Zły jak „Botoks”? „Twarz”

„O niebo lepszy od tej Cichej Nocy” — skomentowali siedzący za nami emeryci, gdy seans dobiegł końca. Wywołało to mój śmiech, a gdy wyjaśniłem bileterowi, że chodzi o moją zgoła odmienną opinię, przyznał mi rację. „To są dwa różne światy”. „Gorszy niż Botoks„, jak to ujęła Towarzyszka seansu, to może zbyt dużo powiedziane, ale nie bójmy się powiedzieć, że „Twarz” to film zły i nudny. Już wyjaśniamy i zapraszamy do dyskusji…

Twarz

Polska, 2018

reż. Małgorzata Szumowska, Michał Englert

wyk. Mateusz Kościukiewicz, Agnieszka Podsiadlik

Tocząca się gdzieś na górzystej, polskiej prowincji historia autorstwa duetu Szumowska-Kościukiewicz jest w zamierzeniu pamfletem na zaściankowość, dewocje i ksenofobię. Wóda leje się hektolitrami, bożonarodzeniowe życzenia są okazja do wylania żali i pretensji, a Kościół, zamiast wspierać i szerzyć miłość, zbiera hajs na budowę gargantuicznej statuy Jezusa. „Większej od tego w Rio de Janeiro!”. W takich okolicznościach nasz bohater, Jacek (Mateusz Kościukiewicz) ulega wypadkowi, w wyniku którego traci twarz. Po operacji wraca do domu, no ale nic już nie jest takie samo…

Filmowy populizm

Film Szumowskiej jest populistyczny — trafny w analizie, ale skutkuje prostactwem, demagogią  i pogardą. Reżyserka jest jak celebrytka jadąca latem do Władysławowa — dostrzega budy, kebsy i parawany, a potem marudzi, że nie jest to Saint Tropez. Tak traktuje polską wieś — jako wylęgarnię patologii i ksenofobii. W pierwszej scenie widzimy rodzinną awanturę, a w ostatniej — kłótnię nad grobem dziadka o spadek. Najpewniej jest to obraz przerysowany, ale zamiast groteski mamy nieśmieszny pamflet.

Bohaterem filmu nie jest Jacek, jego rodzina, ksiądz, czy niedoszła żona, ale machina społeczna. Oparta na religii, ale tak naprawdę niemająca wiele wspólnego z nauczaniem Chrystusa, patriarchalna, szowinistyczna, obskurancka i niechętna imigrantom. Piękno przedstawionego świata, pocztówkowe ujęcia zachodów słońca, stoją w rażącej sprzeczności z awanturami, sporami i pijatykami. „Twarz” to karykaturalny, niesprawiedliwy obraz polskiej wsi. W tym sensie rozumiem porównanie do „Botoksu”. Jest to świat tabloidowych wieści i sensacji.

W „Twarzy” nie ma dramatu, psychologii czy jakiejkolwiek interakcji. Jacek, pełen energii indywidualista, w żaden sposób nie podejmuje walki z uprzedzeniami. Daje się zaciągnąć na seans egzorcystyczny, wymyślony przez… jego matkę?! Są tutaj echa obaw pacjentów doktora Religi z „Bogów”, czy mąż po przeszczepie dalej będzie kochać żonę, ale tutaj przybierają one absurdalną formę. Spotkania Jacku po wypadku z narzeczoną sprowadzają się do odcięcia się kobiety, dziwnej sceny z tańczeniem nago i jakąś namiastką rozmowy na moście.

Odrzucenie jest dziwne, ale przybiera ono jeszcze mniej zrozumiałe formy. Nie czaimy jednak motywacji czy obaw — polska wieś odrzuca inność, po cóż wiedzieć więcej. Jeszcze trudniej wytłumaczalny jest brak reakcji Jacka, próba walki z przesądami. Faktycznie, jako fan metali ciężkich jest odrzutkiem, ale naprawdę nie sądzę, żeby to wiarygodnie tłumaczyło brak zrozumienia i wsparcia dla niego po wypadku. Pamiętacie „Exterminator: Gotowi na wszystko?” W małej mieścinie metale byli traktowani z nutką sympatii, a i tutaj widać, że Jacek choć traktowany jak ekscentryk, ma grono znajomych i wsparcie rodziny.

Prawda życia, prawda ekranu

I z blogerskiej powinności, postanowiłem sprawdzić, jak naprawdę potoczyła się historia człowieka, któremu przeszczepiono twarz. Cytat za portalem tok.fm:

Tak. Zła reakcja otoczenia, którą tam pokazują, nie ma nic wspólnego z moim życiem. Jedyne co się zgadza, to wypadek i przeszczep twarzy. Ludzie mi pomogli i to wiele.

Film ma zatem niewiele wspólnego z autentyczną historią. Dramat został wykorzystany, by ukazać jakiś pseudoliberalny fantazmat na temat opresyjnej wiejskiej dziczy. „Botoks” na temat polskiej prowincji. Bardzo daleko tutaj do dynamiki, subtelności czy trafności „Cichej nocy”, gdzie zupełnie innymi środkami, osiągnięto zdecydowanie lepszy efekt.

Poza tym — co najważniejsze — paskudnie ciężko się to ogląda. Prześmieszne zakończenie z obróceniem twarzy gigantycznego Chrystusa w stronę Jasnej Góry przychodzi za późno, a Jacek po prostu wyjeżdża. Fabuła toczy się ospale, brak bohaterów nuży i irytuje, bo w sumie miło by było znowu zobaczyć Kościukiewicza jako młodego fana rockowego grania („Wszystko, co kocham”). Niestety, nie dostaje on takiej szansy, bo liczy się machina społeczna, ideologiczny przekaz, że im szybciej wszyscy przeprowadzą się do miasta i przestaną chodzic do kościoła, tym lepiej.

Zły i nudny. W „Botoksie” przynajmniej coś się działo. Odradzamy.

Współautor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *