Nieboski, ale czy DOBRY? KLER

“Kler” to dziwny film. Udała się w nim znacznie trudniejsza rzecz: stworzenie bohaterów z krwi i kości, miotających się w ramach skomplikowanej struktury kościelnej. Otrzymujemy wiarygodny, choć oczywiście przerysowany, obraz Kościoła, jaki zmaga się z wymaganiami istnienia w państwie prawa. Zgryz mają fani kina, bo nie udała się podstawowa sprawa. Film dłuży się bowiem jak… przegadane kazanie.

Kler

Polska, 2018

reż. i scen. Wojciech Smarzowski,

wyk. Arkadiusz Jakubik, Robert Więckiewicz, Jacek Braciak

Plotki o zdjęciu przez cenzurę zwiastunu z Internetu, rzucone przez prawicę “tylko świnie siedzą w kinie”, no i prawie milion widzów w weekend otwarcia, czyli wynik nieodnotowany po 1989 r. w tym kraju. Emocji ogrom, bo Smarzowski pobił Vegę jeśli chodzi o dobór tematu. Zagrał też na nosie wszystkim, bo po “Wołyniu”, zrobił satyrę na Kościół, czym wywołał spazmy złości tych, którzy chwalili go za poprzedni film. Pojawiły się też apele o odebranie dotacji. Tę faktycznie będzie trzeba oddać, ale z zupełnie innego powodu — film za dużo zarobił. A tak po prostu stanowi ustawa o kinematografii w art. 25.

Faktycznie, “Kler” wywołał burzę, przy której dyskusje o “Twarzy” czy “Botoksie” to sprzeczka w piaskownicy. Celowo z resztą przywołuję tutaj ZŁE filmy Szumowskiej i Vegi. “Kler” wpisuje się w ten trend mocno zaangażowanego kina, analizującego szerokie zjawiska zachodzące w naszym kraju. “Twarz” poległa na niezrozumieniu, jak działa odrzucenie, niechęć do innego i ksenofobia w naszym kraju. “Botoks” był zlepkiem tabloidowych doniesień; nadrabiającym brutalizmem fabularne braki opowieści o patologii polskiej służby zdrowia. Smarzowski poradził sobie o wiele lepiej. Ale czy dobrze?

Trzej musz-kler-terzy

Historie trzech księży są przyczynkiem do pokazania grzechów pasterzy Kościoła. Tadeusz (Robert Więckiewicz) lubi alkohol i kobiety, Andrzeja (Arkadiusz Jakubik) posądzają o pedofilię, a Leszek (Jacek Braciak) jest Francisem Underwoodem w koloratce, walczącym o wyjazd do Rzymu ze swoim pryncypałem (świetny Janusz Gajos!). Bohaterowie są wiarygodni, w sumie ich lubimy. Świetnie ukazane są ich dylematy ludzi rozerwanych między profanum, a sacrum, służbą Bogu, a swoimi ułomnościami.  Wiara nie zawsze przynosi pociechę czy odpowiedź, a i sami księża widzą bolesny rozdźwięk.

Masturbujesz się? — pyta Tadeusz spowiadającego się chłopaka.

Ta.. tak — odpowiada szczerze.

Nie przejmuj się! — rzuca ksiądz.

Sam chwilę potem w odpowiedzi na pytanie do swojej kochanki, czy zabezpieczyła  się, słyszy:

Wiara mi nie pozwala!

Wy jesteście solą…

Jakby paradoksów wiary było mało, to przemnożone one zostają przez problemy wielkiej, hierarchicznej organizacji, liczącej przeszło dwa tysiące lat. Na czoło wysuwane jest dobro Kościoła i księży. Dlatego też ofiara pedofilii słyszy pytanie, czy wie, ilu księży odebrało sobie życie przez niesłuszne oskarżenie. Z kolei pracujący na budowie ołtarza polowego na własnej skórze przekonują się, że duża impreza eucharystyczna ma się odbyć nawet po trupach.

Uderza tutaj obraz Kościoła, jako oblężonej twierdzy, starannie broniącej się przed atakami. Bo niestety, demokracja nie przyniosła spokoju Episkopatowii, co więcej, zrodziła nowe problemy. Po trudnym okresie komunizmu teraz trzeba się tłumaczyć dociekliwym dziennikarzom, walczyć o chrześcijańskie ustawodawstwo z posłami, a nieraz uciekać przed rozzłoszczonymi parafianami.

Dużo tutaj uproszczeń i przesady. Bohaterowie raz po raz mijają kiboli i nacjonalistów, a Leszek robi machloje z gangsterami. Nie zmienia to jednak faktu, że trafnie uchwycono złożone problemy polskiego Kościoła: pedofilii, nieprzejrzystości finansowej czy braku odpowiedzialności. Duży szacun. Bo widać, że problemy te wynikają nie tylko z charakteru Kościoła, ale i braku odwagi zwykłych ludzi.

Błogosławieni cierpliwi

Szkoda tylko, że na zegarek po raz pierwszy spoglądamy już po godzinie. Dwie godziny ciągną się niemiłosiernie. Żeby to jeszcze była konsekwencja zawiłej fabuły, ale nic takiego. Bohaterowie jak spotykają się na początku filmu, tak potem podążają swoimi ścieżkami. Mamy dramat, romans i political-fiction. Ale ta gatunkowa różnorodność nie rekompensuje trudów.

Ten film to gratka dla wszystkich zainteresowanych relacjami państwo-Kościół w Polsce XXI w. Klerykałowie zwrócą uwagę, że Kościół obiecał wydalenie księdza, jaki przed laty znęcał się nad kolegą Arkadiusza Jakubika (aktor jemu zadedykował film), lewica przypomni o kazaniu Prezydenta i dostępie do in-vitro nad Wisłą. Tymczasem kinomani zostaną po seansie z zagwozdką, czy ta dłużyzna może być DOBRA, abstrahując od dobrze ukazanego kontekstu społecznego?

Nie żałuję, że widziałem, ale chyba nie napiszę w tytule, że dobry. Ktoś odważny? Proszę komentować!

Współautor

“Pieniędzy, ile?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *