Zły film: Juliusz

Zwiastun obiecujący zabawne przygody umęczonego inteligenta, choć na trochę lżejszą nutę niż „Dzień Świra”, okazał się niestety być sequelem „Kampera”. Bohater jest łajzowatym i bucowatym nieogarem, zrzucającym na wszystkich dookoła winę za swoje kijowe życie. Dostaje od losu szansę by stać się aktywnym podmiotem swojego życia, ale naprawdę nie rozumiemy, dlaczego ktoś miałby go nią obdarować. Żarty są lepsze lub gorsze, ale to pierdzenie Mecwaldowskiego wywołało chyba największy entuzjazm. I to niech będzie najlepszym podsumowaniem komedii jesieni…

„Juliusz”

Polska, 2018

reż. Aleksander Pietrzak, scen. m. in. Abelard Giza, Kacper Ruciński

wyk. Wojciech Mecwaldowski, Jan Peszek, Anna Smołowik

„Juliusz” to taka wypadkowa wspomnianego „Kampera” i uroczego dokumentu „Miejski serwis randkowy”. Chłopiec powoli odkrywa, że jest już mężczyzną i trzeba się za siebie zabrać. Jednocześnie dalej nie rozumie, czemu nie lubią go dzieci w szkole, nie potrafi się dogadać z ojcem, a laska, z którą się umawia wyrzuca mu, że jest łajzą i dupkiem. Studium kryzysu męskości rozwleka się niemiłosiernie. Scenarzyści pastwią się nad bohaterem, czerpiąc chyba sadystyczną satysfakcję z pokazywaniem nam, jakim jest przegrywem. Już scena z niepełnosprawnym, który kradnie Juliuszowi portfel, doskonale przecież pokazuje kim jest.

Fabuła zamiast ruszyć z kopyta, zbiera się jednak niemiłosiernie. Pojawienie się Doroty (Anna Smołowik) nie dodaje Julkowi animuszu, staje się zaś kolejną okazją do wydobycia pokładów jego tchórzliwości, zblazowania i nudy. A my się coraz bardziej zastanawiamy, co ta laska w nim widzi.

Mamy wręcz wrażenie, że Mecwaldowski modli się, by ten film jak najszybciej się skończył. Aktor walczy jak może, by uratować Julka, ale wewnętrzna przemiana następuje w ostatnich minutach filmu. Trochę za późno. Finał jest mocny, ale orientujemy się, że podniecamy się tym, że w końcu coś się zaczęło dziać.

Falliczne żarty (czyli ch…we)

Humor jest nierówny. Ciekawy jest ojciec Julka (Jan Peszek), stojący nad grobem libertyn, wspominający seks w rzepaku z Angelą Merkel w latach 70. czy z Izabelą Trojanowską (nie w rzepaku). Dorota jest fajną i pogodną dziewczyną, mającą dystans do siebie i świata, potrafi zażartować z siebie i swoich porażek. Ale to przy niej utwierdzamy się w przekonaniu, że zadaje się ze złym i gnuśnym facetem. Poza tym dostajemy garść żartów ginekologiczno-fallicznych, które bawią, ale nieraz są podane na siłę.

Życie Juliusza jest tak nędzne, że w pewnym momencie z komedii robi nam się rodzinny dramat. I tu jakość żartów schodzi trochę na drugi plan, bo one w pewnym momencie po prostu znikają. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy bardzo bym płakał, gdyby Juliusz pożegnał się ze światem, w sposób, który nominowałby go do Nagrody Darwina.

(Przypomina się okrzyk jednego z uczestników nocnego szaleństwa na Nowych Horyzontach: „Umrzyj! Jesteś ch…owy!”)

„Juliusz” to historia na stronę zeszytu szkolnego, zaćkana gagami. Widać, że scenariusz powstawał z udziałem komika (Abelard Giza), bo razi nas niespójność i fabularna ślamazarność. Zamiast zabawnej opowiastce o kryzysie męskości, trudnych relacjach z ojcem i fajnych dziewczynach, których się boimy, bo są lepsze od nas, mamy mało śmieszną komedią, z najlepszymi żartami do zobaczenia w zwiastunie.

Współautor

2 myśli nt. „Zły film: Juliusz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *