Dobry film: THOR – Mroczny świat

Źródło: cdn.fansided.com

Źródło: cdn.fansided.com

“Thor – The Dark World”

USA, 2013

reż. Alan Taylor

scen. Christopher Yost, Christopher Markus, Stephen McPhelly,

wyk. Chris Hemsworth, Tom Hiddleston, Natalie Portman,

Dawno nie byłem w multipleksie. Nie ukrywam, jako stały bywalec kin studyjnych, co wynika zarówno z moich filmowych preferencji, jak i możliwości finansowych, odzwyczaiłem się od gigantycznych sal, ekranów zasysających naszą uwagę niczym czarna dziura oraz rozmachu współczesnej sztuki filmowej. Tak, nie ma się co czarować, że obecne możliwości kin są potężnym ciosem dla wszelkich prób korzystania z niezbyt legalnych źródeł. Żaden stream (jeszcze?) nie zastąpi magicznej podróży na drugą stronę kinowego ekranu, oferującego jedyne w swoim rodzaju kinowe przeżycia. A że mainstreamowe kino – jak zwykle z reszą – ma nas nieustannie zaskakiwać, poziom technicznego dopieszczenia obecnych produkcji filmowych naprawdę poraża. Szczególnie, jeśli chodzi o kino akcji.

Ja sobie zaserwowałem terapię szokową i to od razu o mocy młota nordyckiego boga gromów, syna równie potężnego Odyna – Thora. Oto bowiem wielki powrót do multipleksu miał miejsce w Kuala Lumpur, w ogromnej galerii Times Square, gdzie znajduje się… rollercoaster. To tak, żeby poczuć o jakiej skali kina mowa.

Czytaj dalej

Dobry film: Oszuści

smejdi

“Šmejdi”

Czechy, 2013

reż. S. Dymakova

Parlament Europejski to super miejsce na staż! Mówię najzupełniej serio! Jadąc windą w pięć osób słyszysz sześć różnych języków, na spotkaniu za zamkniętymi drzwiami AFET (komisji do spraw zagraniczych) waży się przyszłość Ukrainy, na korytarzach spotykasz znanych i lubianych niegdysiejszych posłów zesłanych na wieczną emeryturę, czekających na powrót do wielkiej – czytaj: krajowej – polityki. Klimat Ci tam niesamowity: w tłumie sunącym przez szerokie przejścia na kluczowym – trzecim – piętrze w hektycznym wirze ludzkich ciał mijają się ze sobą MEPs (Member of European Parliament), dumni asystenci i zagubieni w całym tym zamieszniu stażysci, w zaaferowaniu szukający pokoju 17F243 sekcja A2 i gubiący przy tym wypadające z ręku papiery.

Miło tu staż robić, bo dzieje się mnóstwo rzeczy! Szczególnie popołudniami, kiedy to mają miejsce tak zwane eventy – różne i różniaste wydarzenia, w trakcie których, w mniej lub bardziej ciekawej formie, prezentowane są wszystkie możliwe zagadnienia, ważne dla Parlamentu Europejskiego. Od konferencji o wartościach odżywczych kinui, przez otwarcie wystawy dywanów z Bagdadu po różnej maści filmy, prelekcje, publiczne wystąpieniania, wizyty głów państw trzeciego świata itd. itp. Wczoraj akurat znalazłem projekcję filmową organizowaną przez czeskich socjalistów i demokratów (S&D). Koleżanki z Niemiec postanowiły się wybrać ze mną, więc połączyłem przyjemne z pożytecznym i we wtorkowe popołudnie wygodnie rozsiadłem się w arcywygodnych fotelach sali A45R13 piętro 23, sekcja G.

Na seansie było trochę sław, m. in. reżyserka, czescy MEPs oraz komisarz ds. ochrony konsumentów, Chorwat Neven Mimica.

“Šmejdi” jest dokumentem telewizyjnym. Choć wygląda jakby był nagrywany kalkulatorem, jest to produkcja, która głośnym echem odbija się obecnie u naszych południowych sąsiadów. W Czechach film wszedł do kin z kwietniem i wywołał trochę zamieszania. Swoją premierę miał w Karlovych Warach, a dosyć szybko zdołało oglądnąć go 60 tys. ludzi. O produkcji wspominały też czeskie tabloidy, film zostanie puszczony w godzinie szczytu w telewizji. Na Słowacji premiera jest zaplanowana na pierwszego października, a Dymakova ma już kalendarz zapełniony wywiadami i spotkaniami. (o szczegółach czytaj w przypisie na dole).

Reżyserka już po projekcji nie ukrywała, że nie potrzebowała wiele kasy, by zrobić “Smejdi”. Kapitałem, którego najbardziej potrzebowała był… czas. Dlatego też film przypomina niskobudżetowe produkcje dla “Uwagi” tefałenu. Ale zaznaczmy – właśnie ten nieodparty autentyzm i surowość formy doskonale koeresponduje z mroczną stroną czeskiej duszy i tym, co się tam wyprawia.

Czytaj dalej

DOBRY film: Millerowie

millers (1)

“We’re the Millers”

USA, 2013

reż. R. M. Thurber,

sc. S. Faber, B. Fisher, S. Anders, J. Morris

wyk. J. Aniston, J. Sudeikis

Wszyscy jesteśmy strukturalistami. Przynajmniej tak ostatnio przeczytałem na pulpozaurze, z którym to mamy przyjemność od czasu do czasu współpracować. Rozkmina dotyczyła akurat procedurali, czyli seriali gdzie mamy do czynienia ze znaną sytuacją – szpital, komisariat policji, agencja PR, zamek pełen rycerzy czy kancelaria prawna. Mając znaną bazę, twórcy mogą się pobawić nadbudową. Operują znanymi schematami, ale dzięki temu skupiają się na tym, co naprawdę ciekawe i dające pole do popisu – na intrygach, problemach, relacjach międzyludzkich.

Te spostrzeżenia miały mi pomóc w ustosunkowaniu się do filmu, jaki zobaczyłem już w deszczowej aurze Brukseli. Współautorka tego bloga smaży się w Italii, a ja przyzwyczajam się do aury belgijskiej stolicy, którą – jak to określił jeden z mieszkańców tego miasta, gdy usłyszał moje narzekania na irytująco dżdżystą i zimną pogodę – zwą “The Land of Rain” (czy to ma coś wspólnego z tym?!). Nie popadając w zbędne dygresje, zaznaczmy, że zatęskniłem za wakacjami i słoneczkiem. “Millerowie”, których plakaty widziałem w Krakowie od początku sierpnia wydawali się doskonałą opcją na tak paskudny klimat…

Struktura znana – banda społecznych abnegatów zostaje wsadzona na jeden wózek. Nie za bardzo się lubią, właściwie – nienawidzą, ale wizja zrobienia interesu życia wydaje się być wystarczającym argumentem, by wstrzymać się ze wzajemnymi animozjami i podjąć się trudów współpracy. Z czasem toporna współpraca idzie coraz lepiej, postępuje integracja, aż przychodzi suspens, moment kryzysu i szczęśliwe rozwiązanie.

W te znane nam wszystkim kloci wsadzona zostaje historia Millerów. Dave (Jason Sudeikis) jest drobnym dilerem narkotyków. Popada w poważne problemy finansowe, na szczęście dostaje propozycję nie do odrzucenia. Nie dość, że uratuje życie, to jeszcze zarobi naprawdę kupę kasy. Jedynie co musi zrobić, przemycić z Meksyku (rzecz dzieje się w US) kilka ton kokainy wyborowej jakości. Sprawa jest na wstępnie raczej beznadziejna, na szczęście Dave jest jednostką spostrzegawczą – zauważa, że policja zupełnie inaczej traktuje rodzinki z dziećmi. Wpada na pomysł, do realizacji którego brakuje mu pewnego szczegółu, jakim jest… posiadanie owej rodziny. Dość szybko Dave namawia do współpracy swoją koleżankę striptizerkę (J. Aniston), młodocianą złodziejkę Casey (Emma Robers II, prywatnie bratanica… Julii Roberts) i nieco przytrzymanego Kenny’ego. I już jako “eee… Millers! Yes, We’re the Millers” ruszają w drogę pełną przygód.

Fakt, iż ta paka odszczepieńców musi odgrywać wzorową (czytaj: nudną) typową amerykańską rodzinkę, a jednocześnie uciekać przed pościgiem zabijaków z meksykańskiego kartelu narkotykowego, użerać się po drodze z prawdziwą typową, amerykańską rodzinką i jeszcze zdążyć na czas przywieźć towar jest oczywiście żyznym gruntem pod żarty i żarciki. I to czasem naprawdę mocne, co jest niewątpliwym plusem filmu. Scenarzyści bezczelnie igrają z naszym poczuciem dobrego smaku, bez żenady pokazując na ekranie to, co przed sekundą przemykało w naszych perwersyjnych umysłach antycypujących puenty gagu. Udaje się jednak zrobić to wszystko w taki sposób, aby – oprócz wywołania w nas zażenowania, że należymy ze scenarzystami do tego samego gatunku zwierząt – spowodować, że mimo wszystko śmiejemy się z tych nieraz dramatycznie prymitywnych żarcików (przyznam się – ja padłem, jak głupiutka striptizerka chwaliła się dziarą “Boner Garage” na podbrzuszu ze strzałką wskazującą na dół).

Niektóre z nich nie powalają inwencją, a i przy części zawczasu domyślamy się co nas czeka. Jak bym się bardzo chciał przyczepić, to ponarzekałbym na tę nieco zaskakującą nierówność. Gdyby wszystkie były tak dobre, jak te najlepsze, to film byłby jeszcze lepszy, może nawet bardzo dobry (tracę na stylistyce, ale słowa oddają rzeczywistość;) No i rzecz jasna fabuła ma swoje słabsze momenty, jednak nie bądźmy już tak wybredni. Czego w końcu oczekujemy po komedii wakacyjnej, w której gra Jenifer Aniston? Że będzie aluzja do “Przyjaciół”?

To powiem wam, że jest, a pewnie. Nie ma niespodzianki, ale sposób w jaki została ona przemycona mówi wiele o filmie. Wiemy co będzie, a i tak daje nam radości. Stara historia z zakończeniem mającym -6k6+2exp do “Ataku z zaskoczenia”, ale opowiedziana tak, że i tak bawi.

Za oknem deszcz dźwięczy ze swoją niemiłosierną i beznadziajną uporczywością o okna brukselskich mieszkań, a ściny kin rozbrzmiewają śmiechem wywołanym tańczącą na rurze Jennifer…

Słoń

Dobry Film: Anomalia

Kuro, co się stało z wiosną?

Kuro, co się stało z wiosną?

La Cinquième Saison

Belgia, Francja, Holandia, 2013

reż. i sc. Peter Brosens, Jessica Woodworth

wyk.  Aurélia Poirier, Django Schrevens

Tą recenzją rozpoczynamy na naszym blogu cykl wspominek po festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty. Choć od zakończenia kinowego święta we Wrocławiu trochę już minęło, to za słuszne uznałem poczekanie chwilę, ot tak by trafić z recenzją w okres, kiedy poszczególne obrazy udostępnione zostaną szerszej publiczności w polskich kinach. 

Szkoda, że polskiego tłumacza znowu poniosła artystyczna fantazja i zaniechał dosłownego tłumaczenia. Może uznał, że „Piąta pora roku” brzmi za mało spektakularnie, a do kin rzesze przyciągnie raczej socjologiczny żargon, od razu kojarzący się z incepcjami, infiltracjami i innymi takimi popularnymi terminami chętnie wykorzystywanymi przez przemysł filmowy zajmujący się w ostatnim czasie tematami z obszaru socjologii, kognitywistyki i psychologii. Tymczasem pierwotny, bardziej oryginalny i zmyślny tytuł od razu nadaje filmowi odpowiednią, poetycką aurę. „Anomalia” jest zdecydowanie kinem artystycznie i estetycznie dopieszczonym do granic możliwości. Jednocześnie belgijski/holenderski/francuski widz już na wstępie wiem o co chodzi (anomalie pogodowe); my w Polsce musimy czytać recenzje na ciekawych blogach filmowych.

Ostatnia zima choć nie należała do najcięższych, jakie pamiętam (w końcu to w lutym 2012 temperatura spadała i dość długo utrzymywała się na poziomie -30 st. Celsjusza), to niewątpliwie była upierdliwa swoją długością, o czym najlepiej świadczy podszyty głębokim niedowierzaniem i rozczarowaniam żart o białych świętach (Wielkanocnych). Brosens, pochodzący z Belgii, której stolica odnotowała w tym roku najzimniejsza wiosnę od lat 70. (średnia temperatura na poziomie nieco ponad 8 st.), podchwycił wątek zimy, która nie odpuszcza. A raczej wiosny, jaka nie nadchodzi w pewnej spokojnej flamandzkiej wioseczce. Pozimowa szaruga staje się stanem permanentnym, tytułową piątą porą roku (a nie żadną tam anomalią!)

Wszystko zaczyna się niewinnie – od nieudanego święta pożegnania zimy, w trakcie którego, w atmosferze ludowego festynu zwyczajowo pali się na szczycie za osadą wielkie ognisko. Tym razem coś się pierniczy, bo ogień w ogóle się nie ima suchych gałęzi (to tak jakby marzanna nie chciała nam się podpalić i utonąć!), stos stoi jak stał. Wszyscy wracają do swoich zajęć, ale niespełniony obrzęd staje się złym omenem, zapowiadającym anomalię. Choć zima od chodzi, zamiast wiosny jest szaro, buro i zimno. Nie ma plonów, zdychają pszczoły, kury nie dają jajek – katastrofaalne zaburzenie naturalnego porządku.

Cała sytuacja odbija się oczywiście na nastrojach ludzi, którzy popadają w coraz bardziej nerwowe nastroje, co prowadzi w końcu do paru nieprzyjemnych sytuacji. W przeciwieństwie do „Dżumy” Camusa, gdzie grożące życiu zaburzenie naturalnego porządku staje się punktem wyjścia do egzystencjalnych rozważań, w „Anomalii” mamy studium narastającej anomii – zaniku norm (może to był lepszy tytuł, Panie Tłumaczu?) i zniszczenia międzyludzkich relacji. Perspektywa jest zdecydowanie szersza, bohaterem jest tak naprawdę cała społeczność belgijskiego wygwizdowa. Brak racjonalnego wytłumaczenia całej sytuacji prowadzi do triumfu irracjonalizmu. W końcu gdzie rozum śpi budzą się demony… Strach nie tyle niszczy myślenie, ale i skłania do szukania nieludzkich i radykalnych rozwiązań. Zło społeczne nie ma jednak imienia, oprawcy są anonimowym tłumem. To wrażenie depersonalizacji zbrodni potęgowane jest przez noszenie przez mieszkańców masek z długimi nosami, przypominających ubranka średniowiecznych lekarzy odwiedzających chorych w trakcie epidemii dżumy. Jeszcze jedno nawiązanie do francuskiej literatury?

Oczywiście, wioska funkcjonuje w pewnym kontekście państwowym. Niestety ogłoszona na poziomie kraju klęska żywiołowa, sprowadza się jedynie do skonfiskowania trzody chlewnej. W obliczu zagrożenia państwo postępuje bezdusznie według wcześniej ustalonych i trudno zrozumiałych reguł, zostawiając w gruncie rzeczy ludzi samym sobie. A ci, na ile mogą, próbują radzić sobie w nowej sytuacji, uciekając się do mniej lub bardziej nagannych w normalnych warunkach sposobów zarobku.

Szukają wiosny w polu.

                                                          Szukają wiosny w polu.

Pięknie to jest zrobione, z geometrycznymi ujęciami, ślicznymi pejzażami belgijskiej wioski, zaskakującymi perspektywami i wyrazistymi barwami. Aż tęsknimy za zimą! Czułem w „Anomalii” nawiązanie do kolorystyki rustykalnych obrazów Bruegla, choć tematycznie bliżej temu filmowi do boschowskiego pandemonium. Można się w nim doszukiwać w nim aluzji do kryzysu gospodarczego, czy też traktować go jako dosyć ogólny traktat o narodzinach totalitaryzmów.

Film ma – niestety – JEDEN poważny mankament – to już było. Kolejny social-thriller, ukazujący stopniowe załamanie się dotychczas obowiązujących norm oraz odsłaniający mechanizmy prowadzące do przerażających zbrodni.

Wszystko to ma jednak piękne i ujmujące zamysłem opakowanie, dlatego pomimo dużego “ale” z przedostatniego akapitu tego wpisu ostatecznie ląduje w kategorii DOBRY FILM.