Dobry film: Bohemian Rhapsody

Pierwsze spotkanie Współautora z muzykę frontmana Queen nastąpiło w mroku wczesnej postkomuny. Skonfundowany rodzic długo nie wiedział, czemu jego pierworodny pod nosem mruczy “dzień doberek, dzień doberek”, dopóki w MTV nie poleciało “Living on My Own” Freddiego Mercurego. Kreatywnie, acz źle zrozumiana wokaliza — kopiuję z tekstu piosenki — “Dee do dee do day” była rodzinnym preludium serii “misheard lyrics”, a niedawny seans “Bohemian Rhapsody” miłym powrotem do najdawniejszych wspomnień. Bo to DOBRY film. Nie tylko dla fanów Queen. Zaraz, zaraz — są w ogóle tacy, którzy nie lubią tego zespołu?!

Bohemian Rhapsody

USA, Wielka Brytania, 2018

reż. Bryan Singer, Dexter Fletcher, scen. Anthony McCarten

wyk. Rami Malek, Gwylim Lee

Niewtajemniczonym tytuł sugeruje, że osią fabularną filmu o jednym z najważniejszych zespołów rockowych Wszechświata, będzie praca nad tytułową sześciominutową perełką eklektyzmu muzycznego. Wszak “Lincoln” czy “Jackie” to interesujące próby pokazania bohatera/bohaterki przez pryzmat jednego wydarzenia. “Bohemian Rhapsody” poszło tropem łatwiejszym (“Iron Lady”, “Mandela”, by nie uciekać za dalego), ukazując szerszy horyzont czasowy. Historię od początku zespołu, po sam finał… na Wembley.

Aktorstwo totalne

Punktem centralnym jest oczywiście osoba wokalisty i nie owijajmy w bawełnę — Rami Malek jedzie co najmniej po nominację do Oscara. Jego totalna kreacja to najlepsze, co było w kinie od czasu “Lincolna”. Od charakterystycznych zębów, przez stroje po gestykulację. Wszystko dopracowane w najmniejszych szczegółach, Freddy ożył! Kto miał szczęście oglądać serial “Mr. Robot”, w którym aktor wcielił się w geniusza-samotnika, mógł trochę wątpić, czy jest on w stanie odtworzyć postać z drugiej strony charakterologicznego spektrum. Udało się jednak doskonale. Duża w tym robota charakteryzatorów, ale z zachwytem śledzimy ewolucję Mercurego w wydaniu Maleka z zakompleksionego imigranta, w showmana-celebrytę.

Dobrze, że zespół odrzucił Sachę Barona-Cochena.

Mercury jest w filmie główną postacią, ale dobrze ukazano go na tle całego zespołu. Nie obyło się bez skrótów, ale wybrnięto z trudnego zadania selekcji materiału. Brian May (Gwilym Lee, który też gra rolę życia) czy Roger Taylor (Ben Hardy) grają oczywiście drugie skrzypce, ale bynajmniej nie stanowią tła. Skutkiem tego wiernie odtworzona jest ewolucja grupy, od pewnych siebie młodzieniaszków walczących z producentami o “Bohemian Rhapsody”, po trend-setterów nie bojących się ryzykownych eksperymentów muzycznych.

Show must go on

Jak na film muzyczny trzeba przyznać, że nieco irytują ucinanie w połowie poszczególne kawałki. Nie wiem, czy spodobałby mi się narzucający się tutaj format musicalu, jak “Mamma Mia”, ale da się zrobić film muzyczny, nie okaleczając poszczególnych piosenek. Twórcy jakby zdali sobie z tego sprawę, więc nadrabiają zaległości w ostatniej scenie. I to jak!

“Bohemian Rhapsody” to film dobry muzyką i aktorami. Nie trzyma nas przez cały czas w napięciu, irytuje fragmentami utworów, dlatego nie mówimy o rewelacji. Jest w dużym stopniu laurką dla dokonań Freddiego Mercurego i zespołu (jakby potrzebowali jeszcze więcej zachwytów…) Stąd też głosy krytyki, że seksualność Mercurego i AIDS zostały w filmie potraktowane nieco po macoszemu. Można się z tymi zarzutami zgadzać, ale patrząc na to, ile udało się pokazać nie ma co marudzić. Niewątpliwie otrzymaliśmy bardzo dobry, biograficzny film, z rewelacyjną ścieżką dźwiękową. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów Queen.

Nóżka chodzi przez pół filmu, a łezka kręci się w oku tuż po.

Wrażenia po seansie proszę zostawiać w komentarzach.

Współautor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *