DOBRY film o seksie i podatkach: Seks, narkotyki i podatki

Pan Marks i Pan Prawicowy Gnom zapraszają na podatkową rewolucję w sosie seksualnej frywolności. Źródło: www.bt.dk

Pan Marks i Pan Prawicowy Gnom zapraszają na podatkową rewolucję w sosie seksualnej frywolności. Źródło: http://www.bt.dk

Spies & Glistrup

Dania, 2013

reż. Christoffer Boe, scen. Christoffer Boe, Simon Pasternak

wyk. Pilou Asbæk, Nicolas Bro

Duńczycy też mieli swojego „Wilka z Wall Street”, bo — co tu dużo ukrywać — „Seks, narkotyki i podatki” nie uciekają od porównań z ostatnim filmem Martina Scorsese. A właściwie to wilków było dwóch: Simon Spies i Mogens Glistrup. Pierwszy był obrzydliwie bogatym przedsiębiorcą-playboyem mającym za dużo kasy, a drugi — ustatkowanym geniuszem prawa podatkowego nie kryjącego się ze swoimi libertariańskimi ciągotami. Spotkanie po latach kasy tego pierwszego i intelektu tego drugiego wywróciło do góry nogami duński przemysł lotniczny, a i niemało namieszało w polityce. Ten oparty na autentycznych wydarzeniach film, to nic innego jak ilustracja ich szalonych przygód, ekstrawaganckich pomysłów i cholernie dobrego pomysłu na to, jak mieć największą lotniczą firmę w kraju, a przy tym nie płacić podatków.

Czytaj dalej

DOBRY film: Austenland

źródło: atthecinema

źródło: atthecinema.com

Austenland

USA, Wielka Brytania 2013

reż. Jerusha Hess, scen. Jerusha Hess i Shannon Hale (na podstawie książki tej ostatniej)

wyk. Keri Russell, JJ Feild, Jennifer Coolidge, Jane Seymour

Czytelnicy czytający tego bloga półregularnie mogli się już zorientować, że bardzo lubię książki (i adaptacje) Jane Austen. Ci z pośród nich, co znają mnie osobiście, a co gorsza są ze mną spokrewnieni, tym bardziej. Jak podczas „Tygodnia w kostiumie” na zaprzyjaźnionym blogu Pulpozaur Joanna Kucharska wspomniała o filmie Austenland, wiedziałam, że muszę to zobaczyć. Zwłaszcza, że dawno, dawno temu (chyba zamiast się uczyć do matury…) przeczytałam książkę, na której opiera się reżyserski debiut Jerushy Hess. W skrócie: fanka prozy Jane Austen jak i — przede wszystkim — adaptacji BBC z Colinem Firthem wydaje wszystkie oszczędności, by spędzić kilka tygodni w ośrodku, który ma do złudzenia przypominać świat z czasów Autorki. To mogło być ZŁE, a wyszedł uroczy eskapistyczny (pozornie)anty-eskapistyczny film.

Czytaj dalej

DOBRY film: Ani słowa więcej

źródło: salon.com

źródło: salon.com

Enough Said

USA 2013

reż. i scen. Nicole Holofcener

wyk. Julia Louis-Dreyfus, James Gandolfini

Są filmy, które chce się obejrzeć jak tylko się dowie kto w nich gra, jeszcze zanim zna się zarys fabuły. Tak miałam, jak tylko usłyszałam, że w „Ani słowa więcej” gra Julia Louis-Dreyfus, czyli kobieta o imponującym zapleczu min, a do tego, że towarzyszy jej śp. James Gandolfini (który w tym filmie — na szczęście dla wszystkich bohaterów — nie przypomina Toniego Soprano). Wyciągnęłam więc kuzynkę z ciepłego domku w piątek trzynastego i przegnałam przez wietrzny i śmierdzący spalonym gołąbkiem (tym kapuścianym), zakiermaszony Rynek do kina, gdzie siedziałyśmy w trzynastym rzędzie.

Gdzieś czytałam, że „Ani słowa więcej” to komedia romantyczna. Na pewnej imprezie masażystka Eva (Dreyfus) poznaje Alberta z którym zaczyna się spotykać. Oboje są rodzicami córek, które zaraz mają wyjechać na studia, oboje przeżywają zbliżającą się rozłąkę. Na tym samym przyjęciu Eve poznaje poetkę Marianne (Keener), którą masuje i z którą się zaprzyjaźnia, a raczej staje się wysłuchiwaczką wyrzekań na byłego męża. Oczywiście łatwo się domyślić, kto okazuje się tym byłym mężem.

Czytaj dalej

DOBRY film: Ida

źródło: filmweb

źródło: filmweb

„Ida”

Polska, Dania 2013

reż. Paweł Pawlikowski

scen. Paweł Pawlikowski i Rebecca Lenkiewicz

wyk. Agata Trzebuchowska, Agata Kulesza, Dawid Ogrodnik

Gdy w latach sześćdziesiątych „Rękopis znaleziony w Saragossie” Jerzego Hasa stał się na chwilę popularny wśród bohemy San Francisco, chwalono jego twórców za to, że podczas gdy w Hollywood kręcono już filmy w kolorze, oni zdecydowali się zastosować piękną biel i czerń. Sam reżyser przyznał potem, że to nie estetyka, lecz finanse pokierowały tym wyborem. Współcześnie oczywiście finanse nie grają już (w tym przypadku) takiej roli. „Odkolorowanie” filmu jest już świadomym wyborem artystycznej strategii, która może dodawać całości uroku (jak np. w „Zakochani widzą słonie” czy w tegorocznej „Frances Ha„) lub sprowadzić film głębiej w otchłań kinematograficznej pretensjonalności (stali czytelnicy tego bloga dobrze wiedzą o co nam chodzi). W przypadku „Idy” na szczęście nastąpiło to pierwsze.

Dlaczego pisząc o nowym filmie Pawła Pawlikowskiego napominam o „Zakochanych widzących słonie” i o „Rękopisie znalezionym w Saragossie”? Nie tylko dlatego, że ten pierwszy ma w tytule ulubione zwierzę Współautora, ani dlatego, że według mnie „Rękopis…” to film tak DOBRY, że jeśli go nie widzieliście, to powinniście rzucić wszystko i go NATYCHMIAST obejrzeć. Wpominam o tym głównie dlatego, że polsko-duńska „Ida” jest świetnym połączeniem estetyki polskiej szkoły filmowej z duńskimi filmami w których się mało mówi. Piękne kadry. Świetne połączenie wewnętrznych dramatów ze szlagierami typu „Rudy, rudy rydz”. No i przede wszystkim świetna rola Agaty Kuleszy w roli Wandy Gruz, która kradnie każdą scenę w której jest (zwłaszcza jedną — ci z Was którzy widzieli wiedzą o którą mi chodzi, ci którzy to mają przed sobą to z łatwością rozpoznają ją w kinie).

Czytaj dalej

Dobry film: Blue Jasmine

Blue Jasmine

USA 2013

reż. i scen. Woody Allen

wyk: Cate Blanchett, Sally Hawkins

Film zaczęliśmy oglądać z pewnym niepokojem. Jak już weszliśmy do sali kinowej okazało się, że choć zwykle mamy  dość podobny gust (do tego stopnia, że tego dnia byliśmy przypadkiem ubrani TAK SAMO), to Współautor nie przepada za Woodym Allenem, podczas gdy Współautorka bardzo jego filmy i opowiadania lubi. Co gorsza, Współautor zaczął wyrzekać jakim to złym filmem jest „O północy w Paryżu”, na co Współautorka zasugerowała podle, że Współautor jest za mało oczytany by móc w pełni docenić ten DOBRY jej zdaniem film. Podczas reklam siedzieliśmy w tym naszym trzecim czy drugim rzędzie łypiąc na siebie złowrogo (podobieństwo stroju musiało dodać tej sytuacji śmieszności), a przyszłość tego bloga wisiała na włosku. Na szczęście wkrótce się zaczęło i znów zapanowała między nami zgoda — śmialiśmy się przez łzy, wymienialiśmy się spostrzeżeniami, docenialiśmy wspaniałą Sally Hawkins i nawet sceptyczny współautor mamrotał pochwały — film bardzo się podobał nam obojgu.

„Blue Jasmine” (litewski tytuł: „Dzesmina”) to coś pomiędzy absurdalnymi komediami Allena z lat sześćdziesiątych, społeczną krytyką amerykańskiego „upper-middle class” widzianą w większości jego „nowojorskich” dzieł, a nowszymi, bardziej czarnymi i poważnymi filmami jak „Sen Kasandry”. Przesłanie filmu jest, jak to określił udobruchany Współautor „strasznie lewackie”: zgniła amerykańska „elita” to grono dwulicowych, wyrzucających pieniądze w błoto egoistów, a prosty plebs może i jest głośny i mało dystyngowany, może wyrywa telefony ze ściany i urządza sceny w supermarkecie, ale ma większą szansę na znalezienie szczęścia i ma większe zasady moralne. Jak zwykle u Allena, bohaterowie (ze wszystkich „klas”) są tak uroczo neurotyczni, że nie można nie pałać do nich sympatią, mimo, że mają oni dużo, oj dużo wad.

Tym razem Woody Allen zostaje za kamerą, a jego rolę głównego neurotyka-egoisty przejmuje Cate Blanchett, która  w wspaniały sposób przez cały film powoli dostaje rozstroju psychicznego, przez co uśmiech zamiera nam na ustach, a jeśli się śmiejemy, to przez łzy. Blanchett gra tytułową Jasmine (a.k.a. Janette), rozpieszczoną byłą panią na salonach, która straciła fortunę jak przekręty finansowe jej męża-bogacza wyszły na jaw. Jej postać przypomina Blanche z „Tramwaju zwanego pożądaniem” — pozornie dystyngowana dama gardząca „nizinami społecznymi” (i szwagrami), mająca pewną rysę na charakterze. Jednak najlepiej się spisała Sally Hawkins*, która w mistrzowski sposób zagrała siostrę Jasmine, należącą do, powiedzmy, amerykańskiego „working class” (w wyobrażeniu artystycznych nowojorskich elit). Jej akcent, jej stroje, jej gra aktorska — Hawkins kradła każdą scenę w której występowała.

Co tu więcej pisać — DOBRY film, chyba mój ulubiony współczesny Allen od czasu „Whatever Works” (w Polsce znany jako „Co nas kręci, co nas podnieca”). Co prawda właśnie znika z kin, więc się pospieszcie. Jeśli nie zdążycie, to jak wyjdzie na DVD to możecie spokojnie umieścić „Blue Jasmine” w liście do Świętego Mikołaja.

Rybka

*Do której Współautorka się wreszcie przekonała po ZŁEJ adaptacji „Perswazji”, w której Hawkins była jedną ze stron w najmniej estetycznym pocałunku w historii brytyjskiej telewizji.

DOBRY film: What Maisie Knew

„What Maisie Knew”

USA 2012

reż. Scott McGehee, David Siegel

 sc. Nancy Doyle, Carroll Cartwright (na podst. powieści Henry’ego Jamesa)

wyk. Onata Aprile, Julianne Moore, Alexander Skarsgård, Joanna Vanderham, Steve
Coogan

Pozdrawiam Was z Włoch. Być może do miejsca mojego pobytu bardziej pasowałaby recenzja „Pokoju z widokiem”, jednak modernizacja powieści (czy raczej części powieści) Henry’ego Jamesa poniekąd też jest aktualna — w końcu to Italię pisarz ten stawiał za przykład europejskiego zepsucia. 

Ale nie w „What Maisie Knew”: książka opisuje dzieje dziecka postawionego pomiędzy dwójką nie mogących się dogadać rodziców, będącego nawet nie stawką, ale narzędziem w grze „kto komu zrobi bardziej na złość” — łatwiej jest to sobie wyobrazić jako coś napisanego nie tak dawno, a nie w 1897 roku. Henry James był jednym z pierwszych pisarzy, którzy zwrócili uwagę na sytuację dziecka w przypadku rozwodu rodziców, był prekursorem tych wszystkich wszystkich Kramerów i Baumbachów.

Twórcy filmu nie mieli wielu problemów z modernizacją — wycieli jedną ważną bohaterkę, przenieśli akcję z Londynu do Nowego Jorku, zakończyli film tam, gdzie książka robi się nudna. Zakończenie jest równie nieprzewidywalne, choć — w związku ze zmianami — inne (świadomość tego, co będzie może sprawić, że ci co mają lekturę za sobą trochę inaczej odbiorą film). Sam szkielet historii jest bardzo Jamesowski, zachowany jest punkt widzenia dziecka, a moim zdaniem sami rodzice są lepiej zarysowani niż w oryginale. Tu matka (Julianne Moore) jest starzejącą się rockmanką (rockwomanką?), która kocha córkę, choć za diabła nie wie, jak się nią zająć i zapłaci każdą cenę, by wskrzesić karierę, a zabiegany papa (Steve Coogan — człowiek posiadający fisjognomię która sama prosi  by go obsadzić w roli pacana) trochę się dziecka boi a raczej ucieka jak może przed odpowiedzialnością i radzi sobie z nim równie źle jak matka, ale jakoś mu na Maisie zależy. Książkowi rodzice mają małą gdzieś, głównie się nienawidzą i cudzołożą z kim popadnie (James z jakiegoś powodu strasznie potępia cudzołożników). Filmowi rodzice też się nienawidzą, jednak kochają dziecko — na swój sposób. Potem na arenę wkracza nowa macocha (Joanna Vanderham) oraz wysoki blond ojczym (Alexander Skarsgård, który tu wcale nie jest wampirem). 

Autorka nie zazdrości bohaterce sytuacji rodzinnej, jednak chciałaby mieć tak wypasione ciuchy jak Maisie. Też chcę mieć sukienkę w ryby!

Utrzymany z punktu widzenia małej dziewczynki, film w ciekawy sposób ukazuje historię dziecka, które jakoś dobrze sobie radzi w ciągle zmieniającym się, chaotycznym życiu nieznoszących się rodziców, lecz które potrzebuje ciepła i miłości. Coś, co mogło być ckliwym wyciskaczem łez wyszło niebanalnie, z bardzo dobrym wyczuciem i równowagą tego co smutne,  tego co urocze, co śmieszne i co okropne, a różne relacje Maisie z poszczególnymi dorosłymi, jej dostosowywanie się do sytuacji i nastrojów zostały świetnie oddane przez małą (siedmioletnią?) Onatę Aprile.

Polecam, niezależnie czy się czytało powieść czy nie. No dobra, zawsze radzę przeczytać książkę, ale tym razem równie dobrze można to zrobić po obejrzeniu filmu.

Ryba

A, wsadzam i zwiastun:

DOBRY film: Frances Ha

Na ten film chciałam już iść od dawna. Nie posłuchałam ostrzeżenia koleżanki, która wczoraj na facebooku napisała, że po wyjściu z  „Frances Ha” chciała iść do najbliższego  supermarketu po flaszkę wina by ją wypić w samotności i pogrążyć się w rozpaczy. Choć rozumiem, dlaczego (spora) część filmu mogła wprowadzić w taki nastrój, według mnie przesłanie tego filmu (i zakończenie) nastraja bardziej pozytywnie, nawet jeśli jest to pozytywniejszy-realizm niż wybuchany optymizm*.

Czytaj dalej

DOBRY film: Tajemniczy ogród

The Secret Garden

Wielka Brytania 1993

reż. Agnieszka Holland, scen. Caroline Thompson (na podstawie powieści Frances Eliza Hodgson Burnett)

wyk. Kate Maberly, Heydon Prowse, Andrew Knott, Maggie Smith

To jest moja ulubiona mina. Wielokrotnie próbowałam ją odtworzyć, ale niestety nie mam w sobie tyle żółci.

Chyba każdy* ma taką książkę (lub, jak w moim przypadku, KSIĄŻKI) do której wraca tak często, że okładka odpada, jest „zaczytana na śmierć”. Nabokov twierdził, że książkę poznaje się najlepiej podczas „kolejnego czytania”, czy też „kolejnych czytań”; za każdym razem (jeśli książka jest DOBRA) odkrywa się w niej coś nowego. Tak też jest z filmami.  Mam kilka kaset VHS (pamiętacie coś takiego?), których nie można już oglądać nie dlatego, że nikt już ani nie sprzedaje, ani nie naprawia odtwarzaczy wideo, lecz dlatego, że były oglądane tak często, że taśma się przetarła i zaczęły występować specyficzne „zebrowate” pofalowania.

„Tajemniczy ogród” Agnieszki Holland, adaptacja jednej z moich ulubionych (i równie często czytanych) książek z dzieciństwa, należy do takich dzieł „wielokrotnego użytku” . Kaseta VHS nie nadawała się do niczego jeszcze długo przed tryumfem płyt wszelakiego rodzaju. Teraz, rzecz jasna, jestem szczęśliwą posiadaczką DVD, a na Spotify w kółko odsłuchuję wspaniałą muzykę do filmu autorstwa Zbigniewa Preisnera. I powieść, i jej adaptacja, miały wielki wpływ na ośmioletnią (i starszą) Rybkę. W podstawówce, niczym Mary, nosiłam warkocze, skakałam na skakance,  jadłam owsiankę, a w trzeciej klasie przez jakiś czas miałam przerażający zwyczaj wiązania sobie nieumiejętnie wstążek we włosach i noszenia sukienek do kolan i marzenia o byciu wysłaną na jakiś czas do garbatego wuja mieszkającego w wielkim domu wśród wrzosowisk.

Teraz też oglądam ten film z zapartym tchem, mimo, że znam go na pamięć (mogę recytować dialogi z pamięci o północy). To nie on się zestarzał, tylko ewentualnie ja — z przerażeniem odkryłam, że Laura Crossley grająca służącą Martę podczas kręcenia filmu miała tylko piętnaście lat, czyli osiem lat mniej niż ja teraz, a ja ją zawsze miałam za „dorosłą”. Tantrum odstawiane przez Colina – Heydona Prowse’a (który niestety nie grał w innych filmach) są tak cudownie realistyczne, w ogóle dzieci tu grają fenomenalnie.

Cóż, to jest (obok „Gwiezdnych Wojen” i „Matyldy”) najważniejszy film mojego dzieciństwa — jaki jest Wasz?

Rybka

*Niedawno Współautor wyraził wielkie zdumienie tym, że ja wielokrotnie czytam te same książki i oglądam te same filmy. Ja byłam zdziwiona, że on uważa to za coś dziwnego.

Maggie Smith chyba założyła się z kimś, że zagra w jakiejś adaptacji KAŻDEJ klasycznej powieści brytyjskiej. Poza tym chyba podpisała jakąś umowę z diabłem, bo od ponad dwudziestu lat wygląda tak samo. 

DOBRY film: Siostra twojej siostry

Your Sisters’ Sister

USA 2011

reż.  i  scen. Lynn Shelton

wyk. Emily Blunt, Rosemarie DeWitt, Mark Duplass

Zamyślony Duplass, wschód słońca i rower. Coś często gra on w obcisłej dżinsowej kurteczce…

Pamiętam, że przed wieloma miesiącami ktoś mi ten film polecił, mówiąc, że nie wie co o nim myśleć, ale że mi się chyba spodoba. Sęk w tym, że nie pamiętam kto. Podejrzenia padały na prawo i lewo, ale nikt nie przyznał się do winy. Współautor się wyparł. Przyjaciółka Gwendolina* stwierdziła, że to nie ona, ale jak zobaczyła w trailerze nazwisko odtwórcy głównej roli, to zareagowała tak samo jak ja (czyli wybuch niekontrolowanego chichotu).

„Siostra twojej siostry” to przykład filmu, który jest DOBRY pomimo tego, że po dłuższym lub krótszym zastanowieniu można dojść do wniosku, że fabuła zakrawa na telenowelę.

Postaram się bez większych spoilerów: W rok po śmierci swojego brata Jack (Duplass**) jest nadal rozbity i rozmemłany. Jego przyjaciółka, a zarazem była dziewczyna nieboszczyka, Iris (Blunt) wysyła go do weekendowej leśnej rezydencji jej ojca, by zaznał samotności i spróbował znaleźć spokój ducha. W posiadłości Jack zastaje pijącą po zakończeniu siedmioletniego związku siostrę Iris (DeWitt). Zaczynają pić… Rano niespodziewanie przyjeżdża druga siostra, a sprawy się komplikują***.

Jest to film uroczy, acz nie zawsze przyjemny. Jak większość sundanceowych filmów niezależnych jest śliczny. Jezioro, mgły, wschód słońca, Duplass o poranku itp. Świetnie dobrana muzyka. Jednak to nie uratowało „Nieulotnych” (poza Duplassem o poranku — nie można mieć wszystkiego). Co sprawiło, że zamiast ładnego ZŁEGO filmu mamy ładny film DOBRY? Naturalne dialogi i świetne aktorstwo. No i po prostu dobry sjużet. Jak na mumblecore przystało, wiele scen opierało się na improwizacji, co często kończy się katastrofą, a tu wychodzi raczej na dobrze i na śmieszne. Blunt i DeWitt świetnie grają siostry (przyrodnie — dlatego jedna rotyzuje /r/, a druga nie****), które się kochają, ale co jakiś czas się nienawidzą. Każdy, kto ma rodzeństwo chyba to przyzna. No i zdaje test Bechdel! Podoba mi się otwarte zakończenie, jednak mam dużo zastrzeżeń do trochę naciąganego rozwiązania konfliktu. Poza tym, dlaczego oni wszyscy co wieczór mają inne piżamy? Jak jadę gdzieś na weekend, to biorę jedną piżamę, a tu Emily Blunt ma co wieczór inne prześliczne flanelowe spodnie!

Po obejrzeniu mam trochę zastrzeżeń, ale podczas oglądania dałam się uwieść (magii kina, ma się rozumieć!). Pewnie nie wszystkim się spodoba, niektórzy mogą zasnąć, ale choćby dla trójki głownych aktorów i pięknych krajobrazów północno-zachodzniego wybrzeża USA warto zaryzykować, a nuż i Wam się spodoba.

Rybka

*Jest to oczywiście pseudonim. Sama wybrała.

**Dalej śmieszne…

*** Podejrzewam, że wielu naszych potencjalnych czytelników będzie zadowolonych. O jeden krok tu od kazirodztwa, a wg satystyk naszej strony codziennie trafia do nas przynajmniej jeden nieszczęśnik pragnący znaleźć film o kazirodztwie.

****Wybaczcie wtręt fonologiczny. Filolog ze mnie wychodzi…

DOBRY FILM: Take This Waltz

 

Take this Waltz

Kanada 2011

reż. Sarah Polley

wyk. Michelle Williams, Seth Riogen, Luke Kirby

Jakiś czas temu nasza czytelniczka Agata podesłała na naszą stronę linka do informacji o tym filmie na filmwebie, żebyśmy obczaili (swoją drogą, nie wierzcie opisom na filmwebie! wprowadzają w błąd!). Dzięki, Agato!

A teraz do rzeczy.

Po obejrzeniu zwiastuna i plakatu (nie tego zalinkowanego powyżej) spodziewałam się dobrej komedii romantycznej plus kilku niesmacznych żartów od Setha Riogena. Oj, jak się myliłam… Prawdę mówiąc, dalej nie wiem co to jest za film. Jest śmiesznie, jest romantycznie, ale to nie jest komedia romantyczna. Jest smutno, jest romantycznie, miałam chwilami łzy w oczach (a to, z ust spod klawiatury takiego cynika jak ja dużo mówi), ale nie jest to wyciskacz łez à la Nicolas Sparks. Są długie spojrzenia, jest deszcz, jest zachód słońca, jest jezioro, jest sikanie do wody, ale nie wywołuje to mdłości i znudzenia.

Z wielu względów ten film nie powinien mi się podobać. Zwykle nie lubię filmów w których ludzie nie mogą się zdecydować  — a tu mamy mężatkę z sześcioletnim stażem, która ma kochającego męża i czarującego sąsiada i nie wie co robić, i patrzy w dal, i ma minę jakby miała problemy żołądkowe. ALE JEDNAK MI SIĘ PODOBA. Dlaczego?

Nie tylko dlatego, że Seth Riogen (który już w „50/50” pokazał, że potrafi połączyć aktorstwo komediowe z dramatycznym, a tutaj pokazał, że potrafi grać subtelnie) jest autorem książek kucharskich i ciągle gotuje kurczaka — przez co ślinka ścieka po brodzie. Nie tylko dlatego, że film świetnie wykorzystuje jedną z moich ulubionych piosenek (przekomiczny teledysk zamieszczam poniżej, radzę uważnie obejrzeć całość).

Nie tylko dlatego, że ujęcia są śliczne. Nie tylko dlatego, że zdaje test Bechdel (hurra!). Dlatego również, że Sarah Polley — którą pewnie kojarzycie z dziecięcej roli Sary Stanley w „Drodze do Avonlea” — świetnie to wyreżyserowała . Kto by pomyślał, że mała blondwłosa sierota z serialu na podstawie L.M. Montgomery wyrośnie na całkiem dobrą reżyserkę, która potrafi w jednym filmie połączyć sceny czułe, śmieszne, urocze i łamiące serce. Udało jej się tak pokazać bohaterów, że widz ich obserwuje, może się utożsamić, widzi wady i zalety i może sam ocenić postacie. Nie mamy narzuconych poglądów w stylu: „o, on jest złym, nieczułym chamem, a ta tam to zimna suka”, sami możemy wyrobić sobie zdanie. I, mimo, że balansuje na krawędzi różnych tropów i klisz, udaje się Polley uniknąć zbytniej cukierkowatości, w chwilach zagrożenia przesłodzeniem i zachłyśnięcia się pozorną sielanką (ups… przesadziłam z tym obrazem mentalnym) wylewa nam dzbanek zimnej wody na głowę i doprawia kurczaka gorczycą (czy gorczyca jest gorzka?).

Więcej nie powiem, bo nieusilnie próbuję uniknąć spoilerów, a element zaskoczenia jest najlepszy. Więc tak jak ja zaufajcie czytelniczce Agacie i obejrzyjcie ten film!

Rybka

PS. Jakby ktoś z Was chciał przeczytać recenzję filmu,czy to ZŁEGO, czy DOBREGO, niech podrzuci nam w komentarzu do posta lub przez fb.