DOBRY film z fantastyczną ścieżką dźwiękową: Ja, Tonya

W ostatnim czasie mamy dużo filmów przedstawiających w ciekawy sposób historie osób intrygujących, ekscentrycznych i z nieźle popapraną biografią. Król polki to i tak stonowana historia naszego rodaka, który zbudował imperium jarmarcznych tańców i wycieczek do Polski a przy okazji (przypadkiem?) stworzył piramidę finansową. Disaster Artist jest o kolejnym Polaku, który zrobił film tak ZŁY, że na tym blogu znajduje się nie jedna, lecz dwie recenzje. Niedługo zrecenzujemy też Głupi i pusty gest, który pokazuje absurdalnie tragikomiczne losy redakcji „National Lampoon”. Ja, Tonya (pełny polski tytuł: Jestem Najlepsza. Ja, Tonya) — film ze zdecydowanie największym budżetem spośród wymienionych — doskonale wpisuje się w ten trend tragikomicznego „life fiction” dotyczący biografii tak niesamowitych i absurdalnych, że czasem trudno uwierzyć, że są w dużej mierze oparte na faktach. Tym razem oglądamy opowieść o Tonyi Harding — łyżwiarce figurowej, pierwszej Amerykance której udał się potrójny axel, która dorastała w okropnych warunkach, której kariera rozwijała się pomimo przeciwności, a zakończyła się w sposób niezwykle przykry. 

A grająca matkę tytułowej bohaterki Allison Janney zdobyła za tę rolę Oskara. 

Czytaj dalej

DOBRY, acz trudny film: Jackie

img-cinemablend-com

Współautor zwołał gromadę na seans, którego — jak się okazało — nie było. Z braku wybranego laku, stanęliśmy przed wyborem jednej z dwóch amerykańskich biografii: albo o najsłynniejszej pierwszej damie USA (przynajmniej do czasu Michelle Obama), albo o twórcy McImperium. Dokonaliśmy — z jakiegoś powodu wszyscy obwiniają Współautorkę — wyboru złego, odkładając na przyszłość historię o początkach McDonald’a. Sam film o Jackie Kennedy zły nie jest, ale na pewno nie nadaje się on na rozluźniający piątek wieczór z przyjaciółmi. A tym bardziej dla zmęczonych tygodniem ludzi pracy! Słoń znowu zasnął (nie był sam!) choć, co zaskakujące, tym razem podobało mu się bardziej, niż nieśpiącej Rybie.

Czytaj dalej

DOBRE filmy w Chinach, cz. I: Hawajskie dżender w Szanghaju

Za: leiculture.com

Za: leiculture.com

Najpierw Współautorka opuściła Europę (i komputer), by otrzeźwić płuca i umysł w rześkim powietrzu Ameryki Północnej, gdzie roślinność lasu deszczowego strefy umiarkowanej jest tak obfita, że człowiek stojąc obok wznoszących się na dwa metry krzaków ostrężyn czuje się jak — zacytujmy Współautorkę — „hobbit, tyci krasnoludek”. Zaraz potem ja sam rozstałem się ze swim komputerem, by udać się tam, gdzie — fakt — też jest zjawiskowa przyroda, ale przede wszystkim cholernie zadymiona smogiem dumna cywilizacja, wschodząca potęga światowa twardo opierająca się facebookom i googlom, czyli Chiny. I tak oto na parę dni wyłączyliśmy się z obiegu internetowego. Pora nadrobić zaległości i szybciutko, w pierwszej części filmowej relacji z Chin, napisać o DOBRYM szanghajskim festiwalu i pewnym filmie nurtu LGBT z Hawajów.

Czytaj dalej

Bogowie: DOBRY film, który widziałam chyba jako ostatnia

postac_Zbigniewa_Religi_6493987Bogowie

Polska 2014

reż. Łukasz Palkowski, scen. Krzysztof Rak

wyk. Tomasz Kot, Piotr Głowacki, Szymon Piotr Warszawski

Jaka jest różnica między kardiochirurgiem a Bogiem? Bóg nie myśli, że jest kardiochirurgiem. Nie pamiętam, kto mi opowiedział ten kawał. Od razu przypomniał mi się, gdy dowiedziałam się, jaki tytuł ma nosić „ten nowy film o Relidze”.

Tak się złożyło, że udało mi się zobaczyć ten film dopiero w zeszłą niedzielę. Choć starałam się omijać recenzje, i tak wielokrotnie obiło mi się o uszy jaki to DOBRY film. Niedobrze. Musiałam obniżyć sobie oczekiwania. Na szczęście jedną z towarzyszek mojej wyprawy do kina była moja lekarka (która dziwnym zbiegiem okoliczności jest też moją matką), byłam przygotowana na komentarze w stylu „jak ona wbija tą igłę?”, „serce po złej stronie!”, które dodatkowo wpłyną na mój negatywny odbiór filmu. Myliłam się. Osoba, która zwykle diagnozowała pacjentów House’a na 30 minut przed Housem albo tłumaczyła mi, dlaczego akurat dr Lewis ma rację, a nie dr Green a zarazem scenarzyści „Ostrego Dyżuru” (nie wspomnę o uwagach w ciągu oglądania „Chirurgów”), tym razem była zachwycona i najwyżej tłumaczyła mi rzeczy, które DOBRZE zostały oddane na ekranie, a ja, głupia, nie wiedziałam OCB lub opowiadała co teraz robią pokazywani lekarze.

Na seansie przekonałam się, że nawet jakbym nie obniżała sobie oczekiwań, i tak bardzo by mi się podobał. Bo to DOBRY film jest. Ale do rzeczy.

Czytaj dalej