Zły Film: Maria Magdalena

Po modlitwie do Bożego Miłosierdzia, jaką odmawiano akurat, gdy z rodziną poszliśmy święcić m. in. asyryjskie symbole płodności (czekoladowego królika i jajca na twardo) oraz udziale w finale festiwalu Misteria Paschalia (POLECAM!), poszedłem za ciosem. I tak z Rodzicielem trafiłem na seans “Marii Magdaleny”. Finał tego wielkanocnego tryptyku wynudził niemożebnie, stając się wierną ilustracją historii Marii Magdaleny. Najzgrabniej ujął to jednak pewien kinoman…

Mary Magdalene

USA, 2018

reż. Garth Davis, scen. Philippa Goslett, Helen Edmundson

wyk. Joaquin Pheoenix, Rooney Mara

Zanim jednak przejdę do sedna: faktycznie, ciekawie ukazano cały kontekst działania Jezusa (Joaquin Phoenix, znany m. in. z dobrej “Jej” i smutaśnej “Imigrantki”) i różnice w rozumieniu jego nauki. Interesujący jest podział na upatrujących w nim przywódcę politycznego, a z drugiej strony rozumiejących transcendentny przekaz w oderwaniu od okupacyjnej bieżączki. Swoją drogą początek historii, z napisami prosił się o “Dawno, dawno temu, w odległej Judei…”.

Interesująco wygląda tutaj Maria Magdalena (Rooney Mara), słysząca od Marii, że kto go kocha, musi zrozumieć, że go straci. Magda musi uciec od rodziny, by tułać się z charyzmatycznym prorokiem, zostać pierwszym świadkiem Zmartwychwstania, a potem przez piętnaście wieków być uznawana przez Kościół za prostytutkę. Nie lada odwaga.

Dobry film dla wierzących

Z pewnością jest to dobry film dla szukających w sztuce Prawdy i Dobra. Kinomani innego sortu umrą jednak z nudów. Nawet ciężko stwierdzić, co poszło nie tak, ale chyba dobija brak jakiejkolwiek werwy w fabule. Dubbing przydaje zaś wszystkiemu wrażeniu, że pomimo Joaquina Phoenixa produkcja zrobiona była przez twórców “Korony Królów”. Choć oczywiście starannie oddano realia ówczesnej Palestyny.

O tym, dlaczego nie polecam tego dzieła, przekonał mnie ostatecznie pewien starszy pan, który wychodząc po mnie z sali kinowej, uskutecznił pod nosem taki monolog:

Klimat i scenografia surowa… Statyści zupełnie nie wiedzieli, co robić… Aktorzy — trochę mniej… Judasz w ogóle mnie nie przekonał… No i nie było Sanhedrynu!

Zaprawdę — filmy bez Sanhedrynu są złe.

Współautor

P.S. Po chwili Pan podszedł do wiszącego za mną plakatu “Pitbull: Ostatni Pies” i usłyszałem kolejną świetną recenzję:

O! To taki film, co ma zarobić dwa, może trzy miliony i robimy następny…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *