Dobry film: Where to Invade Next?

i.ytimg.comKontrowersyjny Michael Moore powraca. Nie dajcie się jednak zwieść, nie jest to — jak się wydaje po tytule, a co też sugerują niektóre informacje prasowe — opowiastka o przemyśle wojskowym, imperializmie, czy tym, co się stanie ze Stanami jak wygra Donald Trump (jego ostatnia wypowiedź, że Belgia to fajne miasto powoduje, że można się trochę obawiać o racjonalność amerykańskiego wyborcy prawicy…). To znaczy tak, to wszystko znajduje się w najnowszym dokumencie twórcy „Zabaw z bronią”, ale raczej w tle. Dla podróży, jaka ukazuje, że Stany to nie wzór do naśladowania, ale nieraz dziwny wyjątek od reguł cywilizowanego świata…

Czytaj dalej

Dobry dokument: Citizenfour

Za: eatdrinkfilms.files.wordpress.com

Za: eatdrinkfilms.files.wordpress.com

Trzynasta edycja malezyjskiego Freedom Film Festival, w tym roku pod hasłem przewodnim Unseen, Unheard, Untold, rozpoczęła się mocnym uderzeniem. Bo zdobywca Nagrody Akademii za najlepszy dokument od razu ustawia wysoko poprzeczkę. I choć jako inspiracja dla prodemokratycznych działaczy na całym świecie działalność Edwarda Snowdena, czyli tak zwanego whistle-blowera (nieco pokracznie tłumaczonego na polski jako „demaskator”) jest co najmniej kontrowersyjna, a film mógłby być spokojnie krótszy, to nadal jest to porządne kino dokumentalne.

Czytaj dalej

W głowie się nie mieści, jak to jest DOBRE: W głowie się nie mieści

Za: cdn0.vox-cdn.com

Za: cdn0.vox-cdn.com

Pomysł tyleż genialny, co diabelnie ryzykowny: zrobić animację, o procesach zachodzących w mózgu dwunastolatki. Były już kreskówki o tym co tak ogólnie dzieje się w naszych ciałach („Było sobie życie”), a i Terry Pratchett w serii ze Świata Dysku pokazał, że personifikacja uczuć daje fantastyczne rezultaty (dobra, fani serii pamiętają, że najlepsze kwestie PISANE KAPITALIKAMI NALEŻAŁY DO ŚMIERCI). Tylko jak to wszystko przenieść na ekran, tak by ubaw mieli starzy i młodzi (najważniejsza cecha dobrego filmu animowanego)? Pixar udowadnia, nie tylko, że jest to możliwe, ale że po „Potwornym Uniwersytecie” wraca do świetnej formy, dając nam najlepszą animację od czasu… „Odlotu”? „Wall-E”? (Do dyskusji zapraszamy w komentarzach:P)

Czytaj dalej

DOBRY film, choć dużo poniżej oczekiwań: Sąsiedzi

„Bad Neighbours”/”Neighbors”

USA, 2014

reż. Nicholas Stoller, scen. Andrew J. Cohen, Brendan O’Brien

wyk. Seth Rogen, Zack Efron, Rose Byrne

Zwiastun zapowiadał szaloną, pozbawioną hamulców komedię o nieustannej imprezie w chacie obok, z którą zmagać się muszą młodzi rodzice. Seth Rogen („Zack i Miri kręcą porno”, „50/50”), jako młody rodzic, został postawiony  po drugiej stronie barykady — ten, który dotychczas imprezował, odnaleźć się musiał w nowej sytuacji, jako odpowiedzialny ojciec i troskliwy mąż dbający o spokój nadpobudliwej mamusi (Rose Byrne). Wychodzi oczywiście z tego niewiele, a epickie party, jakie urządza mieszkające w sąsiedztwie bractwo studenckie, przypomina nie tak odległe czasy uniwersytetu, co budzi zrozumiałą nostalgię za tym, co już nie powróci. Brzmi obiecująco, źle nie jest, ale rozwleczona historia i nienajlotniejsze żarciki powodują, że na naszej recenzenckiej gablotce „Sąsiedzi” lądują obok „Millerów”, w kategorii DOBRYCH, ale mało świeżych komedii, które i tak są hitem.

Czytaj dalej

Tak ZŁY, że nie sposób rozkminić: The Room

Dziś mamy  zaszczyt zaprezentować pierwszy (i, miejmy nadzieję, nie ostatni) gościnny post niejakiej Hadynianki, autorki bloga Rozkminy Hadyny, na którym zazwyczaj rozkminia książki (zachęcamy do zapoznania się z nim!). Dziś dla nas zajmie się pewnie BARDZO ZŁYM filmem, który ma szanse zostać NAJGORSZYM z opisywanych tu filmów.  

Oface

„The Room”

USA, 2003

scen. i reż. Tommy Wiseau

wyk. Tommy Wiseau, Greg Sestero

Oh hai, guys! Z tej strony autorka bloga Rozkminy Hadyny, ale tym razem zostałam poproszona o strzelenie recenzyjki The Room tutaj, skoro już się pochwaliłam, że oglądałam.

Niestety jednak obawiam się, że mogę nie sprostać zadaniu. Tego filmu nie da się rozkminić.

On kompletnie nie ma sensu.

Czytaj dalej

DOBRY melodramat z Francuzką mówiącą po polsku: Imigrantka

Za: 2.bp.blogspot.com

Za: 2.bp.blogspot.com

The Immigrant

USA, 2013

reż. James Gray, scen. Ric Menello, James Gray

wyk. Marion Cotillard, Joaquin Phoenix, Jeremy Renner

W Ameryce powstał film o biednym losie biednych Polaków, którzy w czasach, gdy powodziło nam się jeszcze gorzej niż teraz, szukali — tak jak i teraz — szczęścia za oceanem. „Imigrantka” — bo o tym filmie mowa — to taka produkcja, która spodobałaby się mojej mamie: gorzka i brutalnie prawdziwa historia bez żadnych dopalaczy, która mogłaby się naprawdę wydarzyć; z miłością, tęsknotą za utraconą najpewniej bezpowrotnie ojczyzną i religią w tle. Miejscami  prowokuje on co prawda do złośliwych uwag, jednak jeśli uda nam się zostawić głupie żarty przed kinem, to dostaniemy poruszającą historię w kolorach pocztówki z Nowego Jorku z początku lat 20. minionego wieku. Ot taki DOBRY film na deszczowy poniedziałek.

Czytaj dalej

DOBRY film: Witaj w klubie

Źródło: 2.bp.blogspot.com

Źródło: 2.bp.blogspot.com

Dallas Buyers Club

USA, 2013

reż. Jean-Marc Vallée, scen. Craig Borten, Melisa Wallack

wyk. Matthew McConaughey, Jennifer Garner, Jared Leto

Z wszystkich oscarowych filmów ten spodobał mi się najbardziej. Najciekawsza fabuła z tych, jakie do tej pory opisywaliśmy, spośród tych, które walczyły o Nagrodę Akademii. Niesamowita historia fascynującej transformacji człowieka, który musi pożegnać się ze swoją dotychczasową beztroską egzystencją i zacząć walczyć o życie, choć — zaznaczmy z całą mocą — pozbawiona jakiegokolwiek patosu i triumfalizmu. Gorzko-śmieszna opowieść o wręcz niemożliwej do zaistnienia relacji, przechodząca z dramatu psychologicznego w komediodramat, chyba nawet byśmy powiedzieli polityczny. Choć postaci nie są tak barwne jak w „American Hustle”, główny bohater tak dobry tak „Kapitan Philipps”, a historia tak ważna z punktu widzenia amerykańskiej historii jak ta ze „Zniewolonego”, to sądzę, że „Witaj w klubie” poruszając ważną i trudną tematykę, jednocześnie nas bawi i wzrusza do łez, zmuszając nas do mimowolnych oklasków, gdy pojawią się napisy końcowe.

Czytaj dalej

DOBRY film: Złote wrota

„Nuovomondo”

Włochy, Francja 2006

reż. i sc. Emanuele Crialese

wyk. Vincenzo Amato, Charlotte Gainsbourg

Szkoła językowa w której uczę się włoskiego (po to, by móc lepiej krytykować przekład włoskich filmów, ma się rozumieć) co tydzień w piątek zaprasza na wieczory filmowe. Filmy są oczywiście włoskie z włoskimi podpisami. Ostatnio mieliśmy oglądać „Dziesięć zim” („Dieci Inverni„), ale nauczyciel odpowiedzialny za przyniesienie płytki zapomniał. Pozostał nam wybór pomiędzy „Nuovomondo” a komedią z lat 90. dziejącą się na południu Włoch. Większość widowni wiedziała co znaczy włoska komedia z lat dziewięćdziesiątych, więc zgodnie wybraliśmy „Złote wrota”.

Film się zaczął. Ludzie biegną przez wzgórza na których pełno białych kamieni. Czyżby „Rękopis znaleziony w Saragossie?”. W pierwszych trzydziestu minutach trwania filmu sala prawie się opróżniła — został pochrapujący Irlandczyk, Amerykanka śmiejąca się w najsmutniejszych miejscach, zafascynowana Angielka i ja. Nikt z nas nie żałował, że został. Z jednej strony rozumiem ucieczkę publiczności — jeśli mówili, to po sycylijsku (choć mieliśmy włoskie tłumaczenie), a są tacy których może przestraszyć scena przedstawiająca sycylijskich chłopiąt biegających boso po rozoranym polu, niosąc gigantyczną marchewkę. Jednak rozumiem też dlaczego w 2006 roku film ten zgarnął z sześć nagród na festiwalu w Wenecji.

Akcja toczy się w czasach, w których mniej więcej zaczyna się druga część „Ojca Chrzestnego” i obejmuje część trasy chłopca który miał się stać Marlonem Brando (z Sycylii po Ellis Island u wybrzeży Nowego Jorku, gdzie przywożono imigrantów). Tutaj rodzina (sędziwa matka, jej dwóch synów i wnuk) ucieka nie przed mafią, ale przed biedą. Wierzą, że w Ameryce, w tym Nowym Świecie rzeki są mlekiem i miodem płynące, że wszystko jest większe (tak jak Miś i Tygrysek myśleli o Panamie) a na drzewach rosną pieniądze. Wypływają wielkim statkiem, oczywiście pod pokładem, gdzie poza Włochami z dziwnego powodu jedzie też rudowłosa Angielka z dobrego domu. Po podróży która zmieniła ich wszystkich dopływają do Ellis Island — a tam mleko innego rodzaju (mgła) i poniżające sprawdzanie, czy nadają się na obywateli Nowego Świata.

Jest to bardzo ładny film: każdy kadr mógłby być oprawiony w ramkę. Crialese wspaniale miesza realizm magiczny, surrealizm z czasem brutalnym realizmem, dzięki czemu wszystko tworzy dziwną, smutną, ale i piękną całość. No, DOBRE.

Jedną rzeczą która mi troszkę psuła harmonię dzieła było użycie pod koniec dwóch moich ulubionych piosenek Niny Simone (DOBRE „Feeling good” i „Sinnerman”). Mimo, że słucha się ich z przyjemnością, to trochę przeszkadza mi nagłe (choć w sumie logiczne) przejście z muzyki instrumentalnej (ew. sycylijskich pieśni ludowych) do współcześniejszych utworów, które odciągają uwagę od ważnych scen zamiast je podkreślać. Ale to tylko taka drobna uwaga, film (i zakończenie) nadal bardzo DOBRE. Oczywiście artystycznie, bo nie wiem, czy można to nazwać happy endem.

Pesciolina

DOBRY film: Millerowie

millers (1)

„We’re the Millers”

USA, 2013

reż. R. M. Thurber,

sc. S. Faber, B. Fisher, S. Anders, J. Morris

wyk. J. Aniston, J. Sudeikis

Wszyscy jesteśmy strukturalistami. Przynajmniej tak ostatnio przeczytałem na pulpozaurze, z którym to mamy przyjemność od czasu do czasu współpracować. Rozkmina dotyczyła akurat procedurali, czyli seriali gdzie mamy do czynienia ze znaną sytuacją – szpital, komisariat policji, agencja PR, zamek pełen rycerzy czy kancelaria prawna. Mając znaną bazę, twórcy mogą się pobawić nadbudową. Operują znanymi schematami, ale dzięki temu skupiają się na tym, co naprawdę ciekawe i dające pole do popisu – na intrygach, problemach, relacjach międzyludzkich.

Te spostrzeżenia miały mi pomóc w ustosunkowaniu się do filmu, jaki zobaczyłem już w deszczowej aurze Brukseli. Współautorka tego bloga smaży się w Italii, a ja przyzwyczajam się do aury belgijskiej stolicy, którą – jak to określił jeden z mieszkańców tego miasta, gdy usłyszał moje narzekania na irytująco dżdżystą i zimną pogodę – zwą „The Land of Rain” (czy to ma coś wspólnego z tym?!). Nie popadając w zbędne dygresje, zaznaczmy, że zatęskniłem za wakacjami i słoneczkiem. „Millerowie”, których plakaty widziałem w Krakowie od początku sierpnia wydawali się doskonałą opcją na tak paskudny klimat…

Struktura znana – banda społecznych abnegatów zostaje wsadzona na jeden wózek. Nie za bardzo się lubią, właściwie – nienawidzą, ale wizja zrobienia interesu życia wydaje się być wystarczającym argumentem, by wstrzymać się ze wzajemnymi animozjami i podjąć się trudów współpracy. Z czasem toporna współpraca idzie coraz lepiej, postępuje integracja, aż przychodzi suspens, moment kryzysu i szczęśliwe rozwiązanie.

W te znane nam wszystkim kloci wsadzona zostaje historia Millerów. Dave (Jason Sudeikis) jest drobnym dilerem narkotyków. Popada w poważne problemy finansowe, na szczęście dostaje propozycję nie do odrzucenia. Nie dość, że uratuje życie, to jeszcze zarobi naprawdę kupę kasy. Jedynie co musi zrobić, przemycić z Meksyku (rzecz dzieje się w US) kilka ton kokainy wyborowej jakości. Sprawa jest na wstępnie raczej beznadziejna, na szczęście Dave jest jednostką spostrzegawczą – zauważa, że policja zupełnie inaczej traktuje rodzinki z dziećmi. Wpada na pomysł, do realizacji którego brakuje mu pewnego szczegółu, jakim jest… posiadanie owej rodziny. Dość szybko Dave namawia do współpracy swoją koleżankę striptizerkę (J. Aniston), młodocianą złodziejkę Casey (Emma Robers II, prywatnie bratanica… Julii Roberts) i nieco przytrzymanego Kenny’ego. I już jako „eee… Millers! Yes, We’re the Millers” ruszają w drogę pełną przygód.

Fakt, iż ta paka odszczepieńców musi odgrywać wzorową (czytaj: nudną) typową amerykańską rodzinkę, a jednocześnie uciekać przed pościgiem zabijaków z meksykańskiego kartelu narkotykowego, użerać się po drodze z prawdziwą typową, amerykańską rodzinką i jeszcze zdążyć na czas przywieźć towar jest oczywiście żyznym gruntem pod żarty i żarciki. I to czasem naprawdę mocne, co jest niewątpliwym plusem filmu. Scenarzyści bezczelnie igrają z naszym poczuciem dobrego smaku, bez żenady pokazując na ekranie to, co przed sekundą przemykało w naszych perwersyjnych umysłach antycypujących puenty gagu. Udaje się jednak zrobić to wszystko w taki sposób, aby – oprócz wywołania w nas zażenowania, że należymy ze scenarzystami do tego samego gatunku zwierząt – spowodować, że mimo wszystko śmiejemy się z tych nieraz dramatycznie prymitywnych żarcików (przyznam się – ja padłem, jak głupiutka striptizerka chwaliła się dziarą „Boner Garage” na podbrzuszu ze strzałką wskazującą na dół).

Niektóre z nich nie powalają inwencją, a i przy części zawczasu domyślamy się co nas czeka. Jak bym się bardzo chciał przyczepić, to ponarzekałbym na tę nieco zaskakującą nierówność. Gdyby wszystkie były tak dobre, jak te najlepsze, to film byłby jeszcze lepszy, może nawet bardzo dobry (tracę na stylistyce, ale słowa oddają rzeczywistość;) No i rzecz jasna fabuła ma swoje słabsze momenty, jednak nie bądźmy już tak wybredni. Czego w końcu oczekujemy po komedii wakacyjnej, w której gra Jenifer Aniston? Że będzie aluzja do „Przyjaciół”?

To powiem wam, że jest, a pewnie. Nie ma niespodzianki, ale sposób w jaki została ona przemycona mówi wiele o filmie. Wiemy co będzie, a i tak daje nam radości. Stara historia z zakończeniem mającym -6k6+2exp do „Ataku z zaskoczenia”, ale opowiedziana tak, że i tak bawi.

Za oknem deszcz dźwięczy ze swoją niemiłosierną i beznadziajną uporczywością o okna brukselskich mieszkań, a ściny kin rozbrzmiewają śmiechem wywołanym tańczącą na rurze Jennifer…

Słoń

Dobry Film: Ucieknier

film-mud

„Mud”

USA, 2012

reż. Jeff Nichols

wyk. Matthew McConaughey, Tye Sheridan

Recenzja filmu w pierwszej osobie z perpektywy głównego bohatera? A proszę bardzo, wakacje się zaczęły, więc na bogato i z fantazją!

„To była szalona przygoda. A zaczęła się przecież tak niewinnie. Kiedy przybiegł do mnie mój dobry kumpel, Neckbone, i powiedział, że szykuje się niezła ogara, nie myślałem za długo. Rzeka, szczególnie tu gdzie mieszkamy, leniwie wije się między szuwarami i zatokami Arkansas (o jakie tu mamy świetne zachody słońca, a niech tam, powiem to, choć weźmiecie mnie za południowego głupka – nie oddałbym ich za  pozbycie się wszechobecnych komarów i tych cholernych jadowitych węży, a co!) jest pełna niespodzianek. Zawsze była. Długo też stanowiła moją codzienność. Stanowiła, co mnie bardzo smuci,, choć jak mi się wydaje, nie wiem czy to mojego tatę nie zabolało najbardziej to wszystko, co się wydarzyło tamtego lata.

No więc przybiegł kiedyś Neckbone i powiedział, że na bezludnej wyspie za czwartym zakolem jest mega sprawa. Zebraliśmy się więc z rana i popłynęliśmy na miejsce. W gęstwinie, na ostrowie wprawdzie znaleźliśmy to, czego szukaliśmy… No, nie wiedzieliśmy czego szukamy, jasne, ale liczyliśmy na coś naprawdę mocnego. Więc na szczycie tego starego drzewa po ostatniej powodzi utknęła… motorówka. Ale kij – nie o motorówkę chodzi. Znacznie ciekawsze okazało się, kto tam mieszkał.

Nazywał się Mud. Do dzisiaj nie wiem skąd przyjechał i co z tego, co opowiadał było prawdą a co zwykłym ściemnianiem. Ale trzeba przyznać, facet miał gadanę. I muły. Plus buty odstraszające demony, koszulę odstraszającą węże i takie tam. I musiał co nieco przeżyć, oj nie był lalusiem. Z resztą te jego tajemnice, opowieści, historie rodem z gangsterskiego filmu… Wszystko to od początku trochę śmierdziało, ale… jednak mi imponował. Siedział na tej wyspie z obawy przed policją przed którą uciekał, jednak z naszą pomocą wyremontował tę łajbę i to tylko po to, by spotkać się z Ukochaną. Naprawdę, imponował mi swoją zawziętością i oddaniem. Było w nim dużo tajemnicy, niewiadomej, budzącej w takich gówniarzach jak my strach, no i do tego ta policja, która polowała na niego jak na psa, ale jednocześnie wierzyliśmy mu bezgranicznie.

Jego związek z tą zdzirą Juniper był oczywiście trochę chory, ale cholera, było w nim coś magicznego, książkowego, jakby… nie z tej ziemi. Ile on był dla niej w stanie wycierpieć! U starych podziało się różnie, ta suka May Pearl wystawiła mnie do wiatru (dobra, mały głupi byłem, raz się liznęliśmy, a ja jak ostatni oszołom wydzwaniałem do niej do domu), a tutaj Mud i Juniper, która jego zdaniem była najpiękniejsza i najmądrzejsza. No cóż, kwestia gustów, ale ujęła nas z Neckbonem ich historia.

Dużo się wydarzyło. Oczywiście, może niektórych rzeczy dało się uniknąć. Ale chyba nieczego nie żałuję. Ilu chłopaków w wieku 14 lat przeżyło – w przenośni i dosłowanie – taką historię jak ja? Nie wiem, czy była ona z happy-endem i co się stało z Mudem. Ale chyba się od niego czegoś nauczyłem…”

Szukacie DOBREGO amerykańskiego filmu? Here you are! No i Matthew bez koszuli w fabule rodem z Tomka Sawyera i porażającymi pięknem widoczkami Mississippi ładniejszej niż Wisła pod Sandomierzem.

Słoń