeta poszła do nieba” (Violeta se fue a los cielos) oparta na historii folkowej artystki Violety Parry. „Violeta…” była chilijskim kandydatem do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny, ale dopiero „Nie” udało się wejść do ścisłego finału i walczyć o Nagrodę Akademii. Wówczas wygrała jednak „Miłość” (Hanekego, a nie Dzierżawskiego czy Tuska!)

Za: icarusfilms.com

Za: icarusfilms.com

Ale do rzeczy. „Nie” ogląda się trochę… nieprzyjemnie. Reżyser wpadł bowiem na banalny w swojej prostocie, a jakże autentyczny i ile dający punktów do artystycznego wyrazu punktów pomysł: film nakręcił w niskiej jakości, wykorzystując Sony 3/4-cale, jakim nagrywano materiał na taśmy. Całość robi wrażenie chilijskiego materiału telewizyjnego z końca lat 80! Niektórzy zwracali jednak uwagę, że właśnie ten zabieg znacząco obniżył jego szansę na zawładnięcie sercami szerszej publiczności. Ja przyznam, nie jestem entuzjastą takich zabiegów i moje przyzwyczajone do wyśrubowanej jakości zarówno w kinie jak i w chacie (no, mamy dobry odbiornik telewizyjny) oko trochę się buntowało. Jednak ostatecznie wczułem się w klimat.

Głównym bohaterem jest René Saavedra (G. G. Bernal), uznany w branży reklamowej fachowiec, który staje po stronie „Nie” i odpowiada za strategię obozu demokratycznego. Zastraszany przez stronę rządową, obawiający się o życie syna oraz targany konfliktem interesów z szefem, który pracuje dla przeciwnego obozu, Saavedra wynosi chilijskie kampanie polityczne na inny poziom, wspinając się na wyżyny kreatywności i tym samym znacząco przyczyniający się do wygrania referendum.

Duże pochwały za „Nie” zebrał właśnie… Bernal. Na festiwalu filmowym w Abu Dhabi w 2012 r. dostał nawet nagrodę za najlepszego aktora! I choć trzeba mu przyznać, że naprawdę stworzył wyrazistą postać, to ja jednak mam wrażenie, iż cały czas czeka on na rolę swojego życia.

W takich filmach jak „Nie” nieco upierdliwe jest to, że znamy zakończenie. Ale pamiętacie jeszcze „Operację Argo” (Argo – fuck yourself!)? Czy nie była to jedna z takich produkcji, która mimo wszystko trzymała w napięciu do samego końca? Oparty na prawdziwej historii (a konkretniej – na nawiązującym do tych wydarzeń nieopublikowanym dramacie „Plebiscyt” (El Plebiscito) Antonio Skármety) „Nie” wcale nie traci na braku punktów za zakończenie. Właściwie taka utrata na samym wstępie możliwości zaskoczenia na koniec filmu (heh, jak zwykle brawo za stylistykę dla autora tego wpisu…) daje zupełnie nowe możliwości, nakazując twórcom skupić się na innych aspektach i gdzie indziej podarować widzowi jakąś niespodziankę. W końcu to ograniczenie pokazuje mistrza, jak to powiedział największy niemiecki romantyk.

Oczywiście, z drugiej strony takie zakończone wielkim happy-endem historie z życia wzięte (najczęściej polityczne) powodują, że łatwo popaść w tani triumfalizm i patetyczne uniesienia. Dlatego „Jobs” był ZŁY i dlatego też boję się tak „Wałęsy” jak i filmu o Mandeli. Jedak żyjący w swoim wciśniętym między wodę, a pozostałe duże kraje Chilijczycy pokazują, że da się zrobić starą kamerą DOBRY film o pięknym wydarzeniu, które spokojnie zasługuje na miano końca dyktatury. Polityka niestety nie jest spektuakularna i nas – Polaków – los okrutnie pokarał, że komunistyczna dyktatura upadała w zaciszu lokalów wyborczych osiem miesięcy później niż w Chile, a nie w takt buldożerów niszczących Mur Berliński (koleżanki z Niemiec trochę się zrzymały, jak im to powiedziałem, ale nie miałem racji?)

Dlatego jak jutro będziecie pić alkohol nie zapomnijcie o Chilczykach. Ich demokracja ma ćwierć wieku, więc… sto lat!