Dobry Film — Mission Impossible: Fallout

Z jednej strony trochę mnie kusi, by szóstą odsłonę niewiarygodnych wyczynów Ethana Hunta traktować jako odgrzewanie kotleta. Ot, kolejna rozpierducha z niewiarygodnie zwinnym super agentem. Z drugiej, Cruise znowu przechodzi samego siebie, a film trzyma w napięciu niemal cały czas. Krzysztof Ibisz Hollywoodu pomimo prawie sześćdziesiątki na karku świetnie czuje się w roli zbawiciela świata, któremu do pomocy wystarczy dwóch kumpli i jakiś szybki sprzęt. Akcja pędzi, fabuła zjada swój ogon, sceny akcji są długie, ale nie czujemy tych ponad dwóch godzin naparzanki. A cóż więcej trzeba do szczęścia w piątkowy wieczór?

Mission Impossible: Fallout

USA, 2018

reż. Christopher McQuarrie, scen.  Christopher McQuarrie, Bruce Geller

wyk. Tom Cruise, Rebbeca Ferguson, Henry Cavill

Na seans szedłem — nie ukrywam — z lekkimi obawieniami. Z serii wyłączyłem się jakoś na przełomie tysiącleci, kiedy do kin wchodziła druga część. Dzieci, które się wówczas rodziły, głosują już w wyborach na Kukiza i Korwina, a tymczasem Tom Cruise zachowuje się jak moi rodzice — jakby nie imał się go upływ czasu. Czepiam się gwiazdora, ale pomimo napoleońskiego wzrostu i radosnej sekty, do jakiej należy, ten najbardziej wpływowy człowiek szoł-biznesu (wg. Forbesa) udowadnia, że Mission Impossible to on. Kolejne pościgi, gonitwy helikopterów, szaleńcze rajdy po Paryżu czy mordobicia, są rewelacyjnie sfilmowane, ale to aktor czujący się tutaj jak ryba w wodzie  (łuskowatą Współautorkę przepraszam za niezamierzone porównanie!) stanowi o większości widowiska.

Polowanie Hunta

Choć Huntowi brakuje czasem trochę dystansu i humoru, skoncentrowana wokół niego ilość wątków jest bardzo spójna. Wątek romantyczny trzyma balans między ckliwością a wiarygodnością, Biała Wdowa dodaje erotycznego zaintrygowania, a Ilsa Faust (Rebecca Ferguson) damskiego towarzystwa. Intrygi wokół agenta nadają fabule dynamiki, duża tutaj zasługa niechcianego pomocnika, Walkera (zły Superman Henry Cavill). Choć trzeba czujnie oglądać, bo można się miejscami trochę pogubić w ilości aktorów i zależności między nimi. Dołki kopie każdy pod wszystkimi, nie wiadomo, kiedy Hunt jest w pułapce, a kiedy widzi na trzy ruchy do przodu. Co ciekawe — zależy mu na jednostce, czym wprowadza interesujący wątek moralny. I choć ma licencję na zabijanie, to korzysta z niej zdecydowanie mniej chętnie niż 007. Czym wywołuje z resztą na początku cały ambaras.

Źli, są bardzo źli, bo chcą wszystko rozpiżdżyć w drobny mak. Daleko im do ludobójstwa w duchu moralistycznego maltuzjanizmu Tanosa z Avengersów. Są niefajni, bo tak chciał scenarzysta. Mimo to udaje im się stopniowo zrealizować niecny plan zagłady plan, a wszystko będzie zależeć od tego, czy bohaterom uda się przeżyć uderzenie piorunem, niezliczone jazdy pod prąd, zatrzymać helikopter innym helikopterem i utrzymać się na nogach na norweskiej skale, gdzieś w Kaszmirze, gdzie z resztą potem zorganizowano projekcję filmu.

Finał oglądamy z zapartym tchem, zapatrzeni w ekran, na zdając sobie sprawy, że skrobiemy ręką po dnie pustego po popcornie pudełka. Zapominawszy, że cholera, to jest Ethan Hunt grany przez Toma Cruise’a i najpewniej będzie kolejna część, więc musi się skończyć dobrze.

Musi?

Współautor

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *