(Naj)Lepszy, czyli DOBRY?: Szatan Kazał Tańczyć

www.austinchronicle.com— To tej od „Bejbi Blues”? Nie, podziękuję! — odparła E. i tak moja ostatnia nadzieja, na uniknięcie masturdatingu (samotnego chodzenia do kina) legła w gruzach. Współautorka przemierza Europę, więc na najnowszy film duetu Katarzyna Kasia Rosłaniec feat. Magdalena Berus  musiałem iść sam. Bez większych nadziei, mając w pamięci moje ostatnie narzekania. Tytuł z szatanem i Instagramem w podtytule dodatkowo nie zachęcał, ale nie żałuję. Bynajmniej nie dlatego, że mam okazję do używania. Zachowując sceptycyzm, doszedłem bowiem do zaskakującego wniosku… Ale o tym poniżej.

Czytaj dalej

Nieulotne – mimo wszystko ZŁY film

Trochę jak rodzeństwo, co nie?

„Nieulotne”

Polska, Hiszpania, 2012

reż. Jacek Borcuch

Jakub Gierszał, Magda Berus, Andrzej Chyra

Poszliśmy na „Nieulotne”  we dwójkę, nie wiedząc jeszcze, które z nas napisze  recenzję.  Już przed filmem nie wiedzieliśmy co myśleć – aktor i reżyser ci sami co w „Wszystko co kocham” (czyli że będzie dobry?), ale aktorka ta sama, co w „Bejbi blues”. Co myśleć? Jak żyć?

Pierwsza część filmu – słoneczna Hiszpańska winnica („drugie pod słońcem Toskanii?” zażartował Współautor).  Druga – niebieskoszarozielony Kraków(przede wszystkim Szkieletor), chwilę product placement gminy Kwidzyn.

Koniec seansu. Konsternacja. Co to, do licha, było? DOBRE to to, czyZŁE? Wyszliśmy z kina i nie wiedzieliśmy co myśleć.

Trzeba przyznać, że zdjęcia Michała Englerta są śliczne. Scenografia świetnie dobrana. Kolory super skomponowane. Hiszpański upał się czuje, kładka Bernatka świeci w przemykającej oddali, w wannie jest mokro i ponuro.

Pierwsza, „sielska”, część filmu jest ciekawie dwujęzyczna. Michał (Gierszał) jest w Hiszpanii nie po raz pierwszy, mówi po hiszpańsku biegle, ludzi zna, tłumaczy Karinie (Berus) o czym jest mowa przy stole.

Ale niedługo potem film milknie. Jeszcze okazuje się, ze dziadek, któremu lekarz zabronił pić mówi po polsku i coś tam pamięta. Co? Tego się nigdy nie dowiemy. Film pokazuje wybrane chwile bez komentarza, bez zbędnych (i niezbędnych) wyjaśnień, a wszystko cudownie skomponowane.

Ale co zostaje po odjęciu samej formy? Co (wybaczcie odwołanie do formalistów rosyjskich) ze sjużetem i fabułą?

Jak to podkreślił Współautor w recenzji Django, wszystko zostało powiedziane (czy też napisane, czy też nakręcone). Zostaje to, JAK to zostało opowiedziane. I fabuła, i  sjużet.  W „Nieulotnych” zarówno pierwsze, jak i, niestety, drugie, to nagromadzenie wszelkich możliwych stereotypowych rozwiązań , (nie znoszę tego słowa) „klisz”:

Sielanka zamieniająca się w koszmar? Jest. Bohaterka wychowywana przez biednego, ale kochającego ojca-taksówkarza? Jest (ojcem jest Chyra). Młoda dziewczyna bez matki? Jest nawet wzruszająca chwila na cmentarzu. Niechciana ciąża? Jest. Bohater-sportowiec? Jest. Osoba zastępująca matkę? Jest (pani profesor– mimo „ostrej” powierzchni troskliwa). Romantyczne spotkanie na dachu? Prawie jest. Bohater na motorze? Jest, przynajmniej w kasku. Dramatyczny pościg kończący się pojednaniem z ukochaną? Jest. Dyszenie? Jest. Myśli o aborcji, ale bez aborcji, bo jak to tak, w katolickim kraju? Są. Przyjaciółka dążąca do pojednania bohaterów? Jest. Scena zatracania się na imprezie, czy jak to młodzież mówi, na melanżu? Jest. Głęboki wykład starszego profesora w sztruksowej marynarce? Jest. Seks w plenerze? O, tak. Goły zadek? Niejeden. Wybieganie we łzach? Jest (swoją drogą –- z jakiej to krakowskiej knajpy wybiega bohaterka?). Bohater zanurzający się w wannie aby myśleć? Jest i był. Próba samobójcza? Chyba tak. Itd., itd.

Gdyby chociaż mniej było tego, gdyby ta lista była krótsza, to naprawdę byłoby lepiej.

Tak samo blond bohaterowie są dwuwymiarowi. Młodzi, albo są szczęśliwi, albo cierpią. Głównie cierpią. Czy poza tym, że on nurkuje, jest blondynem, mówi po hiszpańsku, cierpi na wyrzuty sumienia i gra w siatkówkę  w AZSie coś wiemy o Michale? Czy poza tym, że dorastała bez matki i pochodzi z Kwidzyna i studiuje coś (chyba) na UEKu to wiemy coś o Karinie? Jak się poznali? Dlaczego się kochają? Nie wiemy. I, niestety, w sumie nas to szybko przestaje obchodzić. Nieulotne ulatuje szybko.

I dialogi, o ile są, też do oryginalnych nie należą – z prób oddania naturalnej prostoty wypowiedzi wyszły same banały:  „życie mi zrujnowałeś!”, „nie mam Ci nic do powiedzenia”, „nie będzie w sumie tak źle zostać dziadkiem”, „kochasz go?”, „widzisz tę gwiazdę?” „masz mi coś do powiedzenia?”. Nie, nie mam.

Rybka

P.S. Mimo, że w końcu, po (to trzeba zaznaczyć) namyśle film widnieje w kategorii „ZŁY”, ma dla mnie jeden plus, który jednak niewiele ma wspólnego z jakością dzieła. Jeśli wybaczyliście mi formalistów rosyjskich, wybaczcie i feministyczne teorie filmoznawcze. Mianowicie „Nieulotne” jako, niestety, jeden z nielicznych nawet wśród współczesnych filmów (i, na razie chyba jedyny z recenzowanych przez nas na tym blogu) zdaje test Bechdel. O tym, co to jest, bardziej obszernie przy innej okazji. W skrócie: jest to „test” który bada obecność i rolę kobiet w kinie, składający się z trzech warunków: (1)w filmie są przynajmniej trzy „nazwane” kobiety, (2) które rozmawiają ze sobą (choć przez chwilę),(3) i to o czymś innym niż o mężczyźnie.

ZŁY film: Bejbi Blues

„Bejbi Blues”

Polska, 2012

reż. Katarzyna Rosłaniec

Magda Berus, Nikodem Rozbicki

Przyznaję się – nie poszedłem na ten film z własnej woli. Kolega bardzo chciał się wybrać, uległem namowom, byłem świadomy tego, co robię. Od razu mówię – nie oglądałem „Galerianek”. Zaufałem recenzentom i hejterom, którzy zarzucali filmowi sztuczość, moralizatorstwo i inne tego typu niezbyt pochlebne atrybuty.

Dlatego też na najnowszy film Rosłaniec poszedłem bez większych oczekiwań. Miałem tylko nadzieję, że nie będzie trzeba wyjść z kina przed końcem senansu, a kicha nie będzie tak przytłaczająca, żebym żałował tych paru złotych. Pewnie dlatego nie mam zamiaru wylewać na ten film kubła pomyj. Dostałem to, czego oczekiwałem i nie mam prawa narzekać. Bezładną i nie trzymającą się kupy historyjkę, z upchanymi na siłę przekleństwami, irracjonalnymi zachowaniami i decyzjami bohaterów, działających w jakiejś surrealistycznej rzeczywistości. W kinie wytrzymałem, zwrotu nie chciałem. Frustracja rodzi się z oczekiwań.

bb

Jedną rzecz chcę tylko poruszyć – surrealizm. Akcja toczy się w oczoboląco, kolorowej rzeczywistości Warszawy. Dom bohaterki upstrzony jest hipsterską pstrokacizną, ubrania ociekają wyrazistymi barwami, sklepy z ubraniami na Pradze, czy gdzie tam się akcja toczy, istnieją tylko w wyobraźni reżyserki, o mega party w dawnym kościele już nie wspomnę. I chyba nawet nie mam problemu z tym, że ta filmowa sceneria jest tak inna od tej, którą kojarzymy. Problem tkwi z jednej strony w koncepcie – ten pomysł stworzenia odrealnionej hipsterlandii dałoby się przełknąć i może wnosłoby to coś do filmu, gdyby był konsekwentenie zrealizowany. Mam bowiem wrażenie, że reżyserka trochę nie wiedziała, czy chce zrobić realistyczną historyjkę o dramacie młodej matki, czy też uniwersalną, moralizującą opowiastkę osadzoną w bliżej nieokreślonym miejscu. I miota się film się między absurdem przestrzeni, a realizmem dramatu. Połączenie – katastrofalne.

Druga rzecz to realizacja. Aktrstwo. Już na wstępie dostajemy info, że połowa głównych bohaterów to debiutanci i amatorzy. Jakbyśmy od początku nie mieli za dużo oczekiwać. Po co taka informacja? „Hej, to są amatorzy, więcej wyrozumiałości, oraj?” Nie. Katie Jarvis, zwerbowana do „Fishtank” Andrei Arnold na dworcu, gdzie producenci filmu dostrzegli ją kłócącą się ze swoim chłopakiem, zagrała doskonale i nikt nie potrzebował nikogo informować, że jest amatorką. Zabieg absolutnie niezrozumiały. Mam jednak kłopot z Berus, która zagrała główną rolę. Jestem gotów dać jej jeszcze szansę, ale nie jest to jednak rewelacyjna Ola Frycz.

Dialogi. Katastrofa. Nie ukrywam – młodzież posługuje się bardzo specyficznym językiem i trzeba niezwykłej intuicji lingwistycznej, by dobrze go oddać. Nie wystarczy wstawić dużo przekleństw i neologizmów. Zdaję sobie sprawę, że jest to zadanie wymagające mega pracy i wysiłku, no ale nikt nie każe kręcić filmów!

Kończąc, bo miałem nie wylewać pomyj, a trochę mi nie wyszło – żal mi jednak Rosłaniec. Reżyserka porusza ciekawe tematy, ma ten zmysł obserwatora, tylko dramatycznie brakuje warsztatu i pomysłu na realizację filmu. Gdyby historię „Bejbi Blues” opowiedzieć prostszymi środkami, nie kombinować na siłę, może byłoby lepiej. Ale za Wolterem pamiętajmy – lepsze jest wrogiem dobrego.

Słoń