Uroczo zły: Śmierć w miękkim futerku

Dawno temu dobre kino Agrafka w Krakowie miała festiwal filmowej kiszki. Później ponoć w kinie Kijów odbywały się w krwawe poniedziałki. Dlatego, gdy dowiedziałem się, że idea żyje i ma się dobrze, pognałem jak kot po dachówkach do Cafe Szafe, gdzie w ramach Bloody Monday puszczono “Śmierć w miękkim futerku”. Produkcja z 1988 r. o demonie-kociaku była urzekająco zła, a ja dowiedziałem się po raz kolejny, że życie mi uciekło…

Uninvited

USA, 1988

reż. i scen.  Greydon Clark

wyk. Toni Hudson, Eric Larson

Od polskiego tłumaczenia i lektora, przez absurd potwora schowanego w dachowcu, po radosny erotyzm końca lat 80. zmieszany z obficie lejącą się posoką, “Śmierć w miękkim futerku” jest zacnym przykładem kina klasy B i źródłem bezbrzeżnej radości. Z jednej strony mamy niezbędne elementy kina grozy, czyli potwora, zamknięcie dróg ucieczki, wycinanie kolejnych bohaterów i dozę si-fi. Te są uroczo skontrastowane z konwencją beach-movies — niezobowiązującymi filmami o lecie, imprezie i plaży. Całość daje wyjątkowo dobry efekt. Zaskakują radosne dialogi, dziwne reakcje bohaterów, nagłe przejścia między scenami. Dla uważnych — sztorm na statku, który jest modelem.

Wszystko to — umówmy się — w miarę trzyma się kupy. Młodzi bohaterowie, zamiast na romantycznym rejsie na Karaiby, dowiadują się, że stali się członkami załogi, która ma dowieźć złych biznesmenów do banku na Kajmanach. Fabuła w miarę sensownie i sprawnie posuwa się do przodu, w melodię schizofrenicznej muzyki, podkreślającej narastającą atmosferę grozy. Mafijne machloje i dramat nieudanej imprezy szybko bledną jednak przy fakcie, że na pokładzie jest zmutowana, krwiożercza kicia…

Nie brak w produkcji wymiaru moralizatorskiego, źli i chciwi zginą, przeżyją ci, co mają trochę oleju w głowie. Od krytyki konsumpcjonizmu czasów Reagan zdecydowanie ważniejsza jest jednak niskobudżetowa rozwałka, uśmiechnięte dziewczyny i rozszarpywane bandziory.

Co jednak stanowiło o wybitnych walorach pokazu — Bloody Monday w Cafe Szafe przyciąga koneserów kinematograficznego szrotu, więc jeśli cenicie sobie ciszę w trakcie seansu, to lepiej zostańcie w domu.

Byle nie z kotem.

Współautor

P.S. Miałem jeszcze o tym uciekającym życiu napisać. Już po projekcji przekazałem wodzirejce słowa uznania za gówno, jakie oglądnęliśmy i zagaiłem, od kiedy się toczy tak dobre wydarzenie. “A z siedem lat?” 

 

Jedna myśl nt. „Uroczo zły: Śmierć w miękkim futerku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *